ZBLIŻENIA. PIEKORZ I KUCZOK PRZYGLĄDAJĄ SIĘ CÓRKOM EWY
MATKI I CÓRKI. ŚWIATY NIE DO POGODZENIA
Magdalena Piekorz i Wojciech Kuczok. Gdy słyszy się te nazwiska, wiadomo, że będzie płacz i zgrzytanie zębów. Emocje, psychoanaliza, uwieranie widza. Kino, które dręczy, poszukuje, poraża dokumentalną autentycznością, a zarazem snuje ciekawą historię na tle śląskiej panoramy.
Tym razem autorzy podejmują motyw znany już z wielu produkcji, czyli relacja dorosłej córki i zaborczej matki. Oj będzie ostro. Co ciekawe ten temat podjęła już cztery lata wcześniej, w 2010 roku Julia Kolberger, realizując swoją półgodzinną etiudę „Jutro mnie tu nie będzie”, opowiadającą o trzydziestoletniej Marcie, ambitnej doktorantce medycyny, chcącej się wyrwać spod skrzydeł swej zaborczej matki, która coraz bardziej zachowuje się jak rozkapryszona dziewczynka.
Jeszcze wcześniej taką toksyczną więź między matką a córką widzieliśmy w sztuce teatralnej Marshy Norman „Dobranoc mamusiu”, której ekranizacji podjął się Tom Moore w 1986 roku. To już najbardziej ekstremalne stadium toksycznych relacji rodzinnych. Zmęczona i przegrana córka, chora na epilepsję, czuje się jak staruszka wobec swojej radosnej matki, która stara się żyć pełnią życia. Jessie nie mogąc zapanować nad swoim życiem, próbuje panować na porządkiem w domu i przyjmuje niejako rolę „pokojówki” swojej matki. Niby nie musi tego robić, ale chce się czuć potrzebna, albo mieć powód do żalu. W końcu oświadcza matce, że zamierza popełnić samobójstwo. Jessie daje sobie i matce czas na spowiedź, aby powiedzieć o wszystkich sekretach i żalach, a po wszystkim odejść i „palnąć sobie w łeb” jako wolna kobieta, a nie córka swojej matki.
Gdzie jest granica między byciem dzieckiem a opiekuńczym rodzicem. Jak sielanka może zmienić się w patologię? Czy życie rodzinne to rzeczywiście horror, gdzie każdy stara się siebie ranić jak najmniej? Czy zawsze jest słodko, gdy dzieci są małe? A co się dzieje, gdy dzieci wreszcie dorastają? Jaka wtedy jest rola rodziców? Czy mają się wtrącać, czy odejść „na emeryturę” i dać żyć swoim dzieciom? Czy taka rozłąka jest właściwa? Zrobiłem, co mogłem, wychowałem, wykształciłem. Niech teraz sama sobie radzi. A może jednak lepiej trzymać rękę na pulsie i dyskretnie obserwować, co dzieje się z dorosłym dzieckiem?
I jak potem przyzwyczaić się do tych nowych ról, gdzie dorosłe dziecko musi niejako stać się rodzicem dla swego coraz słabszego rodzica, który przypomina dziecko we mgle. Jak schować dumę, pokonać strach? Jak się zbliżyć i jak dać żyć tej drugiej osobie, nie naruszając zarazem jej wolności.
Właśnie wobec takich pytań i wątpliwości stają trzydziestosiedmioletnia Marta (Joanna Orleańska znana już z „Pręgów” czy „Senności), rzeźbiarka oraz jej matka (Ewa Wiśniewska). Chociaż już nie mieszkają ze sobą, to jednak wciąż utrzymują ze sobą relacje. No właśnie. Relacje. Z jednej strony poczucie winy córki, która chce żyć własnym życiem, a czuje się jakby zostawiała swoją matkę w kompletnej beznadziei. Z drugiej strony matka widząca w dorosłej córce małą dziewczynkę, którą nieustannie strofuje.
Marta mieszka ze swoim cierpliwym mężem Jackiem (Łukasz Simlat) w loftowym mieszkaniu, gdzie urządziła sobie pracownię, podczas gdy jej matka mieszka w starym domu z ogrodem, który często powraca we wspomnieniach Marty. Takie właśnie było dzieciństwo, dziwne, magiczne w tym starym domu z ogrodem, gdzie zawsze była matka, kapłanka życia rodzinnego. Jednak za mało się starała, a może była zbyt nadgorliwa, że w końcu odszedł od niej mąż, ojciec Marty, bo zakochał się w młodszej. Typowy scenariusz. Matka jakoś to zniosła, dumna kobieta zgrywająca arystokratkę, odrzucona, coraz starsza w końcu musiała pożegnać także córkę, która wyprowadziła się, aby zamieszkać z mężem. Ten dom rodzinny wydaje się być jak z innej epoki, stare meble, trzeszcząca podłoga, sporo kwiatów, czas jakby się tu zatrzymał. I matka także żyje w tym zaklętym czasie wspomnień, wciąż strofując swoją córkę, gdy spotyka się z nią na obiedzie niedzielnym. Taka niby uwaga, tu jakieś wspomnienie, a zawsze czuć ten jad zgorzkniałej kobiety porzuconej przez męża i córkę.
A nie daj Boże jeśli dojdzie do kolejnej awantury, gdy córka wyjedzie gdzieś dalej, by odpocząć od matki, ta jak na złość wyciszy telefon. Niech dzwonią do niej. Niech się martwią, że ona nie odbiera. I znów trzeba wracać do mamy, sprawdzić co i jak. Mama zapala kolejnego papierosa i pośród oparów dymu tworzy sobie swój świat.
Może dlatego Marta została rzeźbiarką, kimś, kto tworzy, walczy z materią, lepi na nowo swój świat, aby podświadomie stworzyć coś lepszego od tego, co stworzyła jej matka. Ale nie tak łatwo przeskoczyć swoją rodzicielkę w swej twórczości. Nie tak łatwo być oryginalną, gdy ma się nad sobą ciężkie spojrzenie matki. Cień rodzica powoduje w dziecku dziwną melancholię. O tym pisała Julia Kristeva w „Czarnym słońcu”, gdzie jakby w kontrze do Freuda i jego ojcowskiego mitu, rozważała relację dziecka i matki. Innymi słowy, trzeba się uwolnić od matki, aby w ten sposób pokonać melancholię i swoją bezradność.
Marta z pasją rzeźbi, a potem niszczy swoje rzeźby, by gdzieś znaleźć ujście dla swoich sprzecznych emocji. I to także przekłada się na psychobiologię bohaterki. Nie tak łatwo zajść w ciążę, gdy ciągle czuje się małą dziewczynką, ogarniętą jakąś dziwną melancholią. Raz to tęsknota za tym, co było, za cudowną przeszłością, a potem znów dotkliwy ciężar matki rodzicielki.
Ona jest niczym ksiądz albo adwokat, znająca wszystkie sekrety i grzeszki małej Marty. Jest jak wytrawny gracz szachowy, doskonale przesuwa figurkę córki między czernią i bielą. Czasem znów zahaczy o jakieś niewygodny temat i potłuką się talerze. Coraz mniej już tych talerzy, że nawet nie ma sensu przygotowywać obiadów rodzinnych. Nawet mąż Marty, nad wyraz cierpliwy Jacek nie może czasem wytrzymać tej relacji, gdy co chwila musi występować w roli arbitra, mediatora, strofując obie kobiety, aby obniżyć temperaturę emocji. Relacja ta zdaje się być niczym węzeł gordyjski, ciągle zacieśniający się na szyjach obu bohaterek, które nie potrafią już swobodnie oddychać w swoim towarzystwie.
Ktoś musi je uwolnić od siebie. Jacek, książę, próbował już wykraść księżniczkę Martę i wywieść ją nad morze, by tam poczuła się swobodnie, by odpoczęła od matki. Ale ta wciąż się zamartwia. Martwe ryby na brzegu? Czy to jakiś znak. Może mama się źle czuje. Chce kontrolować matkę, a matka nią manipuluje. Ta miłość matki i córki to istny demon, który niszczy je nawzajem. Choćby nie wiem, jak się starały w swoich uprzejmościach i troskach o najmniejsze detale, zawsze siebie ranią. Nie mają na to wpływu, są niewolnicami tego uczucia. Kto je uwolni od siebie? Kto ma odejść, by wreszcie jedna ze stron poczuła ulgę i żyła swoim życiem. Ta miłość jest jak gorący węgiel albo odbezpieczony granat, którym rzucają między sobą przestraszone. W których rękach wreszcie wybuchnie? Kto mocniej zawiąże węzeł i wstrzyma oddech, by już nie ranić więcej? Oto pytanie, które zawisa w powietrzu. Ja zawisnę, a ty mnie zdejmiesz jak z krzyża i to będzie ostatni akt miłosierdzia. Piękna Pieta. Córka podtrzymująca śpiącą matkę.
Mocne, psychologiczne kino ukazujące rodzinny dramat i pytanie o to, czym właściwie jest miłość rodzica i dziecka, torturą zamartwiania się i trucizną ranienia na każdym kroku.
Komentarze
Prześlij komentarz