SIÓDMA PIECZĘĆ. TEN KOJĄCY BERGMAN W CZERNI I BIELI
Gdy słodkie, głośne, sensacyjne Hollywood odbija się czkawką, warto zapić je czymś gorzkim, na przykład Bergmanem z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Piołun, mięta, gorzka herbata, a dookoła skandynawska prostota. Innymi słowy po męczącej, kolorowej popkulturowej papce warto zrobić sobie post i ascezę. O chlebie, wodzie ze srebrnymi filmami Bergmana. Co za ulga. Do czasu, gdy znów nie zatęsknimy do węglowodanów popkultury.
Właśnie wracamy zmęczeni z rycerzem Antoniusem Blockiem (Max von Sydow) i jego giermkiem Jönsem (Gunnar Björnstrand). Wyprawy Krzyżowe wszystkim już dały się we znaki. Melancholijny Antonius jakoś nie czuje sensu w tym wszystkim, biedny Don Kichot walczył z wiatrakami w imię milczącego Boga, z kolei Jöns jak Sancho Pansa, jest większym materialistą i zawsze sobie znajdzie jakiś powód do uciechy i zaspokojenia apetytu. Jeden za bardzo jątrzy problem swej duchowości, drugi się w ogóle tym nie przejmuje. O co myśmy walczyli, dokąd zmierzamy? Jakiś trup leży na drodze. Niewiele nam powie.
Jakie to ma znaczenie, gdy za chwilę wszyscy pomrzemy. Dookoła szaleje zaraza. Czuć zapach kadzidła, słychać dzwonki, bębny, chóry. Żyjemy na krawędzi. Oto idzie kolejna procesja. Natchniony kaznodzieja straszy ciemny lud, mówi o gniewie Bożym. Gdzieś obok żołnierze przygotowują ognisko. Będą palić czarownicę, która zadała się z Diabłem. Aktor odgrywający Chrystusa przewraca się pod krzyżem. Za chwilę znów trzeba będzie iść. Wymierają wioski, wymierają dawne światy i tradycje. Gdy Jons otwiera drzwi gospody, charakterystyczny łuk kosy odbija się w przejściu. Już niedługo stracisz głowę!
Może rodzi się coś nowego, a może to przedsmak apokalipsy? Właśnie w tym dziwnym czasie, gdy Antioniusem Blockiem wstrząsają wątpliwości, na jego ramieniu chłodną rękę kładzie Śmierć, by oznajmić mu, że jego czas nadszedł. Może to i lepiej. Wreszcie koniec tych męczarni, tego zastanawiania się, co dalej.
Śmierć? Łysy facet w czarnej pelerynie o zagadkowym wyrazie twarzy. Bengt Ekerot już na zawsze zapisze się w kinematografii jako ten, który dał Śmierci swoją intrygującą, surową twarz.
Ale Śmierć nie zabiera rycerza od razu. Jeszcze nie czas odejść za jej czarną pelerynę, która jak kurtyna kończy przedstawienie. Może wojownik zasługuje na uczciwy pojedynek, nawet ze Śmiercią? Na przykład gra w szachy, aby tak zyskać na czasie i poznać sekrety. Istotnie, Block zna się na rzeczy, bo Śmierć lubi szachy i nie odmówi sobie partyjki z rycerzem. Przestawianie biało-czarnych figur, jak kości w ciemnym grobie. Śmierć się zgadza, bo lubi grać w szachy. Zasiadają przy szachownicy, która stoi na kamieniu. To najbardziej kultowa scena w historii światowej kinematografii. W ogóle „Siódma pieczęć” z racji na swoje sześćdziesiąt parę lat w metryce zdaje się być takim filmem, który zna każdy. Młody, stary. Ten film z alegorycznym, rycerskim klimatem jest kolejną legendą, która była zawsze i do której wracamy w różnych etapach naszego życia, by znów trochę pognębić sumienia.
Gra ze śmiercią jest rzecz jasna podzielona na rundy, między którymi rycerz przemierza kolejne wioski, poznaje różnych ludzi i próbuje doceniać ostatnie chwile tu, na Ziemi. Na jego twarzy pojawi się uśmiech, gdy spotka na drodze małżeństwo aktorów Mię, Jofa i ich małego syna Mikaela. Zarabiają oni na życie bawieniem ludzi. Tyle, że teraz w czasach zarazy to spore ryzyko. No i kto chce się śmiać, gdy apokalipsa blisko?
Prostota życia Jofa i Mii ujmuje Antoniusa. Przy nich przestaje myśleć o tych wielkich filozoficznych kwestiach, które tak bardzo zatruły mu życie. Patrzy na tych troje ludzi. Ich wzajemna, sielankowa miłość, cieszenie się z najprostszych rzeczy, dzielenie się z gośćmi tym, co mają pod ręką, mlekiem i poziomkami – to wszystko stanowi ucztę dla jego serca. Szkoda, że nie widzi tyle, co akrobata Jof, którego często nawiedzają różne święte wizje (w tym także wizja Śmierci grającej w szachy). Może gdyby zobaczył Matkę Boską, poczułby ulgę w swoim zmierzaniu w objęcia śmierci. A może gdyby Block nie pojechał na tą wyprawą krzyżową, tylko został ze swoją ukochaną, teraz też by się cieszył szczęśliwym życiem rodzinnym? Uśmiecha się pod nosem. Skoro tak pięknie i słodko na tej polance, w doborowym towarzystwie, musi pojawić się cień. Cień śmierci, która znów przypomina Blockowi o jego przeznaczeniu. A Śmierć też patrzy z apetytem na tą piękną rodzinę. Zaniepokojony Antonius próbuje odwrócić uwagę Czarnej Damy od tej niewinnej rodziny, która według niego jeszcze nie zasługuje na koniec. Podczas gdy on sprytnie przeciąga pojedynek szachowy ze Śmiercią, Jof ucieka z Mią i Mikaelem swoim powozem. Zrywa się niebezpieczna burza. A na horyzoncie już widać dom odległy, solidny zamek, który Antonius opuścił przed laty. Tu powraca z towarzyszami do swojej ukochanej. Przez te parę godzin czuje spokój i radość.
A potem musi się stać to, co było przepowiadane. Zarówno poczciwy kowal, zdradzony przez żonę, która teraz obok niego stoi, wystawiwszy wcześniej kochanka, zarówno Antonius jak i jego wygadany Giermek Jöns, niema dziewczyna.
Wszyscy są gotowi
Na spotkanie z końcem. Przybyła czarna pani do ich domu.
Jasne pionki życia przechodzą na czarną połowę.
„Goście Wieczerzy Pańskiej” to jeszcze bardziej ascetyczne kino niż „Siódma pieczęć”. Nie mamy tu żadnych kuglarzy, piosenek, zdradzonych kowali, tańczących akrobatów, jowialnych kobiet, które wdają się w romanse z aktorami, dramatycznych procesji z natchnionymi kaznodziejami-prorokami, wieszczącymi upadek cywilizacji. Mamy XX wiek, w tle echa kolejnej wojny, może nawet nuklearnej, niepokój, drżenie i powtarzane do znudzenia formuły na nabożeństwie, na którym jak zwykle jest tylko parę osób. Echo modlitw niesie się po ascetycznie urządzonym kościele i nieprzyjemnie dudni w uszach.
Pastor Tomas Ericsson (Gunnar Björnstrand, czyli Jons, giermek z „Siódmej Pieczęci”), jak przystało na Tomasza, mierzy się z wątpliwościami dotyczącymi swej wiary. Czuje, że przytłacza go rutyna kapłańskiego życia. Organista również nudzi się graniem tej samej melodii. Jakiś chłopczyk ziewa w ostatniej ławce. Wolałaby być gdzie indziej. Babcia przywołuje go do porządku. Z niechęcią kieruje wzrok na ołtarz, przy którym stoi zasępiony pastor. Jakże to inna mina od uradowanego, amerykańskiego pastora, który krzyczy, śpiewa, a wtóruje mu chór gospel. Wszyscy się cieszą, jakby byli na jakimś haju. Upojeni świętością, cieszą jak dzieci w sklepie z cukierkami. Boska słodycz spływa do ich serc. Amerykanie zawsze potrafią się pocieszyć. Czy to pastorzy czy akwizytorzy zawsze uśmiechnięci, nawet gdy każdy im odmawia.
A u Szwedów czuć ten chłód, ascetyczność. Pastor spogląda zrezygnowany na Chrystusa ukrzyżowanego, którego twarz przeraźliwie wykrzywia grymas cierpienia. To ten sam wizerunek Chrystusa, który widzieliśmy w „Siódmej pieczęci”. Pastor Ericsson ma powody do smutku. Cztery lata temu umarła jego ukochana żona. W nim też coś umarło. Umarła chęć do życia. Został tylko posępny sługa w zakurzonej sutannie, który stara się wykonywać swoje obowiązki poprawnie. Choć ciężko mu pocieszać ludzi, gdy w sercu ciąży mu smutek, a przed sobą ma puste ławki w kościele. Ale oto próg kancelarii przekracza zatroskany rybak Jonas Persson. W tej roli znany nam już z „Siódmej pieczęci” Max von Sydow. Tak jak w roli rycerza Blocka zmagał się z bezsensem wiary, tak i tu w roli rybaka Jonasa czuje, że nie może w swoje sieci złapać nadziei na lepsze jutro. Czemu tak się martwi? Ma troje dzieci, czwarte w drodze i ukochaną żonę Karin. W tej roli Gunnel Lindblom, która w „Siódmej pieczęci” grała niemą dziewczynę. Tu z kolei stara się przekazać pastorowi wątpliwości jej milczącego męża, gdy tego trawi ból egzystencjalny. Jonas czuje, że za chwilę zostanie połknięty przez wielkiego potwora. Coś w nim umarło. Jest tylko nieustanny niepokój i pragnienie śmierci. Niech ta bomba atomowa wreszcie wybuchnie! Rybak jeszcze próbuje się ratować rozmową z pastorem, lecz Ericsson nie specjalnie go pociesza, bo sam przeżywa żałobę po swoich ideałach. Sam marzył, że będzie kimś wybitnym. Zbyt idealistycznie podchodził do roli księdza, żył ideałem Boga, a potem gdy trafił ze swoją posługą do miejscowości, gdzie trwała wojna, nie był w stanie skrzyżować teorii z praktyką. To go przytłoczyło. Nastąpił kryzys i z przerwami trwa on do dzisiaj. Do tej wymownej rozmowy z Jonasem.
A potem Tomas zjawia się na miejscu, gdzie leży już ciało tego, który jeszcze parę godzin wcześniej mówił o swoich obawach. Jeden strzał i koniec. Uparł się na własną śmierć. Nie pomogła rozmowa. Cytowanie Pisma Świętego też pewnie by nie pomogło. Od czego ja tu jestem?! Na litość Boską! Krzyczy w duszy pastor. Za oknami biało i zimno. Oto najgorszy pejzaż wiary. Koszmar każdego twórcy, gdy stoi bezbronny wobec białego płótna. Nie wie, co powiedzieć, co dziś stworzyć. Dziś rządzi pustka i bezsens. Pastor kaszle, chyba łapie go grypa. Chce mu się spać. Zasnąłby na wieki. Stara się być silny. Gdy opada, podtrzymuje go wierna Marta, wiejska nauczycielka, stara panna, która kocha go całym sercem. Przytula go, pociesza, wysłuchuje. Ach ta cierpliwa Marta, ociera łzy, podaje lekarstwa. Zawsze oddana innym, a najmniej sobie. Chciałaby wyrwać pastora z tej czarnej rozpaczy, wyprowadzić na sielankowe pola, gdzie spacerują zakochani, gdzie żyje się zwyczajnym życiem, bez tego ciężaru egzystencjalizmu, lecz on ma dosyć jej natarczywej obecności, a może wstydzi się przyznać, jak bardzo jej potrzebuje. Takiej pocieszycielki i nauczycielki zwykłego życia.
Gdzieś obok przemyka niezauważany dotąd garbaty, gorliwy kościelny Algot. Wypowiada on w tym filmie najważniejsze słowa, które rezonują w smutnym pastorze. Algot przytacza scenę Męki Pańskiej. Ostatnio zaczął czytać Ewangelię do snu, żeby tak nie myśleć o bólu fizycznym, który go dręczy. Sam przyznaje, że wiele wycierpiał w swym życiu, tak jak Chrystus w ciągu tych kilku strasznych godzin. Ale najgorsze w Męce Pańskiej było to, że niemal wszyscy się odwrócili od Chrystusa. Prawie nikt nie zrozumiał jego nauki. Zawisł Pan na krzyżu wpatrzony w czarną otchłań, tak jak to przedstawił Salvador Dali na swoim obrazie „Ukrzyżowany”. Teraz to dociera do Pastora, teraz gdy uzmysławia mu to ten niepozorny kościelny, którego dotąd nie słuchał i zbywał milczeniem. Teraz pastor Ericsson dostrzega, jak bardzo samotny musiał być Chrystus pośród ludzi. Tak jak teraz samotny jest ksiądz pośród swego ludu. Ten film traktuje o samotności człowieka wobec milczenia Boga, ale też traktuje o samotności i niezrozumieniu samego Boga przez ludzi. To niezrozumienie i samotność widzieliśmy już w poprzednim obrazie Bergmana z 1961 roku, „W zwierciadle”, należącym wraz „Gośćmi…” i „Milczeniem” do „Trylogii pionowej” Bergmana. To niezrozumienie zobaczymy potem w irlandzkim obrazie „Kalwaria” z 2014, gdzie również osamotniony ksiądz nie jest w stanie w pełni pocieszyć swoich wiernych, którzy powoli wyrastają z instytucji kościoła. Ze smutkiem patrzy, jak jego kościół płonie, a on sam czuje się niepotrzebny.
Kościół pastora Ericssona nie płonie, chociaż wypadałoby go ogrzać. Ogrzać wiarą i nadzieją. Teraz jednak pastorowi jest trochę łatwiej, gdy usłyszał od Algota o tej samotności Boga, któremu też nie było łatwo. Gorzkie to pocieszenie, ale jednak działa. Pastor zakłada ornat niczym zbroję na kolejną walkę z własną niewiarą. Może ta rutyna jednak jest lekarstwem, by obudzić w sobie sens. W ławce siedzi wierna Marta, która zawsze tu będzie. Mimo, że Tomas ją odtrącił. Już trochę cieplej. Znudzony organista niechętnie rozpoczyna grę dla tych kilku osób w kościele. Rozbrzmiewają dzwonki. Tak, trzeba mimo wszystko trwać na swoim posterunku.
Komentarze
Prześlij komentarz