STRUKTURA KRYSZTAŁU

 


Debiut Krzysztofa Zanussiego, który doskonale ukazuje wszystkie motywy, jakie będą przewijały się w twórczości reżysera przez następne filmy: środowisko uniwersyteckie, moralne wybory bohaterów, konflikty między konformizmem a buntem i idealizmem, a w tle góry, wspinaczki górskie na szczyty… swoich ambicji.

Ambitny Marek, zdobywający już wysokie szczyty naukowych ambicji, odwiedza swojego przyjaciela ze studiów, Jana. Ten, mimo, że równie zdolny jak Marek, zdecydował się zarzucić karierę naukową i zamieszkać wraz ze swoją żoną Anną w zapomnianym, sennym miasteczku, gdzie dokonuje obserwacji meteorologicznych i pomaga żonie w szkole, tworząc różne ciekawe wynalazki dla dzieci, by tak przybliżyć im kwestie fizyki.

Marek widząc swojego przyjaciela, z którym rozwiązywał kiedyś złożone problemy naukowe, zupełnie nie potrafi pojąć, dlaczego Jan tutaj żyje. Taki niezwykły umysł pośród tych „prymitywów” i prostaczków. Przecież tu zmarnieje zamiast rozkwitnąć. Jak on to wytrzymuje, czemu skazuje siebie na taką torturę? Do tego jest potrzebny pewnego rodzaju kamuflaż. Marek z tym swoim dystyngowanym sposobem trzymania papierosa od razu rzuca się w oczy. Natomiast Jan już się oswoił. Z jednej strony jest dla tych wszystkich ludzi z wioski jak swój, żartuje, śmieje się i pociąga z kufla. A nocami będzie zastanawiał się nad ideą nieskończoności, albo jak mały chłopiec będzie pochłonięty budowaniem jakiegoś wynalazku, gdzie co chwila zapala się światełko. I czemu to ma służyć? Dziwi się Marek. Niczemu. Tak sobie robię. Oddycham, żyję, pracuję, kontempluję. Jan żyje przynajmniej dwa lub trzy razy wolniej od Marka. Jest już jak emeryt, który teraz docenia każdą chwilę. Może to dlatego, że kiedyś doświadczył poważnego wypadku w górach. Po takim czymś zaczynasz inaczej patrzeć na swoje życie. On przestał się ścigać. Nawet nie ma samochodu.

Marek tylko wzdycha. Dotąd sprytny, błyskotliwy uczony, który też kiedyś nie zawahał się podłożyć świni w tym wyścigu po trofea naukowe, teraz jest zupełnie bezradny. Jakby stał pod tablicą, nie wiedząc, jak rozwiązać to równanie, gdzie największą niewiadomą jest jego przyjaciel. Gdzie tkwi przyczyna, jak zmienić tor? Długo jeszcze będzie się męczył nad tymi zagadnieniami.

U niego wszystko jest prostsze. Struktury kryształów i wygodne życie. Marzy sobie, że może kiedyś te struktury pięknych, drogich kryształów wyrwanych naturze, skopiuje tak dokładnie, że kopia nie będzie się różniła od oryginału. Może w jakimś sensie skopiuje on życie autentyczne, pełne rys i innych niuansów i sprowadzi do prostego modelu powtarzanego wielokrotnie. Może to utopia a może wysokie ambicje. Marek zawsze je pod ręką.

Wraz z jego przyjazdem czuć powiew zachodu. Nie tak dawno był w Stanach. Teraz przyjechał tu do tej dziury ze specjalną misją od starego profesora, by sprowadzić Jana na uniwersytet. Gdyby ten się zgodził, profesor mógłby mu nawet załatwić mieszkanie w mieście. Dla zaostrzenia apetytu, Marek przywiózł trochę zagranicznych magazynów, gdzie można podziwiać piękne zdjęcia Mustangów i Datsunów mknących po gładkich szosach na tle panoramy słynnych wieżowców. To dopiero życie. Jan tylko przełyka ślinę. Z zaciekawieniem podpatruje półeczkę, na której znajdują się kosmetyki Marka. Cały zestaw kultowego Old Spice’a, pianka do golenia wylatująca z puszki (w tamtych czasach to było coś) i do tego jeszcze biała buteleczka wody kolońskiej. W radiu rozbrzmiewa jazz. Od razu czuć Zachodem, innością, czymś odległym, kuszącym, a jednak wciąż za mało atrakcyjnym dla Jana, by dla tych ciekawostek zmienił swoje życie. A może to próżność bohatera? Może on lubi, jak ktoś go tak bardzo prosi, by wrócił. Może miło być niezastąpionym. Jak fajnie górować moralnie nad kolegą karierowiczem, który ciągle się ściga. Jan podczas tych spacerów z przyjacielem prowadzi go na cmentarz, gdzie odwiedzają bezimienny nagrobek, na którym jest napisane: „Byłem kim jesteś. Jestem kim będziesz. Pamiętaj o mnie, by o tobie pamiętano”. Wszystkie te wyścigi to marność. Rozmowy tych dwóch przyjaciół balansują między filozofią a zabawą, kiedy ślizgają się na lodzie z psem albo ścigają się na szosie, jednocześnie dobiegając do mety. I co, było wesoło? I niech tak zostanie. Zapamiętajmy tą chwilę za zawsze, póki czegoś nie zepsujemy.

Jan uśmiecha się, poprawia okulary, zdejmuje ręce z kierownicy Volkswagena Marka i oddaje mu prowadzenie. Wiedział, kiedy przestać. Ostatni ostry zakręt, noga z gazu i głęboki oddech. Może gdzieś w głębi żałuje, że nie korzysta z życia tak jak każdy młody, sprawny człowiek, który chce się wyszumieć, zdobyć swoje.

Przypomina mi się tutaj jeden z odcinków kultowego „Przystanku Alaska” (odcinek „Realpolitik”), gdzie doktor Fleischmann na jakiś czas pozostał w małej wiosce Indian. Zupełnie niepodobny do tego Fleischmanna z pierwszych odcinków, kapryśnego, delikatnego. Teraz zarośnięty, w starym rozciągniętym swetrze rozkoszuje się życiem na dzikim terenie. Wprowadza właśnie w środowisko nowego lekarza, doktora Caprę, który ma zająć jego miejsce. Capra wyraźnie czuje się nieswojo w lasach Alaski, podczas gdy Joel spokojnie spaceruje ze strzelbą i badylem imitującym jego kij golfowy. Fleischemann mimo tej przemiany, jednak wróci do Nowego Jorku, choć pewnie z bogatymi doświadczeniami. Na tle szklanych wieżowców będzie widział oczyma wyobraźni szczyty Alaski, w której kiedyś przyszło mu żyć w zupełnie innym rytmie.

Póki co Jan trwa w swojej krainie, w wielkim, starym domu z żoną i cichym dziadkiem, reliktem dawnej epoki. Marek z ciekawością przypatruje się relacjom Jana i Anny, może nawet w tym długim urlopie chciałby chociaż poflirtować z żoną przyjaciela, a może nawet przyczynić się do kryzysu małżeństwa jego przyjaciela. To byłby cios poniżej pasa, ale może tak udało by mu się ściągnąć przyjaciela na uczelnię. Rozczarowany Jan z problemami uczuciowymi zająłby się nauką, która nigdy go nie zdradzi. Ale nie! Między tym dwojgiem jest coś takiego, czego Marek nie może zrozumieć. Jej naturalność, swoboda są w jakiś sposób kuszące. Ale ta dziewczyna jednak wydaje się mu zbyt prosta. Co Jan w niej widzi? Gdy tylko on zaczyna jakieś intelektualne wywody, ona przymyka oczy, ziewa, nudzi się, czasem pyta Jana o jakieś trudne zagadnienia. Nie jest ona raczej partnerką do intelektualnych dyskusji, a jednak została życiową wspólniczką Jana. Zbyt staroświecka albo zbyt wierna jednemu mężczyźnie.

Marek jej nie uwiedzie, tak samo jak nie uwiedzie swojego przyjaciela nauką. Czuje, że stoi między nimi jakiś niewidzialny mur. Może już nie ma cierpliwości być przyjacielem. Może te wszystkie relacje międzyludzkie to niepotrzebne zawracanie głowy. Sam Marek ma już za sobą jeden rozwód. Pomylił się. Zdarza się jak w każdym eksperymencie. W końcu trzeba się na coś zdecydować. Może lepiej być egoistą i spełniać się w tym, w czym jest się dobrym? W życiu wziął chyba tak naprawdę jeden prawdziwy ślub — z nauką. Z nią jest najszczęśliwszy i chyb jej powinien poświęcić życie. A Jan niech robi swoje.

Zanussi już w swoim debiucie pokazał, że lubi zapraszać naturszczyków jak właśnie Jana Mysłowicza w roli Jana, potem to będzie Stanisław Latałło („Iluminacja”) a na końcu Marek Kudełko (w czasie kręcenia filmów „Rewizyta” oraz „Serce na dłoni” jeszcze aktor bez dyplomu). Andrzej Żarnecki w roli Marka, świetnie balansuje między zarozumiałym a zagubionym bohaterem, który nie może się odnaleźć w świecie swego przyjaciela. Do roli Anny kandydowała Maja Komorowska, jednak dla reżysera była ona zbyt wyrazista. Swój potencjał jednak pokaże w paru filmach reżysera w latach siedemdziesiątych. Barbara Wrzesińska również wydawała się zbyt charakterystyczna, bo zazwyczaj grała w kabarecie postacie głośne i jaskrawe. Rola skromnej Anny była wyzwaniem dla aktorki, która niejako musiała zdusić swój żywioł. Nieumalowana, z jasnymi brwiami, albinoska, nijaka, prostolinijna Anna, która wydaje się być postacią zupełnie poboczną, a jednak bardzo ważną, stojącą blisko Jana, wspierającą jego każdą decyzję.

Obecność naturszczyków, kamera z ręki, nagrywanie dialogów z jak najmniejszą ilością postsynchronów to jedne z najbardziej charakterystycznych elementów kina Zanussiego. W tle wkrada się nam także dokument, gdy bohaterowie jadą do Puław, do kina. Na ekranie oprócz filmu widzą jeszcze reklamę nowo otwartych Zakładów Azotowych, które dumnie wypinają pierś dla rozwijającego się przemysłu. Tu znowu Marek wyraża swoje aprobatę dla tego typu działań, z kolei Anna jest zniechęcona tą przemysłową ideologią. I kolejna przepaść między tradycyjnym prostym życiem a pragnieniem postępu.

„Struktura kryształu” to film o dość ascetycznej atmosferze. Niewiele się tu dzieje. Oto parę scenek z życia na wsi okrytej zimą i trochę filozoficznych rozmów w trzeszczącym domu. Nuda i głębia zarazem. Podobno film na początku był jeszcze dłuższy, ale kierownik literacki TOR-u, Stanisław Różewicz polecił Zanussiemu go maksymalnie skrócić, w efekcie film zamyka się w siedemdziesięciu pięciu minutach. Dla widza, który jest wyraźnie zmęczony głośną, kolorową, kiczowatą narracją filmów popularnych, taki czarno-biały obraz jest jak remedium. Ma w sobie coś z medytacji. „Struktura kryształu" wpisuje się w poetykę konfrontacji mieszczucha z tajemniczą krainą, która fascynuje i przeraża go swoją tajemnicą. Kto wie, może jednak kiedyś Marek osiądzie w takim miejscu, by także poukładać swoje priorytety. Przecież nie mówi przyjacielowi „żegnaj” tylko „do zobaczenia”. Przyjedzie tu w sile wieku, by opowiadać miejscowym o kryształach. Przy takim kinie doskonale się odpoczywa, a głęboki dialog pomiędzy dwoma bohaterami zdaje się być dialogiem każdego, kto przeżywa rozterki, związane z życiowym wyborem. Czy jeśli człowiek nagle odwróci się od tego, w czym się realizował, zwolni kroku, odetchnie, a może zupełnie odejdzie, czy wtedy zmarnuje życie? Przecież gdy zwalniamy, wreszcie zaczynamy dostrzegać inne struktury w kryształach. A jeśli się realizujemy, rozpędzamy coraz bardziej, czy wtedy dostrzegamy inne rzeczy? Kto powiedział, że pogoń za pasją i sukcesem jest zła? Ale czy czasem nie jest kusząca ta ucieczka od tego schematu? A może to strach przed wieloma możliwościami. Dziś mamy do realizacji tak wiele scenariuszy, wystarczy być tylko elastycznym i otwartym, być tu, tam i jeszcze w wielu innych miejscach. Albo być gdzieś w tym jednym miejscu, gdzieś wreszcie osiąść. Niektórzy dopiero robią to na emeryturze, gdy już nie mają siły pędzić gdziekolwiek, inni robią to w wieku trzydziestu lat, by patrzeć, jak ich kryształ dojrzewa i odbija inne barwy życia.

 

 

 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH