NA PRZEDMIEŚCIACH - THE BURBS
Jak wiele wiesz o swojej dzielnicy? Mieszkasz w niej od dziecka, czy może od paru lat? Czy dobrze czujesz się w swojej dzielnicy, czy może jesteś jednym z tych, który nieustannie marzą, by uciec gdzieś dalej, gdzieś przed siebie. Ale przecież wiesz, wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Ale jesteśmy tu. Na wieczność lub na parę lat. Mijamy odrapane bloki, wykrzywione płoty. Znamy tu każdy kamień, który kopaliśmy ze złości lub którym rzucaliśmy, by wkurzyć sąsiada. „Mój dom, to te szare ulice, to kolejka po pracę” – jak śpiewała przed laty Ira. Niejeden wtedy pakował plecak i ruszał na Zachód, by spełniać Amerykański Sen. Szczęśliwego Nowego Jorku! Ale jak miałeś naprawdę szczęście, może zamieszkałeś na jednym z takich osiedli jak to, o którym opowiada nam Joe Dante.
Rozejrzyjmy się. Całkiem nieźle. Wijąca się ulica, a wzdłuż zadbane domki ze starannie przystrzyżonym trawnikiem. W garażach Fordy, mustangi albo jeepy, a w okienkach uśmiechnięte buzie ze śnieżnobiałymi ząbkami jak z reklam. Tak, to ta Ameryka, która nam się śniła, gdy goniliśmy za marzeniami. Jeden domek lepszy do drugiego, zupełnie, jakby wszyscy rywalizowali ze sobą o najpiękniejszą posesję. Ale chodźmy dalej, tu trochę wieje grozą, oto na końcu tej ulicy stoi pewien zaniedbany dom. Jedyny oryginalny dom, rzekłbyś awangardowe dzieło na tle tego amerykańskiego kiczu, konsumpcji, tej sztucznej sielanki, tego ogródeczka, piwka i grilla, tego leżaczka i pełnego brzuszka. Wreszcie coś ciekawego, nieprawdaż? Pora poddać mieszkańców tej uroczej okolicy, skażonych już mocno konsumpcjonizmem nowej próbie… próbie nowych, tajemniczych sąsiadów.
I tak Joe Dante zaczyna swoją opowieść. Już wcześniej straszył nas Gremlinami, które zaatakowały takie przedmieścia jak to tutaj, a dziewięć lat później (1998) będzie straszył nas napadem Małych żołnierzy. Jak zwykle po Joe Dantem może się spodziewać dantejskich scen. Choć akurat w tej komedii groza i humor wzajemnie się równoważą. Wampiry, duchy i wilkołaki nie narzucają się nam w oczy. Są tylko jakieś błyski, światła, dziwne odgłosy, milczący, tajemniczy sąsiedzi i mnóstwo zwariowanych teorii. Omen spotyka się z Egzorcystą. Dante umiejętnie żongluje humorem i horrorem. W odpowiednich momentach czuć dreszcze i grozę. Gęsia skórka pojawia się zwłaszcza przy sąsiedzkich opowieściach o niepozornym Skipie, prowadzącym stoisko z lodami, który przed laty zamordował całą swoją rodzinę szpikulcem do lodów. On był jednym z nas, a jednak przekroczył tą granicę i zwyczajnie zwariował podobnie jak Delbert Gardy czy Jack Torrance w „Lśnieniu”, Joker czy bohater upadku Joela Schumahera. Do tej opowieści o Skipie, którą snuje jowialny Art podczas nocnego spaceru z pozostałymi sąsiadami, Jerry Goldsmith napisał ciekawą muzykę. Tytuł utworu „The Sentinel” nawiązuje do horroru z 1977, opowiadającym o starszym człowieku, który jest strażnikiem piekieł, bo gdy przekroczy się granicę obłędu, jest tylko piekło i zniszczenie. Muzyka ta niepokoi, a z drugiej strony budzi w nas jakieś dziwne wzruszenie jak „Addagio” Barbera. Bo w gruncie rzeczy historia poczciwego Skipa, który osiągnął tylko tyle, że został lodziarzem, a potem zabił swoją rodzinę, przeraża, ale wzbudza również dziwne współczucie nad upadkiem tego bohatera, który w pewnym momencie nie wytrzymał społecznej presji.
Ta opowieść jest przestrogą dla tego, co będzie się działo w kolejnych minutach filmu, gdy podejrzliwi mieszkańcy osiedla będą coraz bardziej przekraczali swoje granice, by sprawdzić, czy tajemniczy sąsiedzi mają jakieś zbrodnie na sumieniu. Powoli będą odsłaniali kolejne karty, aż dojdą do momentu, gdy kości i czaszki zostaną rzucone. Co wypadnie? Dźwięk organów (jak z fugi Bacha)… ale nie ludzkich. Ale po kolei.
Minął już miesiąc, odkąd tajemniczy sąsiedzi o dziwnym nazwisku Klopekowie (kojarzy się ewidentnie z klopem) wprowadzili się do starego domu Państwa Knappów, którzy w jakiś dziwny sposób zniknęli. Minął miesiąc i jakoś dotąd sceptyczny Ray Petereson i reszta mieszkańców ulicy nie mieli okazji poznać tajemniczych lokatorów, których dom swoim stanem zaniedbania aż za bardzo rzuca się w oczy.
W zasadzie ten wiktoriański domek jest jak z obrazka grozy, odstające sztachety, gniazda os, dziurawy ganek, i ten zaniedbany trawnik, w którym co noc tajemniczy sąsiedzi coś kopią. I jeszcze te dziwne zwyczaje wyrzucania śmieci w nocy, wyrzucania wielkich czarnych worków, w których może są zwłoki? Taka mieszanka Potwornickich, Addamsów i innych ciekawych nawiedzonych rezydencji. Zresztą uliczne plenery, jakie widzimy w tym filmie to w rzeczywistości ulica znana bardziej jako Colonial Street, część wielkiej ekspozycji w studiu Universal, gdzie właśnie kręcono serial o Potwornickich. Sąsiedztwo zobowiązuje, aby kręcić tu również film o dziwnych sąsiadach.
A kompozytor, Jerry Goldsmith nie omieszkał użyć organów a’la Dracula Bach, by jeszcze bardziej nas przerazić. Plotek i podejrzeń nigdy dość, gdy w okolicy mieszkają tacy wścibscy ludzie jak Mark Rumsfield, porucznik wojskowy, handlarz bronią, który lubi obserwować sąsiadów z noktowizora albo Art Weingartner, który więcej czasu spędza w kuchni Raya, by zjeść tłusto i mieć siły wymyślać równie ciężkostrawne, niedorobione teorie. No i jest jeszcze nastoletni Ricky Butler, wielki entuzjasta, strażnik i kronikarz swojego osiedla, który w rytm muzyki Power Circus próbuje wreszcie pomalować swój dom podczas nieobecności rodziców. Tylko jak tu malować, kiedy dookoła dzieje się tyle ciekawych rzeczy. Może tamci sąsiedzi malują krwią?
No i na końcu nasz sceptyczny i nieco znudzony urlopem Ray Peterson, który czasem tak dla atrakcji lubi poobserwować jak Rumsfield kłóci się ze starym Walterem o to, że jego Królewna (pies) narobiła znowu na trawnik. Naprawdę miło się to ogląda, spożywając śniadanie. Jak serial komediowy za oknem. I tak ma upłynąć twój urlop? – dziwi się żona Raya, Carol.
Ray woli się nie wtrącać do tych awantur, tak samo jak woli nie wchodzić na cudze podwórko, choć mieszka najbliżej nowych sąsiadów. A wszyscy oczekują, że to on pierwszy zapuka do nowych i zapyta, czemu oni u licha tak w nocy hałasują? Co się za tym kryje? Spokojnie Ray, masz cały urlop, żeby rozwiązać tą zagadkę.
No właśnie, urlop to dla niektórych udręka, pozorna okazja do wypoczynku staje się torturą zbyt wielu możliwości. A to zrobimy remont, a to poleniuchujemy, a może gdzieś wyjedziemy, choć perspektywa stania w korku i leżenia nad jeziorem pełnym komarów też nie jest zbyt obiecująca. To może zabawimy się w detektywów rozwiązujących dziwne sprawy rodem z Archiwum X. Zatem co ci tajemniczy sąsiedzi kombinują? Chyba mamy prawo wiedzieć, jeśli mieszkamy na tej samej ulicy.
Zaczyna się od podejrzeń, teorii spiskowych, coraz bardziej uzasadnionych, gdy nagle znika sąsiad Walter. Tak, Walter, właściciel tego mądrego pieska, który załatwia się na trawniki pozostałych sąsiadów. Nagle Walter znika. Walter przecież mieszkał niedaleko Klopeków. Ale to przecież nic nie znaczy. Chyba. Ale ta kość udowa znaleziona przy płocie od tajemniczych sąsiadów. Czy ich podwórko to zbiorowe cmentarzysko? I kto wie, czy my wszyscy z tej okolicy nie skończymy właśnie na ich podwórku… parę metrów pod ziemią.
Jak to mówił klasyk „piekło to inni”, w tym filmie to aż nazbyt dosłowne, gdy w grę wchodzi teoria o satanistach składających w ofierze ludzkie ofiary. Ale nade wszystko piekłem jest inny, którego nie potrafimy w żaden sposób dopasować do swojego kontekstu. Ciągle się wymyka naszym wygodnym stereotypom, co jest nie do zniesienia. Wszystkie te wątpliwości pulsują pod skronią i pewnego razu eksplodują, a może nawet rozsadzą ten tajemniczy dom. Kim oni u licha są? Czemu tak hałasują? Czemu w nocy kopią doły? A może to groby? I czemu jeszcze nie zadbali o swój trawnik? Przecież to świętość każdego obywatela. Zielony dywanik, na którym każdy obywatel pod cieniem Amerykańskiej flagi może świętować swój konsumpcyjny styl życia, aż zanudzi się na śmierć. Chyba, że właśnie znajdzie sobie inną rozrywkę, jak wtykanie nosa w nieswoje sprawy. Tylko czekać na dalszy rozwój wypadków.
Ricky Butler zaciera ręce i z radością oznajmia, że kocha tą dzielnicę, bo życie na niej jest ciekawsze niż telewizja czy kino. Tu wszystko jest naprawdę. Po co gdzieś daleko wyjeżdżać i na siłę szukać atrakcji, skoro ma się je tuż pod nosem. Wystarczy usiąść na werandzie z piwem i chipsami, i obserwować z zapartym tchem, jak trzej dorośli faceci zachowują się jak koledzy z piaskownicy, próbujący zdobyć fort tajemniczych sąsiadów. Podczas gdy zwykłe dzieciaki patrzą na tych dorosłych z politowaniem. Dopiero żony stawiają ich do pionu, jak matki i stanowczo apelują, aby panowie zaprzestali tej głupiej zabawy w podchody z sąsiadami.
Piękna jest scena gdy wykończony nocnym koszmarem Ray siedzi sobie na balkonie, a jego sąsiedzi Rumsfield i Weingartner znów chcą go namówić do wspólnej zabawy, wtedy pojawia się żona Raya i kategorycznie oświadcza, że nie puści nigdzie męża. Nie ma sensu się kłócić z żoną kolegi. Czyż nie? Art i Rumsfield odchodzą z opuszczonymi głowami jak zawiedzeni chłopcy. Ale tylko na chwilę, bo przecież trzeba w końcu poznać tajemnicę nowych sąsiadów.
Może zamiast spiskować i zaglądać do kubłów na śmieci, gdzie mogą być zwłoki w workach, prościej się przedstawić. Wystarczy zapukać do drzwi i powiedzieć „dzień dobry”. To jeszcze bardziej przerasta naszych bohaterów. Gdy Art i Ray idą w kierunku domu Klopeków, zrywa się wiatr i uderza w ich twarze, jakby chciał ich przepędzić, a w tle rozbrzmiewa tym razem muzyka Ennio Morricone, patetyczny „My faul” z filmu Sergia Leone „My name is nobody”. Ta muzyka idealnie podkreśla to napięcie, jakie towarzyszy wszystkim mieszkańcom, zmagającym się z tajemnicą nowych sąsiadów.
Nie jest tak łatwo poznać nowych mieszkańców. Za pierwszym uderzeniem kołatki, przekręca się dziewiątka w numerze domu i wychodzi numer 666, co oczywiście kojarzy się z liczbą Szatana. A więc sąsiedzi to sataniści? Wszystkie znaki na to wskazują. Ta teoria już przemknęła przez głowy naszych bohaterów. A za drugim uderzeniem kołatki wylatują pszczoły i od razu atakują intruzów. Ray i Art uciekają w podskokach, podczas gdy Rumsfield szykuje się z wężem wodnym, by odstraszyć pszczoły wodą. Wszystko to obserwuje z zaciekawieniem Ricky Butler i zatacza się ze śmiechu, jakby oglądał komedię, tyle że na żywo.
Tej ulicy nie sposób nie kochać, wyznaje Butler na początku i na końcu filmu. Jest w tym jakiś patriotyzm lokalny, by szanować i kochać swoje miejsce zamieszkania, zielony zakątek, gdzie każdy widzi siebie z garażu, każdy pożycza od siebie narzędzia i kłóci się, o to, czy jego pies narobił na cudzy trawnik, a wieczorami snuć sobie przy piwku opowieści o strasznych zbrodniach, których nie powstydziłby się opisać Stephen King. To jest ta słodko-gorzka rozkosz przebywania w małej społeczności.
Film Dantego obrazuje świat, który w zasadzie przeminął. Bo czy komuś dzisiaj chce się gadać z sąsiadem, urządzać jakieś podchody, by uzyskać informacje o nowych skrytych mieszkańcach osiedla. Dziś od tego są media społecznościowe, a nie podwórka. Dziś w większości, każdy mieszka w swojej twierdzy, rusza do pracy, wraca, odpoczywa, jedzie gdzieś dalej, ucieka z domu, bo dom właściwie stracił swoją rolę miejsca stałego, gdzie można zarazem wypocząć i być częścią wspólnoty.
A trzeba przyznać, że ta wspólnota, którą oglądamy na ekranie naprawdę się udała. Dante postawił na swoich ulubionych aktorów, jak Corey Feldman w roli Ricky’ego, który wcześniej dał się poznać z ról sprytnych dzieciaków zarówno w „Goonies” jak w „Gremlinach”. Dalej, Wendy Schaal, Dick Miller, mistrz drugiego planu, idealny w roli dostawców, śmieciarzy, czy Robert Picardo. Tą trójkę aktorów zobaczymy również dziewięć lat później w „Małych żołnierzach”.
Na pierwszym planie zaś wschodzący po sukcesie „Skarbonki” i „Dużego” (parę miesięcy przed premierą „Turnera i Hoocha”) uroczy Tom Hanks, tym razem nad wyraz poważny, sceptyczny w roli Raya Petersona, przytłoczonego okolicznościami niewygodnego sąsiedztwa. Miłym zaskoczeniem jest tu obecność Carrie Fisher w roli Carol, która już trochę odpoczęła od księżniczki Lei, prezentując się teraz w krótkiej fryzurze, jako twardo stąpająca po ziemi, zdrowo rozsądkowa kobieta, przywołująca swojego męża do pionu, gdy ten zachowuje się jak dzieciak. Zresztą każdy by się tak zachowywał, gdy ma za sąsiadów Rumsfielda (Bruce Dern) i Weingartnera, w którego wcielił się świetny kanadyjski komik Rick Duccomun, doskonały w roli sąsiada plotkarza, szukającego sensacji na każdym kroku i jedzenia także w cudzych lodówkach. Z kolei po drugiej stronie barykady, w roli dziwaków spotkamy aktorów o charakterystycznej, „intrygującej” fizjonomii, jak legendarnego komika Brata Theodora o kamiennym wyrazie twarzy, czy eleganckiego, wręcz arystokratycznego Henry’ego Gibsona w roli Doktorrrrra Klopeka, no i jeszcze na końcu Courtneya Gainsa, rudowłosego młodzieńca o bladej cerze, w stroju Bawarczyka i z dziwnie przyciętą brodą, nawiązującą trochę do wyglądu wilkołaka. To ten, który wywozi śmieci w środku nocy samochodem i upycha wilgotne worki łopatą. Nie można być obojętnym wobec takiego dziwnego zachowania.
Komentarze
Prześlij komentarz