NIEPOKONANI. PRZEZ ŚNIEGI, LASY, PUSTYNIE I DALEJ

 


Biało i zimno. Dla jednych to początek nowej opowieści, a dla innych koniec. Biała kartka, na której widać jakieś niewyraźne ślady tych, których pochłonęła śnieżna burza. Zamarzli gdzieś w głębi Syberii, albo uparcie idą dalej (tak naprawdę w tym filmie Syberię zagrała Bułgaria). Próbują. Muszą się śpieszyć. Wydano za nimi pościg. Ale pogoda nie sprzyja strażnikom. Kto w taką zamieć będzie ścigał jakiś wygłodniałych biedaków, którzy postanowili umrzeć na wolności? Idealiści, patrioci, czy cholera wie kto jeszcze. Polityczni więźniowie zawsze mają nierówno pod kopułą. Uparcie muszą dążyć do swojej niepodległości. Nie urobisz ich w żaden sposób drogi carze. Dowódca mówił, że największym wrogiem tutaj nie jest więzienie, strażnicy, ale właśnie okrutna natura Syberii. Niewzruszona biała Czarownica, która zamieni prawie każdego w biały posąg. Chcesz uciec, to uciekaj. Za parę kilometrów zastygniesz. Niby wolny a bezwolny.

Ale jak cudownie odetchnąć tym mroźnym powietrzem, nie czując nad sobą narzędzia terroru. Wolność jest taka świeża i zarazem okropnie zimna, przerażająca, bo po długich miesiącach niewoli trudno z niej korzystać. „Wolność? Nie wiedziałbym, co z nią zrobić” — wyzna jeden z uciekinierów.


I jakie to dziwne, że mimo, iż nie masz sił, jesteś wygłodzony, to jednak biegniesz przed siebie, jak tylko potrafisz, dajesz z siebie wszystko, by być jak najdalej tego więzienia. Drzewa i śniegi są teraz twoimi sprzymierzeńcami i być może ostatnimi świadkami twoich pięknych chwil. Chwila nieuwagi i biała kołdra otuli cię do snu, a drzewa pochylą się nad tobą jak płaczki i driady. Ktoś cię zapamięta, innego niż ten numer w rejestrze więziennym. Potem przyjdą wilki…

 

Co to?!

 

To tylko wilki

 

Tylko wilki — odpowiada z ironią jeden z więźniów, oglądając się za sobą niepewnie.

 

Wilki jako kolejne ukojenie, gdy nie będziesz miał siły walczyć ze sobą. Niech przyjdą i zrobią swoje jak w filmie „Przetrwanie”.

 

Prędko dalej i jeszcze dalej. Wciąż masz uczucie, że wzrok twoich oprawców sięga tak daleko. Za kolejne wzgórze, za kolejny las. Znikają sylwetki, cienie za białą kurtyną. Koniec przedstawienia. Strażnicy tą klęskę odbiją sobie jakąś perfidną karą na więźniach, którzy zostali w tym „domu umarłych”. Druty kolczaste i podziały na lepszych i gorszych, na to, kto ile wypracował normy i jaki kocioł zupy mu przysługuje i ile racji chleba dostanie. Komuś spadł na ziemię kawałek suchara. Już do niego lgną wygłodniali więźniowie. Komuś wylało się trochę zupy, już przybywają pijawki, by nasycić podniebienia tym wywarem zmieszanym z ziemią i śniegiem. Na dobrą sprawę wszystko tu możesz sobie pogryźć, by oszukać głód. Pożuć kamień i ugotować trochę igieł sosny, by powstrzymać awitaminozę. Jak stracisz parę zębów, to zrozumiesz, czym jest ta choroba. Podobno na szkorbut cierpieli żeglarze Kolumba. Ale oni przynajmniej oddychali na pełnym morzu i uparcie czekali na ten widok lądu na horyzoncie. A ty rozglądasz się wokół. Jesteś jeszcze nowym więźniem. Jeszcze masz trochę tłuszczu i siły. Jeszcze masz trochę empatii i dobroci. Wierzysz, że wyjdziesz. Kiedy? Za dziesięć, dwadzieścia lat. Pozbądź się nadziei. Uwierz mi, że są tu tacy, którzy na nic już nie czekają. Są jak duchy. Trzeba się przyzwyczaić, wstąpić w tą strukturę i wszelkie emocje schować pod skórą. Przypomnij sobie więźnia Kostylewa, który kiedyś wszystkim pomagał, był trochę lepiej traktowany przez strażników i dostawał większe racje żywnościowe, którymi się dzielił z potrzebującymi. Miłosierny więzień, który za swoją dobroć został ukarany i w końcu znienawidził wszystkich dookoła, zgorzkniał, złamał się.

Jest wiele sposobów by upodlić człowieka, najpierw te brudne łachy, brudne baraki, ciężka praca, mało jedzenia. Szaleństwo powoli uderza do głowy. Wszystko tu staje na głowie. Tu rządzą prymitywne zbóje, a nie ci, którzy kiedyś cieszyli się szacunkiem na wolności. To rzeczywiście inny świat. Każdy dla ciebie jest konkurentem w baraku i w grupie pracowniczej. Władzę między więźniami trzyma ten, kto zapomniał oddać ostre narzędzia po długim dniu wyrąbywania lasu. Więzienni zbóje, urkowie już dawno uzbierali cały arsenał narzędzi do perswazji. Nie bądź zdziwiony, gdy nagle jakiś nieuprzejmy pan poprosi cię o twój płaszcz. Musisz go oddać. Inaczej poczujesz ostrze noża, który wbija się coraz głębiej. Oddajesz płaszcz. Może honor cię ogrzeje. Tym razem przeżyłeś, ale co to za interes, gdy po zdjęciu płaszcza, w twoje ciało wbiją się miliony igieł dojmującego zimna. I tak masz szczęście. Urkowie, kochający hazard mogli postawić twoje życie w jakimś karcianym zakładzie. Gdyby przegrał, zabiłby cię bez wahania. No i co? Śmierć bez sensu? Ależ nie. Twój trup także by się przydał. Można byłoby wziąć na niego parę przydziałów żywności. To się nazywa łagrowy recykling. A co? Musisz sobie radzić. I pozbądź się tych cholernych sentymentów, tych kajdan współczucia i dobroci, bo cię zabiją. Człowiek łagrów jest wyzuty z uczuć i wspomnień. Wtedy łatwiej egzystować w tym mechanizmie absurdu. Przynajmniej to możesz zmienić w swej duszy i wyrazie twarzy. Na nowe, ciepłe ubrania nie ma co liczyć. Zresztą nawet jeśli to stare się gdzieś rwie, to pewnie zaschnięte błoto sklei tą dziurę. W końcu powstanie z tego mocna zbroja, skóra nowego, sowieckiego człowieka. Skóra, w której kładziesz się styrany na twardą pryczę i budzisz się w tej skórze, przesiąkniętej potem i krwią. Trzeba sobie jeszcze jakoś zreperować obuwie, jeśli chciałbyś uciekać, albo przynajmniej wydajnie pracować. Przypal gumę i załataj te pęknięcia. Powinno wystarczyć na jakiś czas. Tutaj każdy musi się wykazać kreatywnością. Może panowie życia i śmierci się zlitują i dadzą jakiś przydział nowych łachów. Ale może warto pozwolić sobie na odrobinę wakacji? Te dziurawe buty podczas tych mrozów to nie taki głupi pomysł. Parę odmrożeń albo skaleczeń. Czasem trzeba poświęcić palce albo dłoń. Już nie jesteś zdatny do pracy, bo jak złapiesz to lub tamto. I możesz poleżeć trochę w szpitalu. Przez chwilę poczuć wolność i spokój, a potem jak śmieć zostać zrzuconym do przedostatniego kręgu w tym piekle: czyli do trupiarni, gdzie przebywają chorzy, starzy, słabi, niepotrzebni, bezużyteczni. Skład zardzewiałych narzędzi, o które może upomnieć się tylko śmierć, gdy skończy kosić w innym rejonie.

 

A tymczasem w drodze

 

Biały pył opada, a ślady naszych wytrwałych podróżników są coraz wyraźniejsze. Dokonali tego, o czym kiedyś słyszeli tylko z ust wielu marzycieli, snujących genialne plany ucieczki. Że trzeba się przygotować, trzeba mieć zapasy żywności, trzeba mieć mapy. Trzeba czekać na właściwą pogodę. To wszystko prawda. Tylko można tak latami odkładać tą decyzję, albo wybrać jeden moment i postawić wszystko na jedną kartę. Właśnie wtedy, gdy jest najgorsza pogoda, by zniechęcić strażników.

Trzeba mieć nadzieję, choć ona w tym miejscu to najbardziej zwodnicza przyjaciółka, niewierna dama lekkich obyczajów, która po upojnych chwilach, potrafi uderzyć w twarz i zdradzić. Zołza! „Nadzieja to niebezpieczna sprawa przyjacielu” — słyszymy w „Skazanych na Shawshank”. Ci, którzy mieli być dziś wypuszczeni na wolność wedle przepisów, właśnie się dowiedzieli, że ich wyrok został wydłużony. Tak po prostu. Po kropce, ktoś kopnął w przecinek. To się nigdy nie skończy. Paragraf się zawsze znajdzie. Nigdy do końca nie wierz nadziei, nie zakładaj, że wyjdziesz tak po prostu. Bo los wtedy zawsze lubi drwić z tych pewnych siebie.

Ale co ma począć z tymi upartymi uciekinierami, którzy przestali czekać na łaskawe wyroki władzy. Uciekli i już! Los przymknął oczy. Zamieć śnieżna, choć bije w twarz naszym uciekinierom, to sprzyja im bez wątpienia, zacierając za nimi ślady i zacierając także ich twarze i narodowości. Są niczym zjawy, zawieszeni między życiem a śmiercią, nietykalni, przekraczają białą łunę snu, jeszcze parę kroków, by potwierdzić swoje istnienie, zarysować mocniej na tej białej karcie swoje kontury człowieczeństwa. Wierzą, że kiedyś ujrzą próg swego domu. Wyjmą klucz spod kamienia i przekręcą zamek. Ucałują podłogę i tak długo będą pieścić te deski, aż uwierzą, że są wreszcie u siebie, a nie w tej wielkiej celi pełnej wychudzonych ciał.

Tu pośród tej bezkresnej natury zarówno Polacy, Serbowie, Łotysze, Amerykanin, Rosjanin oraz Szwed grają w jednej Lidze Narodów, uciekając z Innego świata. Ta międzynarodowa mieszanka przekłada się także na obsadę, w której zobaczymy Brytyjczyka Jima Sturgessa w roli rozważnego Polaka, Janusza, Amerykanina Colina Farrella, którego kreacja rosyjskiego bandziora Walki rzeczywiście zapada w pamięć. Podoba mi się jak Farrell mruży oczy, jakby cierpiał na światłowstręt i marszczy czoło, do tego porusza się dość w sztywny sposób, jakby cały czas był gotowy do ataku, no i mówi z tym rosyjskim akcentem.

Walka przeraża swoją bezwzględnością i brakiem sentymentów, gdy wbija nóż współwięźniowi i zabiera mu sweter, albo gdy wygłodniały przepędza wilki i pożera surowe mięso sarny, a zarazem imponuje, gdy zdobywa dla całej grupy pożywienie. Śmieszy swoimi powiedzonkami i wzrusza, gdy wreszcie odłącza się od grupy, twierdząc, że do wolności jednak nie dorósł.

Po nim równie mocnym charakterem jest właśnie Mister Smith, najstarszy z całej grupy, którego gra Ed Harris. A ten jak wiadomo, zawsze się sprawdza w rolach twardych, szorstkich, mężczyzn, którzy czasem głęboko skrywają jakieś resztki ciepła. Smith balansuje między chłodem, rozgoryczeniem i spokojem. Wzrusza się, gdy widzi jak Janusz prowadzi drużynę do celu, zupełnie jakby widział swojego nieżyjącego już syna. Ale stara się być także ojcem dla młodziutkiej sieroty Ireny. W tą postać z kolei wcieliła się irlandzka aktorka, Saoirse Ronan, którą mogliśmy podziwiać choćby w „Nostalgii anioła”. Dalej w naszej drużynie, tym razem z Rumunii zobaczymy Alexandru Potoceana jako refleksyjnego rysownika i kucharza Tomasza i Dragoşa Bucura jako jowialnego Zorana, z Niemiec Sebastiana Urzędowsky’ego jako Kazika, a ze Szwecji Gustafa Skarsgårda jako Księdza Vossa, zmagającego się z wyrzutami sumienia po morderstwie.

Wszyscy chcą uciec. Wszyscy mają dość swojego dawnego życia, dość komunizmu i zimnej Rosji. Wszyscy? Przepraszam za to przejęzyczenie. Towarzysz Walka przykłada mi nóż i nie zgadza się z moim sądem. Rosja nie taka straszna, a Stalin to człowiek ze stali. Czemu uciekasz z tego więzienia Walka? Wszak więzienie, choć najgorsze, to twój dom. Tam byłeś kimś. Zabierałeś, rządziłeś, dzieliłeś i gwałciłeś. Jeśli są tu jacyś ludzie, którzy nie chcieliby końca tych więzień, to właśnie urkowie, przestępcy, zbóje, którzy po strażnikach byli tu kolejną rasą panów i niezłych hazardzistów. Oj Walka, Walka przegrałeś sporo w karty. Masz długi. Dlatego musisz uciekać. W oczach masz walkę i upór. Twoje muskuły zdobione są przez podobizny Stalina. Oddany żeś sprawie. Nie, ty bracie nie uciekniesz ze swej ojczyzny, nie zdradzisz ustroju. Co najwyżej zmienisz więzienie. Choć nie wiele widzisz w tej politycznej mgle, to jednak coś widzisz przed sobą. W przeciwieństwie do biednego Kazika, który zmaga się z kurzą ślepotą. W białej mgle zniknął jak duch. Za chwilę odsłoni się jego posąg. Zamarznięty, niewinny, spokojny. Już ma to za sobą. Może to i lepiej, gdy w powietrzu wciąż czuć nową wojnę.

Biegnijmy dalej. Tylko gdzie uciekać, skoro fala komunizmu podtapia sąsiednie państwa? Wszędzie czerwoni. Wszędzie portrety wąsatego cara. Wszędzie jest się niewygodnym gościem bez papierów. Uciekamy z jednej niewoli, by potem cierpieć na jeszcze straszniejszej wojnie.

Biała, zimna Syberia powoli ustępuje cieplejszym klimatom, a i pewien dystans, chłód, nieufność między partnerami ucieczki w końcu się przełamuje, między innymi za sprawą Ireny, jedynej kobiety w tym towarzystwie, która wzmacnia morale drużyny. A po drodze trafia się jakaś zwierzyna. Wreszcie trochę mięsa. Jesteśmy jak wilki żądne krwi. Nic nas nie różni od tych bestii. Ale czy zjedlibyśmy siebie, gdyby zaszła taka konieczność. Nigdy nie wiadomo. Oczy Walki dziwnie błyszczą w nocy. Trzeba napełnić żołądek, ale w wyobraźni miło rozkoszować się kurczakiem w marynacie ziołowej. I koniecznie dużo soli. Ach ta sól. Jak dawno nie czuliśmy jej na języku. Słone są tylko łzy. Ale podczas tej drogi, nawet nie chce się już płakać. Wszystko paruje.

W tej wielkiej ucieczce wzdłuż Jeziora Bajkał przez Mongolię, pustynię Gobi, Indie, Tybet, zmieniają się krajobrazy tak jak nastroje bohaterów. Zawiązują przyjaźnie, odkrywają tajemnice, mijają żałoby i skrywane żale. Wszystkie te toksyczne emocje, uprzedzenia względem towarzyszy niczym kule u nogi, trzeba odwiązać, by iść swobodniej, nawet gdy komary tną jak szalone. Bo komu powiesz o swoich najskrytszych marzeniach jeśli nie towarzyszom ucieczki, którzy przez tyle miesięcy dzielili z tobą zimno, brud, odciski, rany. Ta podróż po wolność, jest tak naprawdę wyzwoleniem się ze swoich grzechów, ciężkich wspomnień. Nic tak nie oczyszcza jak ciężka droga, w której zrzucasz ciężkie kilogramy dawnego „ja”.

 

A ja będę dalej szedł, aż zgubię żal i odnajdę tylko miłość…

 

Janusz, lider podróży ma dobry powód, by wrócić do domu i zobaczyć się z żoną, której zeznania obciążyły go, przez co trafił do więzienia. Musi wrócić, aby wybaczyć swojej żonie, która cały czas żyje w poczuciu winy. Inni z kolei uciekają, aby wrócić do domu, albo na front, by znów walczyć przeciw Rosjanom. Nie chcą być bierni wobec tego, co się dzieje na świecie.

Janusz sugeruje następne etapy podróży i po naradzie z pozostałymi uczestnikami przemierzają kolejne kilometry jak bohaterowie „Władcy pierścieni”, przez górskie przełęcze, ciemne lasy i suche pola. Jeśli głód doskwiera, to przynajmniej oczy karmią się pięknymi, panoramicznymi widokami. Z tyłu głowy mamy jeszcze takie filmy jak „Wielka ucieczka”, czy „Skazani na Shawshank”. Przygoda i zarazem prawdziwa historia, którą spisał Sławomir Rawicz w swojej książce „Długi marsz”.


Co do tej prawdziwości, to jednak można dyskutować, czy rzeczywiście Rawicz (filmowy Janusz), który w 1941 roku uciekł z gułagu na Syberii odbył ten długi marsz przez Syberię, Bajkał, Gobi, Chiny i wreszcie Indie. Historia jest niesamowita. Wręcz zdumiewa ten upór i skuteczność bohatera w dążeniu do celu. Rawicz po tym długim marszu, wcale nie spoczął. Wstąpił do Polskich Sił Powietrznych w Wielkiej Brytanii i spełniał swoje obowiązki pilota. Wedle danych, które posiadała Rosja, Rawicz jednak został uwolniony z gułagu w 1942 roku w wyniku amnestii dla Polaków, a potem przetransportowano go do Iranu, więc nie mógł uciec w 1941 roku. Jednak długi marsz został potwierdzony przez nijakiego Witolda Glińskiego, który z kolei uważał, że Rawicz w swojej książce ukradł jego historię/tożsamość. To Gliński miał być pierwowzorem przyszłego Janusza z „Niepokonanych”. Zamieszkały w Kornwalii, były żołnierz sił powietrznych, mający za sobą taki to niezwykły wyczyn, którym się pochwalił pewnemu dziennikarzowi. Ale i w relacjach (niepodpartych żadnymi dokumentami) Glińskiego było sporo nieścisłości, jak choćby wiek samego, dzielnego uciekiniera, który był za młody (15 lat), by przewodzić grupie starszych oficerów. Jak długi marsz, tak wiele różnych opinii, choćby ta od Leszka Glinieckiego, który potwierdził, że gdy miała miejsce wielka ucieczka z Jakucka, Gliński przebywał wtedy z nim w więzieniu Kriestach (Prawda o Długim Marszu).

Prawdziwe, nieprawdziwe, to jednak niesamowita przygoda, o którą upominają się byli więźniowie łagrów, by mieć poczucie, że jednak przeżyli coś niezwykłego w tym wojennym koszmarze, marząc o wolności. Bo taka opowieść zawsze lepiej się przyswaja jako historia przygodowa, aniżeli patetyczna martyrologia (Hayden White).

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH