SKARBONKA - MONEY PIT - TUUUUU WEEEEEEEEEKS!
W remontach jest coś metafizycznego – zmieniając wnętrze domu, jego kolory, układ ścian, zmieniamy niejako granice swego terytorium, także mentalnego. Zauważamy, że coś można zrobić inaczej, poprawić, spojrzeć na dany problem z innej strony, a nawet pewne niedogodności w architekturze zmienić na atut (Ach te loftowe, obskurne wnętrza). Plac remontowy to stan zawieszenia między ambitną wizją a realizacją. Specjaliści się pojawiają i znikają. To ciągła rotacja materiałów i twarzy. Każdy mądrzejszy od poprzedniego. Jest brudno, głośno, a zarazem w powietrzu czuć ekscytację, jak to będzie, gdy ten cały bajzel się skończy? Potem tylko jeszcze przetrzeć wszystko z pyłu i gotowe. Można się wprowadzać i żyć w nowym wnętrzu nowym życiem.
„Skarbonka” to klasyczny scenariusz, gdzie remont domu jest metaforą remontu życia osobistego dwójki bohaterów, którzy koniecznie chcą być na swoim w stylu rodem z wielkiego Gatsby’ ego. Zaczyna się naprawdę obiecująco, Walter Fielding, prawnik obsługujący gwiazdy muzyki i jego narzeczona Anna, skrzypaczka, będąca w trakcie rozwodu ze swoim mężem dyrygentem, kupują okazjonalnie piękny dom, przypominający trochę stylem te okazałe rezydencje z lat dwudziestych. W komplecie sprzedająca kobieta dorzuca im jeszcze stylowy samochód z dawnej epoki. I rzeczywiście można się poczuć jak „Jaśnie Państwo z Dawnych Czasów”. Tyle, że sam dom nosi na sobie zbyt duże piętno czasu, które jak na złość odzywa się dopiero po sfinalizowaniu transakcji. To że przepala się przewód w dzwonku elektrycznym, to jeszcze nic, nawet zawiasy w drzwiach czy odpadający tynk to normalka. Coś się przykręci, tu zaszpachluje. Trzeba dostroić dom do swoich oczekiwań. Tak, nie powinno to zająć zbyt wiele czasu (mniej niż dwa tygodnie). Nawet nie będzie zbyt wiele brudu. Bohater jeszcze czuje, że jest tu panem sytuacji. Ale gdy schody w ciągu niecałej minuty rozpadają się na czynniki pierwsze, gdy instalacja elektryczna ma więcej wspólnego z pokazami pirotechnicznymi, a dach podczas deszczu jest niczym sito, gdy… muszę wziąć oddech przed kolejną kaskadą wypadków. Chyba muzyka Wagnera byłaby tu świetnym soundtrackiem,
Każda z tych usterek uruchamia kolejną jak w maszynie Goldberga. Tu już zwykła kosmetyka, pozoranctwo się nie sprawdzą. Zdaje się że dom, który Walter i Anna pokochali od pierwszego wejrzenia, wystawia ich na ciężką próbę. To nawet dobra recepta by walczyć z rutyną w związku, ale wszystko ma swoje granice. Dom z wyskakującymi co chwila nowymi usterkami zdaję się wręcz pytać: czy Walter i Anna są godni jego miłości, czy są godni, by być jego mieszkańcami? Czy wytrzymają ten remont? Łatwo nie będzie. Gdzieś tu mi się przypominają te kaskaderskie sceny z komedii Barei „Nie ma róży bez ognia”. Oj ognia tu będzie sporo, za to coraz mniej ognia uczuć między Walterem i Anną.
Całkiem zadbana fasada domu w ciągu jednego dnia zostaje zupełnie zdewastowana, wybebeszona, a dookoła wznoszą się góry gruzu, spróchniałe stelaże. To jak wojna z sentymentami, wojna o zdrowe fragmenty domu. Podekscytowany majster Curly krzyczy, że jego ekipa wykonała kawał dobrej roboty. Póki co wygląda na to, że dom byłby świetną scenografią do filmu wojennego. Gdy oglądamy tą „paradę dewastacji”, mamy całkiem słuszne obawy, czy ten dom w ogóle zachowa się w oryginalnym stanie? Czy nie lepiej wszystko zburzyć i zbudować od nowa? Tak chyba byłoby najlepiej. Ale tak właśnie jest w tych najcięższych remontach i życiowych rewolucjach. Trzeba się dostać do zdrowej tkanki, do rdzenia, do fundamentów. Wzmocnić je i nakładać kolejne warstwy.
Właściwie przez okres dwóch tygodni, które magicznie wydłużają się do kilku miesięcy, ekipa remontowa (składająca się z takich oryginałów jak majstrowie z „Alternatywy 4”) jest trochę jak rodzina, znająca coraz lepiej życie swoich zleceniodawców. Gdy Anna otwiera szafkę łazienkową, jeden z robotników zwraca uwagę jej na zapas tabletek antykoncepcyjnych, innym razem Anna wchodzi do kuchni i od razu jeden z robotników nalewa jej kawy – jak w rodzinie. To dobrze mieć wsparcie w tych silnych mężczyznach, gdy mężczyzna jej życia oddala się od niej.
Związek Waltera i Anny zaczyna przeżywać kryzys. Ich życie teraz sprowadza się do tego, jak zdobyć kolejne pieniądze na remont. Zupełnie, jakby stali się niewolnikami tego domu. Szczęście w nieszczęściu Anna może liczyć na gest hojnego byłego męża, Maxa, który jako nonszalancki artysta traktuje sprawy materialne zupełnie obojętnie. To dość oryginalne przedstawienie byłego małżonka (w wydaniu Alexandra Godunova, choreografa baletmistrza), który nie rości sobie żadnych praw do majątku, tylko wciąż tęskni za uczuciem do byłej żony. Sprawia wrażenie nadętego artysty, ale to dzięki niemu Anna może spłacić kolejne raty remontowe. Można powiedzieć, że ich relacje są prawie przyjacielskie, jednak Walter zaczyna coś podejrzewać, że może jednak stara miłość nie rdzewieje. Wszak Anna pracuje z byłym mężem w orkiestrze. On nią dyryguje. On sprawdza, czy gra ona w odpowiednim tempie i na wysokim poziomie. Rety, jak to brzmi! Czy ona wciąż gra, czy może naprawdę coś jeszcze czuje do byłego męża? Uważaj Walterze, bo przybijesz sobie palec. Ale tylko pomyśl Walterze: To spora pokusa uciec z tego zdewastowanego domu w ramiona innego mężczyzny, który mieszka w czystym, przytulnym mieszkanku. Zamiast wiertarki i piły można słuchać koncertu smyczkowego. Ten przeklęty remont robi coraz większą wyrwę w związku Anny i Waltera. Punkt krytyczny. Czy młotek wbije gwóźdź, czy rozwali doszczętnie tą chybotliwą konstrukcję?
Świetna rola Toma Hanksa, która niejako zdefiniowała go jako bohatera komediowego rzucanego w dziwne, kłopotliwe okoliczności. Wystarczy sobie przypomnieć jego kolejne kreacje w „Dużym” czy „Na przedmieściach”, wreszcie „Forresta Gump” czy bardziej dramatyczne „Cast away”. Jego bohater dochodzi do punktu krytycznego. To zresztą dobrze widać w scenie z wanną, która spada z piętra i rozbija się w drobny mak. Na ten widok Walter śmieje się jak obłąkany, bo co innego może robić, gdy na każdym kroku wyskakują kolejne usterki i wypadki. Opanowany dotąd prawnik nie może znaleźć żadnej skutecznej strategii, by wygrać z chaosem, jaki wlał się w jego życie.
Z kolei Panowie fachowcy (i nie bez powodu podkreślam tu słowo „panowie), są wobec tego remontowego chaosu Panami sytuacji. Zachowują się trochę jak primadonny, gwiazdy, które zajeżdżają swoimi drogimi autami do biednych, potrzebujących klientów, witających ich jak królów. Bo dobry fachowiec to skarb! Na spotkaniu wypijają najlepszą whisky albo szkocką i od razu wystawiają rachunek, nie oglądając specjalnie tego, co mają naprawić. Ale nawet jeśli są oni nieco humorzaści, naburmuszeni, to jednak efekt ich pracy budzi spory szacunek. Po tych wszystkich buldożerach, kupach gruzu wreszcie dom nabiera blasku. Ale to przecież tylko scenografie. Pytanie, co z małżeństwem Waltera i Anny? Czy ono też przeszło generalny remont? Niewdzięczna rola pocieszyciela i pożyczkodawcy, jaka przypadła Maxowi, byłemu mężowi Anny, ukazała w nim także (nieświadomego) fachowca od kryzysów małżeńskich. A tak! Gdy opuszcza on dom Anny i Waltera, zwraca uwagę jednemu z robotników, by malował zdecydowanie od dołu do góry, pewne, gładkie ruchy, bez przerw. To nie ma być paćkanie, to ma być malowanie. Zwraca uwagę Maestro, który jak dotąd więcej machał batutą. Co do tej filozofii malowania, to tak jak w związku. Masz być zdecydowany a zarazem gładki. Czyż nie? Max jeszcze bardziej zdumiewa, gdy mówi Walterowi, aby ten nie odtrącał swojej żony, bo jest zbyt wrażliwy i nie wytrzyma takiej straty. Max to co innego: wyniosły i samolubny. Zniesie wiele, ale nie Walter. Taka dobra rada od byłego męża, który wraz z odejściem z wyremontowanego domu inicjuje nowy rozdział w życiu Waltera i Anny.
Zgrabna komedia w reżyserii Richarda Benjamina pełna klasycznych gagów z usterkami i wybuchami ale również niebanalnymi dialogami i rzecz jasna dobrym morałem jak w bajce.
Komentarze
Prześlij komentarz