WALL STREET

 

 



Ten film zawsze będę traktował jako moralitet, który się nigdy nie zestarzeje. Klasyczna opowieść o chłopaku, który chce jak najszybciej się wzbogacić. W tym celu szuka odpowiedniego mentora dla siebie, bo nauki ojca mechanika może były aktualne parę lat temu, teraz trzeba być bardziej agresywnym, jeśli chce się do czegoś dojść.  To znaczy do prawdziwego bogactwa, do posiadania prywatnego odrzutowca. Tu potrzeba kogoś skuteczniejszego. Jak się uczyć to od najlepszych. Tym najlepszym jest właśnie Gordon Gekko, którego wizerunek często zdobi okładki magazynu Forbes. (Potem tą drogę ku zatraceniu własnej duszy zobaczymy w filmie "Szkoła Buddy' ego").

Pytanie tylko jak się dostać na seminarium życia do pana Gekko, która dostarczy taką wiedzę, jakiej żaden profesor Harvardu.

Bud Fox, jak przystało na swoje nazwisko, poluje na złote jajka, czyli na bogatych klientów, z rachunkami, którymi chętnie się będzie opiekował, wyznaczając sobie coraz większą prowizję. „Bud”, Budy, brzmi jak kumpel, jak jeden z nas. Miło takiemu komuś powierzyć swój rachunek. Dobry Buddy wchodzi do pracy i wszystkich pozdrawia, zagaduje, sypie żartem. Jest wytrwały w swej pracy. Codziennie uparcie wydzwania do biura pana Gekko. Chcecie zrozumieć co to wytrwałość, spójrzcie na Buda. Ale swoimi wysiłkami Bud nie zmieni faktu, że jest sprzedawcą, jak nazywa go złośliwie ojciec, który zupełnie nie rozumie pracy syna, polegającej na wciskaniu jakiś ofert funduszy, przekładaniu pieniędzy z jednej szufladki do drugiej. Carl Fox, mechanik woli raczej grzebanie w silniku, gdzie się napoci, nabrudzi, ale przynajmniej wie w jakim celu się tak namęczył. Oto jest praca.

Nie mogę się teŻ oprzeć wrażeniu, że „Wall Street” to taka prywatna, rodzinna historia Charliego i Martina Sheenów. Oliver Stone pozwolił Charliemu wybrać, kto ma zagrać jego ojca i padło na Martina (choć brany był pod uwagę też Jack Lemmon), przez co sam film zyskuje na autentycznych relacjach ojcowsko-synowskich. Potem Martin i Charlie spotkają się na planie filmu „Kompania karna” (w reżyserii Martina), gdzie ojciec zagra sadystycznego pułkownika, znęcającego się nad kadetem Charliem, jakby już wtedy chciał nadrobić zaległości i zdyscyplinować syna. Potem w „Kodeksie zbrodni” również będzie niejako czuwał nad swoim synem, mają u boku (o ironio) Paula Gleasona, który z kolei w kultowym „Klubie winowajców” Hughesa próbował dotrzeć do Emilia Esteveza (drugiego syna Martina). Jeszcze rok przed premierą „Wall street”, w 1986 roku Charlie grał małą, ale jakże wyrazistą rolę w filmie „Wolny dzień Ferrisa Buellera”, zatrzymanego na komisariacie wyrzutka, a potem, idąc niejako śladami swego ojca, również zaliczył temat wojny w Wietnamie, grając w „Plutonie” Olivera Stone’a. Tak, jakby jego filmowe alter ego wciąż walczyło na wojnie o swój wizerunek i duszę. I nie inaczej jest w tym filmie, gdzie ambitny chłopak zatraca się w bogaceniu dla pana Gekko. „Wall Street” jest walką o duszę chłopca, który nie wie, któremu ojcu zaufać?

Z jednej strony poczciwy Carl, obok którego reżyser postawił też postać sceptycznego Lou Mannheima, seniora brokera, którego już nic nie zaskoczy (bo pewne są tylko śmierć i podatki). Mannhaim był właściwie wzorowany na ojcu samego Olivera Stone’ a, który także był brokerem. A na drugim brzegu zobaczymy ojca symbolicznego w osobie Gordona Gekko, który wciąż prowokuje Buda do zrobienia paru nielegalnych operacji i mami go wielkimi pieniędzmi (tak jak Milton w „Adwokacie diabła”). Zabawne, że potem Michael Douglas i Martin Sheen spotkają się w filmie „Prezydent. Miłość w białym domu”, grając w jednej „drużynie”, gdzie Douglas będzie prezydentem, a Sheen jednym z jego doradców. W sumie ładnie się to zrównoważyło. Ambitny przebojowy Gekko i tradycjonalistyczny Carl u jego boku stoją na czele Ameryki, walcząc o kolejnych wyborców. Symboliczny ojciec zlewa się z biologicznym.

Gordon na tle wysokich wieżowców (w tym World Trade Center) potrafi czarować swoimi wizjami, wielkim telefonem komórkowym, przez który nawija od rana do wieczora o różnych transakcjach i podnieca się jeszcze małym telewizorkiem z ekranem dwucalowym, który da swojemu genialnemu synkowi. Niech się chłopak przyzwyczaja, za kilkanaście lat będzie chodził z takim telefonikiem ze znacznie większym ekranem, na którym doskonale będą widoczne wykresy wszystkich akcji giełdowych. Wystarczy odpowiednia aplikacja, połączona z twoim układem nerwowym. I będziesz na bieżąco. Aż dostaniesz zawału, gdy dojdzie do krachu.

Na bieżąco warto też być w kwestii sztuki, jeśli chcesz podążać drogą pana Gekko, najlepszego kolekcjonera na Manhattanie. Choć Bud nie ma raczej głowy do sztuki, a w zielonych barwach dostrzega tylko dolary, to jednak nie jest obojętny na widok pięknych kobiet. Na jednym z przyjęć u Gekko, na którym wszyscy są dla niego obcy, Bud zwraca uwagę na dekoratorkę wnętrz, Darien Taylor, która jest także kochanką Gordona. Wszyscy to wiedzą, że znajomość z Gekko to zawsze żyła złota. Podsuwa on często Darien różnych bogatych, nadętych klientów, gotowych wydać kupę kasy na jakieś „tam dzieła sztuki”, które potem okażą się świetną inwestycją.

Nie inaczej jest z Budem, któremu Darien urządza nowo mieszkanie i przy okazji serce. Choć lubię industrialne klimaty, to jednak nie mogę pojąć, co ta kobieta zrobiła mieszkaniem naszego bohatera. Piękny apartament z panoramą na Nowy Jork zmienia się w ciemną, kiczowatą dziurę z imitacją popękanych ścian, w stylu jak z Gotham City (Burton). Podobnie zresztą wygląda biuro Gordona Gekko, pełne kontrastów, od złotych drzwi, po czarne ściany i te okropne bohomazy, które podobno są świetną inwestycją. To właśnie na sztuce Gekko tłumaczy swoją filozofię robienia pieniędzy. Obraz kupiony za kilka tysięcy, po paru latach będzie kosztował kilkadziesiąt tysięcy. Iluzja staje się rzeczywistością. Rzeczywistość iluzją. Największą sztuką jest kupić tanio i sprzedać drogo. Pan Gekko zleca nowe zadania maklerom „kup to, tamto”, po czym jego sylwetka się zamazuje, operator odsuwa się, a Gordon znika w ciemnościach, jakby był czarnoksiężnikiem mieszającym w spekulacjach giełdowych.

Dziwny, mroczny styl nowego mieszkania Buda jeszcze bardziej podkreśla jego zmianę zachowania, który gna za coraz większym pieniędzmi. Zbudź się Budy, pieniądz nie śpij. Złote słońce wschodzi nad morzem. Lorus na skórzanym pasku ustępuje miejsca złotemu zegarkowi od Cartiera, na którym Bud odmierza złote godziny. Bud przestaje być dobrym Budym, a staje się drapieżnym Budem (czytaj „bad”) złym, podstępnym, gotowym zrobić wszystko, by wkupić się w łaski Gekko. A Gordon to surowy nauczyciel, symboliczny ojciec mamiący złotą kurtyną, która wciąż jest jak tęcza, gdzieś ponad.

„Grzechem jest chcieć więcej” – mówi na początku Buddy, a Gekko zapewnia swoim syczącym głosem, że „chciwość jest dobra”, bo chciwość to apetyt na rozwój. Co w tym złego, że chcesz być bogatym? Jesteś młody, znasz się na cyferkach, chcesz się wykazać, chcesz napełnić kieszeń, póki masz dużo neuronów, bo potem będzie coraz gorzej. No oczywiście, że pieniądze szczęścia nie dają, pieniądze to zawracanie głowy, im więcej masz pieniędzy, tym masz więcej problemów, podatki, konta i nie wiadomo co jeszcze. Bogaci są zawsze na celowniku urzędów. I w sumie nie wiadomo, ile bogaci tak naprawdę mają pieniędzy? Wartość giełdowa, spekulacje, plotki itd. Bogactwo to balast, jeśli cały czas chcesz żyć na tzw. poziomie. Chyba, że ograniczysz swoje potrzeby do minimum, a ze swojego skarbca będziesz korzystał tylko przy okazji podatków, rachunków i podstawowych wydatków na żywność i ubranie. Wtedy może pieniądze zapewnią ci komfort, bo nie będziesz musiał myśleć, skąd wziąć kolejną bańkę na kaprysy. Czyli największą sztuką jest oszczędnym?

Boga…ctwo to nie grzech. Pytanie tylko, jak chcesz się wzbogacić? W filmie „W pogoni za szczęściem”, którego akcja rozgrywa się także w latach osiemdziesiątych główny bohater Chris Gardner traktuje zawód maklera jako szansę wybicia się i zmiany swego życia na lepsze. Dzisiaj Chris prowadzi warsztaty maklerskie i również motywacyjne. Jego historia inspiruje ludzi do zmiany na lepsze. Gardner nie skupił się tylko na zarabianiu pieniędzy, ale postanowił inspirować ludzi.

Co ciekawe w tym filmie jednego z szefów Chrisa gra James Karen, który pojawia się także w „Wall street”, jako szef Buda, humorzasty kierownik z laską. Innym mentorem Buda jest dystyngowany i sceptyczny Lou Mannheim powtarzający prawdę o śmierci i podatkach, którego gra Hall Holbrook. Potem ten aktor pojawi się w słynnej „Firmie”, jako jeden z szefów głównego bohatera, nakłaniając go do coraz bardziej podejrzanych akcji. Ale już za parę lat zagra ciekawą rolę samotnika Rona Franza w filmie „Wszystko za życie”, gdzie jako jeden z ostatnich świadków spotka głównego bohatera, Chrisa McCandlesa, który uciekł od rodziny, kariery i łatwych pieniędzy do dziczy. To kolejna skrajność, by z mieszczucha, karierowicza zmienić się w pustelnika, który gardzi pełnym kontem, a żyje tylko przygodą.

Jedni wspinają się na szczyty Wall Street, bogacą się, a potem ze swoich bogatych doświadczeń, uczą innych. Jeszcze inni uciekają z tego okropnego miejsca, by się wyciszyć i nie widzieć już cyferek.

Ale jest też inna droga na Wall Street. Droga Wilka, drapieżcy, który nie spocznie, dopóki nie upoluje złotej kury, znoszącej złote jajka. W filmie „Wilk z Wall street” ukazany jest właśnie patologiczny obraz giełdy i budowania firmy na zupełnie abstrakcyjnych transakcjach. Jordan Belfort mistrz sprzedaży udowadnia, że każdemu potrafi wcisnąć kit, a sam zachowuje się jak gwiazda rocka, nie żałując imprez, pieniędzy, przepychu, byleby żyć z rozmachem. Do czasu gdy wreszcie policja znajdzie na niego twarde dowody.

To dwie zupełnie skrajne ścieżki. Tu Chris Gardner, a tam Jordan Belfort. Obaj na swój sposób są inspirujący, bo przekroczyli własne ograniczenia. Bud Fox wydaje się zmierzać właśnie w tym drugim kierunku Belforta, jednak w porę się zatrzymuje. Traci wszystko, co zbędne, ale odzyskuje zdrowy rozsądek i duszę. Zmierza do sądu powolnym krokiem, by złożyć zeznania przeciw Gekko. Wchodzi na kolejne stopnie, wysokie to schody i sporo ich przed bohaterem. Bo długa to droga w której odzyskasz wewnętrzny spokój, szacunek do siebie, uczciwość,

Za co nie zapłacisz kartą Master Card.

 

Minęło już trzydzieści pięć lat od premiery tego filmu, a on wciąż powraca jak moralitet na te dziwne czasy, w których jest aż nadmiar reklam, akwizytorów, telemarketerów, influencerów z milionowymi zasięgami sprzedających… no właśnie, co? Siebie, treści, slogany, produkty? A jednocześnie widać od jakiegoś czasu popularny trend wśród młodych, ambitnych, nieco idealistycznie nastawionych do porzucanie takich miejsc jak Wall Street, korporacyjnych pałaców. Na rzecz czego?

Na przykład na rzecz pieczenia chleba, produkcji czekolady, maskotek czy garncarstwa. Nie wykluczone, że potem staną się nowymi rekinami biznesu, a może tylko zadowolą się samym rzemiosłem? Nie można zaprzeczyć, że umiejętność sprzedaży jest ważna. Ale trzeba wiedzieć i wierzyć w to, co się sprzedaje. Dlatego może ci uciekinierzy z korpo chcą najpierw stworzyć coś własnego od podstaw, a potem to sprzedawać. Ludzie, którzy dotąd siedzieli po osiem lub więcej godzin przed monitorami, sprawdzając wartości w tabelkach, podsumowując zyski i straty, porzucają abstrakcyjne treści, kontrakty, wykresy, diagramy, procenty na rzecz czegoś, co można dotknąć, zjeść, użyć. A przede wszystkim można to stworzyć z realnie istniejących materiałów. To dla wielu wypalonych zawodowo ludzi stanowi niezwykłe antidotum, gdy uczestniczą w procesie, w którym widzą wyraźnie efekt swojej pracy. O tym właśnie mówi Carl Fox, ojciec Buda, dumny mechanik, który nie mierzy sukcesu wielkością portfela, lubiący pobrudzić się w smarze podkreśla, że w życiu najważniejsze jest coś stworzyć własnego.

Podczas gdy Gordon Gekko z chciwym błyskiem w oku nudzi tylko o kolejnych transakcjach, tak, jakby dla niego samą adrenaliną, sportem było tylko żonglowanie wartościami danej firmy, z której wyciśnie ostatnie pieniądze, a potem podzieli wszystko jak tort, wyprzeda i zniszczy.

I czy to chciwość czy czysta ciekawość doprowadziła twórców do stworzenia kontynuacji „Wall Street”? W filmie „Pieniądz nie śpi”, za to my śpimy znudzeni tym filmem, nawet jeśli przez minutę zobaczymy tam Donalda Trumpa czy Buda Foxa.

 

 

 

 

 

 

 

 



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH