SZTUKA WYSUBLIMOWANEJ FOTOGRAFII (HIGH ART)
Bardzo dobry debiut filmowy Lisy Cholodenko i zarazem jej wizytówka, w której zarysowała mocnymi kreskami temat homoseksualnych relacji, które będą stanowić główną oś jej następnych filmów. W obsadzie zobaczymy obiecującą Radhę Mitchell, Ally Sheedy, czyli pamiętną Alison Reynolds, „wariatkę” z „Klubu Winowajców” Johna Hughesa, tu w równie ekscentrycznej roli artystki Lucy. Do tego jeszcze królowa kina niezależnego, czyli Patricia Clarkson, grająca nieustannie senną, naćpaną Gretę, czy kamienny, obojętny David Thornton.
„High art” to film o poszukiwaniu własnej tożsamości. Brzmi zbyt górnolotnie? No dobrze, dodajmy trochę konkretów z palety wyobraźni. To właśnie film o poszukiwaniu własnego portretu, własnego odbicia w lustrze, w innych osobach i wreszcie w samym sobie. Z gęby do gęby, w innej gębie, jakby powiedział Gombrowicz.
Dlaczego zazwyczaj zdjęcia nas samych tak mało nas satysfakcjonują. Albo wstydzimy się swojego wyglądu, albo nie jesteśmy zadowoleni z pozy, jaką akurat przyjęliśmy podczas przypadkowej fotki, którą ktoś nam strzelił, jakby upolował nieznane nam dotąd oblicze. Wciąż uparcie szukamy innej pozy, innej kreacji, a potem znowu, gdy przeglądamy fotografie pozornie dobre, bezpieczne, według naszej kompozycji, znów wzdychamy z żalem, nie mogąc się odnaleźć na tych portretach.
Czasem, żeby znaleźć ten swój właściwy portret, nasze kontury, swoistą matrycę, ukrytą gdzieś w spojrzeniu, drobnych gestach, musimy się skonfrontować z inną osobą, która wydobędzie z nas właśnie tą a nie inną kliszę: To naprawdę ja? Zupełnie inny niż dotąd myślałem!
Aby odbić, wywołać te portrety tożsamości, Cholodenko spotyka ze sobą dwie różne kobiety, znajdujące się na życiowych rozdrożach. Pierwsza z nich to Syd, zastępca redaktora naczelnego magazynu Frame. Długo i cierpliwie pracowała na swoją pozycję, a i teraz często zostaje po godzinach. Chce potwierdzić, że nie jest tu bynajmniej przypadkową osobą. Chce się wykazać swoim profesjonalizmem i kreatywnością, a także punktualnym dostarczaniem kanapek wygłodniałym szefom redakcji. W okularach, ubrana w bezpieczny, strój bez żadnych wyzywających akcentów typu wysokie szpilki, krótkie spódniczki, odsłonięty dekolt, przemyka tu i tam, stara się zabłysnąć nowym pomysłem, choć czasem onieśmiela ją smętny szef Harry. Ale chyba nie jest źle. Mimo wszystko Syd czuje, że jest w tym miejscu, w którym chciała być, dzieląc swoje mieszkanie z poukładanym Jamesem. Jest dobrze, bezpiecznie i nudno.
Aż tu nagle… coś pęka.
Oto podczas kąpieli Syd zauważa pęknięcie na suficie i zacieki. Ewidentnie coś jest nie tak z hydrauliką sąsiadów na górze. A tą sąsiadką jest właśnie niejaka Lucy, która urządza w swoim mieszkaniu dekadenckie imprezy, gdzie wszyscy upalają się, błądząc myślami po różnych krainach. Ta bohemistyczno-hipissowska atmosfera sprzyja autorefleksji nad swoim życiowym wyborem. Usiądź, zrelaksuj się, odpręż. Wymień z innymi parę ciekawych, egzystencjalnych cytatów i płyń, aż dotrzesz do toalety, pozbywając się swojego problemu, z jakim przyszedłeś. No dalej, kto złapie króliczka pośród oparów czarodziejskich grzybów? Kto tym razem zapuka do tajemniczego mieszkanka na górze? Zagubiona dziewczynka o imieniu Syd.
To pękniecie na suficie w łazience Syd to metaforyczny zwiastun nowej przygody. Pęknięcie nastąpiło w łazience, pomieszczeniu, w którym przecież jesteśmy najbardziej sobą ze swoim „naturalizmem do potęgi”. Tu podczas kąpieli, zmywania dawnej siebie, następuje pęknięcie na suficie, niczym pękniecie w bezpiecznym portrecie Syd, która dotąd myślała, że żyje w zgodzie z sobą, że już wpisała się we właściwy model. Ma bardzo odpowiedzialnego chłopaka, mieszkanie, ciekawą pracę. Czegóż chcieć więcej? Głębiej, inaczej. Dokąd? Drogowskazem, przewodniczką okazuje się tu właśnie druga bohaterka filmu, sąsiadka z góry (który także widzi więcej z góry), Lucy Berliner, fotografka, mająca teraz przerwę od swej artystycznej profesji. Jak sama tłumaczyła, wpadła w pułapkę swojego sukcesu, gdy każdy zaczął ją szufladkować. Było zbyt pięknie! Zdarza się. Wtedy już trudno o jakiś awangardowy krok. Wszyscy oczekują znanej narracji. No dalej Lucy, kopiuj siebie, ile się da. Stop. Lucy tupie nogą i decyduje się na nonkonformistyczny krok. Wycofała się z fotografii komercyjnej dziesięć lat temu. To spory kawałek czasu i właściwie pewna śmierć artystyczna. Po tak długim czasie trudno zmartwychwstać dla branży, która już mieli w swej maszynie nowe nazwiska. Lucy? Jaka Lucy? „Lucy in the sky”.
Póki co Lucy zadowala się dekadenckimi imprezami, na których od czasu do czasu cyka jakieś fotki, wydobywając ciekawe portrety swoich gości, przeżywających odmienne stany świadomości. Dzieli swoje życie z niespełnioną aktorką Gretą i pożycza pieniądze od zamożnej matki, która wciąż nie może zrozumieć wyborów swojej zdolnej lecz biernej i nadwrażliwej córki.
Syd postanawia sprawdzić, skąd wydobywa się woda, która zaciekami ozdobiła jej sufit w łazience. Podczas swojej sąsiedzkiej „kontroli hydraulicznej” zauważa w łazience Lucy interesujące fotografie, przedstawiające portrety, porozwieszane tu i tam. Syd przez chwilę myśli, że odkryła jakiś niezwykły talent. Postanawia go przedstawić redakcji, by tak również zabłysnąć. Jakież jest jej wielkie zaskoczenie, gdy okazuje się, że jej niepozorna sąsiadka jest bardzo dobrze znana w kręgach magazynu, a jej wydane albumy robią spore wrażenie. Szykuje się specjalna misja. Syd jest jedną z nielicznych osób, która może wpłynąć na powrót Lucy do branży, a prace Berliner mogą wypełnić najnowszy numer Frame. Mogłoby się wydawać, że relacja Syd i Lucy jest właściwie oparta na biznesie. Syd jako redaktorka ma przekonać Lucy do współpracy z FRAME i w ten sposób znów zabłysnąć przed szefami, a z kolei Lucy może wrócić na salony ze swoim nazwiskiem. Ale między tymi dwiema kobietami rodzi się jeszcze inna relacja, o której nawet nie myślały na początku. Niewinna przyjaźń przeradza się w namiętność i miłość. Lucy coraz częściej robi zdjęcia niepozornej Syd, która bez okularów i w potarganych włosach prezentuje się niezwykle zmysłowo. Dodajmy do tego jeszcze łóżko, poburzone kołdry, które raz odkrywa potem znowuż przytula, tak jak Lucy, która składa na jej szyi zmysłowy pocałunek. Niepozorna wycieczka w poszukiwaniu ciekawych tematów do zdjęć na najnowszy numer Frame kończy się miłosną przygodą, uwiecznioną na zmysłowych fotografiach. Nie jest to wyuzdana pornografia, a raczej portrety pełne namiętności i czułości. Czy to naprawdę ja? Pyta siebie Syd, która jeszcze parę tygodni temu była heteroseksualną kobietą. A teraz przytula do siebie Lucy. Było pięknie, było wspaniale. I nawet jaśnie państwo z redakcji są oczarowani tymi zdjęciami, w których widzą zupełnie inną kobietę, z którą dotąd pracowali. Ale Lucy wciąż przechodzi kryzys w związku z wiecznie naćpaną Gretą, co wreszcie kończy się tragicznie.
Uczucia przemijają albo krążą tu i tam z kolejnymi imprezami pełnymi przypadkowych gości i gęstych, narkotycznych oparów. To, co zostaje, to te niezwykłe zdjęcia. Fotografia to nieśmiertelne momenty, zatrzymanie czasu na chwilę.
Może miałeś szczęście i znalazłeś się na portrecie zrobionym przez Lucy Berliner, która jak żadna inna potrafiła prześwietlić cię jak rentgen, uchwycić to, co było gdzieś w tobie dotąd skrywane pod gęstymi maskami. Może miałeś to szczęście i wejrzałeś w obiektyw prawdy.
Wzruszona Syd patrzy na swoje portrety. Dotąd tak wiele teoretyzowała na temat zdjęć. Żonglowała nazwiskami Barthesa i Kristevy. Teraz sama wreszcie doświadczyła czegoś niezwykłego, jakby spojrzała w zwierciadło Narcyza i Doriana Graya. Obmyła twarz z tego całego fałszu i ukazała siebie, taką jaką zawsze była. Co za szczęście, że spotkała Lucy i zapamiętała jej portret, jakby odbiła w kliszy swej pamięci tą prawdziwą Lucy Berliner.
Komentarze
Prześlij komentarz