KRATKA
Podczas gdy na ulicach Warszawy komisarz Halski rozprawiał się z mafiozami i handlarzami narkotyków na tle „Nocnego grafitti”, w tle rozbrzmiewała transformacja ustrojowa, która jak ruletka wyrzucała poza margines jednych… zasłużonych pracowników PRL-u, a innych z kolei zapraszała do siebie, by zagrać o wszystko. Tak jak po swoją szansę śmiało upomnieli się bohaterowie „Długu”, by z prężnych biznesmenów zmienić się w morderców. Dzikie, drapieżne czasy, w których można było sporo zyskać, jeśli tylko człowiek otworzył się na nowe możliwości, choćby to, co płynęło z Zachodu, by potem sprzedawać te różne cuda na wszystkich bazarach, sklepach i otwierać kolejne firmy. Potem może giełda, schody, schodeczki, winda, szczyt, panorama. Z góry Warszawa wygląda tak pięknie. Ale łatwo można było też zostać z niczym, gdy człowiek też za bardzo się zagapił. Może emigracja za Ocean? A potem szczęśliwego Nowego Jorku. No i ojczyzna, umęczona, próbująca umalować sobie twarz tak jak przystało na standardy Zachodu. Póki co to twarz błazna ze smutkiem w oczach i domalowanym, szerokim uśmiechem. I znów odpadł tynk.
Tu pośród tych odrapanych kamienic i na tle górującego Pałacu Kultury i Sztuki, przemyka jakiś chłopiec. Ma powody by się skradać ostrożnie, a potem biec jak najszybciej, by być coraz dalej od alarmu samochodu, z którego właśnie wyciągnął swoimi zwinnymi rączkami radio samochodowe. Jest już w czym wybierać, bo zachodnie auta coraz częściej śmigają po naszych ulicach. To zasługa Młodych wilków.
A tu może kolejny kandydat rośnie nam do bandy Cichego. Jakie dotychczasowe osiągnięcia? Typowy łobuziak, który z kumplami kradnie radia samochodowe. Mieszka w starej kamienicy z babcią, która całe dnie spędza na wózku przed oknem i koi swoją ciszą. Podczas gdy matka i jej przyjaciel, prawie ojczym dla Sebastiana wysługują się młodym, który musi skakać po fajki i czyścić buty niejakiego Henia. Ale Henio choć niezły buc, to jednak co jakiś czas pożycza małemu kasety wideo z największymi hitami kinowymi, jak choćby „PSY”, które w latach 90 były na topie. Kasety wideo? Kolejny relikt tamtej epoki. Sebastian właśnie z takich filmów sensacyjnych czerpie wiedzę o świecie i marzy o tym, aby kiedyś mieć taką spluwę i rozwalić Henia. Póki co nasz młody bohater szwenda się po mieście w poszukiwaniu nowych łupów. Aż miło się zwiedza parking pełen zachodnich autek, w które zainwestowali przezorni taksówkarze. Wiadomo, klient chętniej wsiądzie do Mercedesa czy Volksvagena niż do jakiegoś Poloneza. I Sebastian także stał się koneserem zachodu, przechodzi obok hotelu, gdzie parkuje wielu zagranicznych gości. I nagle doznaje olśnienia, bo oto przed nim stoi jakiś zagraniczny samochód, ale mniejsza z nim, do samochodu wsiada jakaś piękna dziewczynka, Francuzka, której z torebki wysypują się nagle wszystkie rzeczy. Wiadomo, nawet bardzo młoda kobieta musi mieć torebką pełną skarbów. Szybko zbiera rozsypane rzeczy i wsiada do samochodu, lecz jeszcze zdąży zerknąć na chłopca z miasta, który stoi jak wryty. Szybko podbiega tam, gdzie przed chwilą dziewczyna rozsypała rzeczy. Znajduje jeszcze jakieś dokumenty, a w studzience kanalizacyjnej zauważa 500 franków. Jest się nad czym pochylić w tym galopującym kapitalizmie. Tylko jak wyciągnąć taką kasę, kiedy dzieli nas gruba kratka, przez którą ledwo przeciśnie się cienka rączka dwunastolatka? Tak się składa, że w tym samym czasie po mieście krąży inny poszukiwacz złotego szczęścia, niejaki Eugeniusz, który właściwie jest już emerytem. Dla niego PRL to była epoka, w której pracował i czuł się potrzebny. Nie jest powiedziane w filmie wprost, ale prawdopodobnie był pracownikiem Pałacu Kultury i Sztuki, a konkretnie był windziarzem, może kimś w rodzaju strażnika, portiera. Był kimś, kto stoi przy wrotach wielkiego pałacu, a to już nobilituje. Wspomina potem, że musiał pilnować kratek chroniących na górze i obserwować uważnie tych, którzy wybierali się na sam szczyt Pałacu, by następnie z niego skoczyć. Ach… to były czasy. Człowiek czuł się taki potrzebny w tej windzie, którą prowadził aż do chmur, na wszystkie możliwe szczyty i biura.
Teraz jednak w tych nowych czasach ma problemy finansowe i liczy każdy grosz, a przy okazji pozbywa się różnych pamiątek w pobliskich lombardach. Jak tu nie być zgryźliwym i zniechęconym do nowej rzeczywistości. Eugeniusz właśnie taki jest, ale gdy zauważa szansę na szybki zarobek – 500 franków, postanawia się wepchać przed Sebastiana i zabrać mu te pieniądze. A co! Przeżył komunizm to pora sobie odbić. Starsi mają pierwszeństwo. Tyle, że i Eugeniusza blokuje kratka kanalizacyjna, którą trudno podnieść. Może jakieś patyczki albo guma na sznurku, żeby złapać tą „złotą rybkę znad Sekwany”. Reżyser Paweł Łoziński wspominał, że w oryginalnym zamyśle ten film miał mieć brutalniejszy wydźwięk. Miała być tu ukazana walka o pieniądze w miejskiej dżungli, gdzie nikt nie zawaha się użyć środków przemocy, jeśli zajdzie taka potrzeba, a wyszło ciekawe kino… familijne, a nawet pewnego rodzaju baśń.
Oto przeciętny chłopak zajmujący się kradzieżami, żyjący w szarej, nudnej rzeczywistości zauważa naglę dziewczynkę, księżniczkę z innego kraju, pięknie grającą na fortepianie, która gubi swoje rzeczy. Znajduje on jej identyfikator i potem jej go zwraca, choć nie dostaje żadnej nagrody. No może poza tym jej pięknym uśmiechem i słodkim „merci”. Chętnie by jej jeszcze coś powiedział, ale nie zna francuskiego, a drzwi od windy już się zasuwają. Nagroda pieniężna za to czeka w studzience kanalizacyjnej. Banknot jest już trochę zawilgocony, lecz wciąż tam jest. Problem w tym, że to dość ruchliwy odcinek, parking, gdzie, co chwila ktoś parkuje często na tej kratce. Potem jeszcze przejeżdża „zmywarka” dróg. Oj znów będzie mokro. A potem deszcz. Lecz banknot wciąż czeka na tych dwóch bohaterów z zupełnie innych światów. Jakby mały książę spotkał na swej drodze jakiegoś mistrza, jeśli mamy się trzymać baśniowego schematu. No i rzecz jasna to ciągłe dążenie do celu, który okazuje się widmem, fata morganą na tej miejskiej pustyni. Początkowo wrogowie, rywale z czasem trochę się ze sobą zaprzyjaźniają, choć wciąż jeden chce drugiemu wyrwać ten banknot, który nadal leży w studzience. Kiedy mały w swoich wysiłkach się poddaje, wtedy stary rusza z nowym sposobem i także ponosi klęskę. Wobec tej kratki ci dwaj różni bohaterowie są tacy sami. Trafili na przeszkody, z którymi nie potrafią sobie dać rady. A może jest to spotkanie małego Sebastiana z jego przyszłym odbiciem, starym biedakiem, któremu nic w życiu się nie udało? Podczas tych wspólnych spacerów po mrocznej Warszawie, gdzie nie mogło zabraknąć rzecz jasna zwiedzania Pałacu Kultury i Sztuki, Eugeniusz przyznaje się, że ma rodzinę, czyta jakąś pocztówkę z Australii i chwali się, że być może wyjedzie z kraju do rodziny. Wreszcie stary człowiek znajdzie swój raj. Choć ma się wrażenie, że to raczej takie przechwałki, wymyślanie sobie jakiejś bajki, w którą można łatwo uwierzyć i tak podtrzymywać się na duchu, gdy starość coraz bardziej kopie i każe klękać. Tak, jakby Eugeniusz spotykając kogoś tak młodego, spotkał siebie z dawnych lat i próbował mu się pochwalić, jak daleko zaszedł. Dziadek spotkał swego wnuczka albo to sam Eugeniusz wejrzał w lustro przeszłości. Ale w ogóle nie zaszedł daleko, bo wciąż jest w tym samym miejscu. Wyprzedaje swoje pamiątki, by wydłużyć tą agonię. Banknot 500 frankowy w studzience to jakaś miła odmiana, odskocznia od tego co dookoła. Nawet jeśli bohaterowie nie dostaną tego banknotu w swoje ręce, to jednak miło jest otworzyć wyobraźnię i pomyśleć sobie, co można by było kupić za te pieniądze. Może bilet do raju, a może pistolet, by skończyć to piekło?
W ostatnim, decydującym monecie gdy dwaj przyjaciela od banknotu jednoczą się, by wyciągnąć go, znów dochodzi do kłótni, a chciwość Eugeniusza zwycięża nad przyjaźnią. Wtem okulary mu spadają na bruk i się rozbijają. Stracił ostrość widzenia. Bez szkiełka mędrzec już nie widzi banknotu, lecz szuka rozpaczliwie przyjaciela w ciemnościach: „Sebastian! Pomóż mi!”. Czyżby to była kolejna próba na litość?
Jednak to Eugeniusz wstawia się za chłopcem, gdy ochrona hotelu wskazuje go jako złodziejaszka, który lubi uszkadzać samochody. To stary nadstawia policzek, a młody ucieka. Lecz potem obaj idą przez deszcz, stary pobity i młody zmęczony. Młody prowadzi starego, choć i stary wcześniej prowadził młodego swoimi naiwnymi wspomnieniami ze złotego PRL-u. Może chciał się popisać przed młodszym, a może dawno przed nikim się nie zwierzał, zwłaszcza przed tak młodym, który mu przypomina o (nie)istniejących wnukach. Deszcz zmywa brud ulic, krew i ten przeklęty banknot o który było tyle wrzasku. Wieczór, noc i dwaj wędrowcy, których odzyskana przyjaźń rozświetla mroki miejskiej dżungli.
„Kratka” zrealizowana pod opieką artystyczną Krzysztofa Kieślowskiego to debiut filmowy Pawła Łozińskiego, który dziś bardziej woli być dokumentalistą niż reżyserem fabuł. Gdzieś pod tą główną historią młodego i starego szukających francuskiego banknotu, reżyser wraz z obiektywem Jacka Bławuta złapał trochę na klisze tej polskiej rzeczywistości lat 90, ponurej i zarazem ciekawej, gdzie powoli krystalizowała się ta nowa rzeczywistość, gdy wobec zagranicznego kapitału starzy i młodzi staną poważnymi rywalami. Film w oryginalnym zamierzeniu miał być rzeczywiście bardziej brutalny, ale w jakiś sposób fabuła zagrała reżyserowi na nosie, podobnie jak żywioł dokumentu, gdzie nie zawsze twórca panuje nad materiałem. I wyszło to co wyszło. Taka gorzka baśń o młodym i starym, którzy szukają skarbu w wielkiej stolicy.
Ciekawie wypada tu obsada. W rolę Eugeniusza wcielił się Jerzy Kamas, którego najbardziej kojarzymy z ról dostojnych panów, amantów z Wokulskim na czele. Tu w „Kratce”, z kilkudniowym zarostem, w starym wyleniałym płaszczu, zrzędliwy, trochę jak buc, trochę jak „Obi wan Kenobi”, łączy w swojej postaci kreację mentora, przewodnika i zarazem zwykłego, słabego człowieka, który nadal jest chciwy, tak jak jego młodszy poszukiwacz skarbów.
Rola Sebastiana przypadła tu rzecz jasna naturszczykowi, Michałowi Michalakowi, którego ekipa filmowa znalazła w jednym z domów dziecka. Reżyser przyznał, że do filmu wybrał dwóch kandydatów, ostatecznie to Michalak zwyciężył, lecz w postsynchronach słyszymy głos tego drugiego chłopca, Wawrzyńca Kościelniaka. Michalak dostał nawet nagrodę za swój debiut filmowy, ale nigdy jej nie odebrał, zniknął ze świata filmowego równie szybko, jak się w nim zabłysnął tą ciekawą rolą. Szkoda, biła z niego taka naturalność. Dziś nie wiadomo, czym się zajmuje.
Kratka po dwudziestu pięciu latach wciąż ujmuje swoją niebanalną historię, koncentrując się spotkaniu dwóch różnych biegunów: dziecka i starego, którzy poddają się tej samej żądzy zdobycia pieniędzy. Niczym się nie różnią. Tak samo pragną, tak samo siebie nienawidzą i w końcu tak samo się tolerują. I jak w bajce złoty skarb jest bladym widmem wobec przygód i doświadczeń, jakie, przeżyło się w wysiłkach zdobycia skarbu.
Komentarze
Prześlij komentarz