LA BAMBA
La Bamba
Czasem trudno uwierzyć, że przed Rolling Stonesami czy Beatlesami, do których odwołuje się w swoich inspiracjach co drugi zespół, byli jeszcze tacy artyści jak Buddy Holly czy właśnie Ritchie Valens, rozkręcający mocno końcówkę lat pięćdziesiątych. W tym co tworzyli, wydawali się tacy niewinni, czyści, epatowali tylko muzyką i radością. Jakby wschodzili razem z rock and rollowym słońcem, które za niedługo miało rozświetlić cały świat.
I jeszcze trudniej uwierzyć, że od śmierci tych młodych artystów mija już ponad sześćdziesiąt lat. Umarli jeszcze młodziej niż późniejsza generacja: Morrison, Joplin, Hendrix czy Cobain.
Ale tym samym dopełnili swojej wielkiej sławy i nieśmiertelności w kanonie rock and rolla. I co dziwne nie zgubiły ich nałogi, nie byli jeszcze uzależnieni od narkotyków i alkoholu, jak można by stereotypowo założyć, powtarzając oklepane hasło: „sex, drugs and rock and roll”. Zginęli nagle, w katastrofie lotniczej. A ta przecież prześladowała Valensa niemal przez całe życie jak zły omen. Nad boiskiem szkoły, do której uczęszczał, zderzyły się dwa samoloty, które spadając zabiły kilku przyjaciół Ritchiego. On akurat w tym feralnym dniu był na pogrzebie swego dziadka. Śmierć jego bliskiego paradoksalnie uratowała mu życie. Jego matka powtarzała, że przeżył dla tego, by dokonać czegoś specjalnego w życiu. Chyba się domyślamy, co to było. Oczywiście Rock and roll. Ze swoimi trzema przebojami: „Come On, Let’s Go”, „La Bamba” i „Donna” Richard Steven Velenzuela wspiął się na szczyty i równie szybko z nich spadł jak Ikar, dopełniając swojej legendy.
„La Bamba” to film Louisa Valdeza, powstały w 1987 roku, we współpracy z rodziną Ritchiego Valensa, z jego bratem, Bobem Moralesem, siostrami i mamą. W roli głównej zobaczymy tu Lou Philipsa Diamonda, a w roli niegrzecznego brata Ritchiego, Esaia Moralesa, który co ciekawe tak samo się nazywa jak jego pierwowzór (Bob Morales). Morales w roli złego brata, którego rozpierają sprzeczne uczucia, ma tu większe pole do popisu, niż Lou Diamond, którego postać Ritchiego wydaję się trochę płaska, zbyt prosta, wyidealizowana.
Na drugim planie natomiast pojawi się Joe Pantoliano, pamiętny Cosmo ze „Ściganego”. Tu razem z Ritchiem, jako jego ambitny manager, będzie ścigał sławę, załatwiając młodemu artyście kolejne występy i trasy koncertowe. Ale zanim do tego dojdzie…
Wszystko zaczyna się trochę jak w baśni. Dawno, dawno temu żył sobie ubogi chłopak, który dzielił czas między pracę przy pakowaniu pomarańczy, szkołę i marzenia o rock and rollu. Uparcie trzymał się swojej używanej gitary jak kompasu i w wyobraźni przemierzał nowe akordy, niczym niezdobyte wyspy. Nie dziwne, że nawet spał ze swoją gitarą, która była dla niego jak skarb.
Tak się składa że z wyprawy po skarby, czyli dolary zarobione szemranymi sposobami (handel narkotykami) wraca z daleka brat Richarda, Rob. Czarna owca w rodzinie. Matka drży. Pamięta, że przyczyniła się do aresztowania Roba, żeby dać mu twardą lekcję życia. Nie wie, czego się spodziewać. Ubrany w czarną skórę i śmigający na motocyklu, uzależniony od alkoholu ma wręcz talent do wpadania w tarapaty.
Szybko wikła się w romans z nowopoznaną Rosie, która zachodzi z nim w ciążę. Powtarza właściwie schemat swojego nieobecnego ojca. Nawet jeśli Rob znów zawiedzie, jest wciąż Ritchie, który jest ulubieńcem matki i jej wielką nadzieją, co Rob boleśnie odczuwa, żyjąc w cieniu brata. Ritchie, Rich! Złoty chłopiec, który przyniesie szczęście swojej mamie!
Roba rozpiera energia, rozbija się motocyklem tu i tam. Chcąc czy nie chcąc rozpoczyna życie rodzinne z Rosie i próbuje być ojcem, ale wciąż pije i romansuje z innymi kobietami. Zbyt szybko się dekoncentruje, poddaje i znów popada w nałogi. Trudno powiedzieć, czy prawdziwy Rob był aż takim marnotrawnym synem. Być może zgodził się dla potrzeb filmu wyjaskrawić pewne momenty swego życia, by jeszcze mocniej podkreślić kontrast między nim a Ritchiem. Bo ten z kolei zdaje się być w tym filmie jak anioł. Prosty, roześmiany chłopak, skoncentrowany na jednym celu, na graniu swoich piosenek. A gdy spada na niego sukces od razu myśli o swoich bliskich. Matce i siostrom kupuje dom, zapewnia byt, co z kolei zazdrosny Rob odbiera jako popisywanie się. Ritchie stara się pomóc każdemu, kto kiedyś z nim dzielił jego niedolę. Pragnie też pokazać swojej platonicznej miłości, Donnie, której dedykował jedną z piosenek, że potrafi coś osiągnąć, lecz rodzice dziewczyny stanowczo się sprzeciwiają, by rockandrollowy chłopak był ich zięciem. To porażkę uczuciową najtrudniej przyjąć Ritchiemu. Ale póki jest muzyka, póty chce się żyć.
Rob jest ciągle zazdrosny, że brat spełnia swoje marzenia, podczas gdy on jest wciąż nikim. Miota się między różnymi pomysłami. Zastanawia się, czy mógłby zostać rysownikiem. Wygrywa nawet w konkursie plastycznym pięćset dolarów i deskę kreślarską. Ale wciąż brak mu cierpliwości, by rysować krok po kroku swoją postać zmierzającą do celu. Nawet pomaga Ritchiemu w organizacji koncertów, ale potem się zniechęca. I tak zawsze będzie gorszy od swego brata. A przecież tak kiedyś nie było. Starszy Rob był dla Ritchiego mistrzem, idolem, dopóki ten nie zorientował się, że jego brat to zwykły rozrabiaka i pijak. Sen upadł. Rob przestał być ważny. Ten konflikt między braćmi jest jak lawa, która w końcu musi znaleźć ujście, by wykrzyczeć te wszystkie pretensje. Pamiętna jest scena gdy obaj bracia się kłócą i biją, pada zbyt wiele gorzkich słów przed wyjazdem Ritchiego, a potem obaj godzą się przez telefon i już nigdy mają się nie spotkać. Ritchie ginie w katastrofie lotniczej. Rob jeszcze próbuje go dogonić na wzgórzu, ale cień chłopca z gitarą znika gdzieś za drzewem. Chłopiec znika, a Rob musi wreszcie dorosnąć i zająć się rodziną, nucąc sobie czasem piosenki swojego sławnego brata, który udowodnił, że można wiele osiągnąć, mając tak mało wokół siebie.
Ten półtoragodzinny film ukazuje krótką karierę Ritchiego oraz jego rodzinne kłopoty. Trudno uwierzyć, że w sumie w filmie wykorzystano zaledwie cztery piosenki tego artysty. Faktem jest, że repertuar Ritchiego to tylko dwie płyty, może jeszcze jakieś demo. Paradoksalnie jego najsłynniejszy utwór „La Bamba” to w gruncie rzeczy ludowa piosenka, tylko w rockowej aranżacji naszego bohatera. Ciekawe, że w filmie słyszymy „La Bambę” zaśpiewaną przez zespół Los Lobos, którzy spopularyzowali ten hit.
Nie zamierzam tu umniejszać roli Valensa, ale wciąż mnie zdumiewa jak mało ten chłopak nagrał, a jak bardzo zapisał się w historii Rock and rolla. Zupełnie jakby strzelił już w pierwszej minucie najważniejszego gola i od razu zakończył mecz. Jakby już trafił w sedno i oszczędził publiczności odcinania kuponów od swoich kolejnych kompilacji płyt. Co za iskra, która potem rozpaliła wyobraźnię późniejszych twórców.
Komentarze
Prześlij komentarz