ILUZJONISTA

 

 


„Spraw, żebyśmy zniknęli!” – Krzyczała przerażona Sophie do Eduarda, gdy już nadchodzili po nich. I choć Eduard Abramowitz, zdolny stolarz, pochodzący z rodziny wybitnych rzemieślników potrafił wiele sztuczek, to jednak w tej dramatycznej chwili nie mógł sprawić, aby on i jego droga przyjaciółka, księżniczka z lepszego domu zniknęli przed strażnikami.

Choć czasem, gdy się na nich patrzyło, można było odnieść wrażenie, że ci zakochani w sobie znikali dla świata. Tutaj są! Łapać ich! Księżniczce nie wypada spotykać się z kimś o niższym pochodzeniu. Choć Eduard ze swoją wyobraźnią i zdolnością tworzenia niezwykłych rzeczy był niczym książę, przy którym nie sposób było się nudzić. Ale cóż zrobisz. Taki rozkaz. Niech Eduard się trzyma z dala od księżniczki. Och, głupcze! Nie przenikniesz do świata zakochanych, nie rozdzielisz ich!

Ale rozdzielili Eduarda i Sophie na wiele długich lat. Ona rozpoczęła żywot księżnej, która za niedługo miała poślubić egotycznego księcia Leopolda z Habsburgów (Rufus Sewell). A Eduard? Zniknął gdzieś na wiele lat, aby zagłuszyć tą wielką stratę po Sophie. Podróżował tu i tam, poznawał różne sztuki, aż powrócił do Wiednia jako wielki Iluzjonista Eisenheim (Edward Norton), na którego wyjątkowy występ ma także przybyć sam książę w towarzystwie Sophie (Jessica Biel).

Eisenheim robi wrażenie na mieszkańcach Wiednia. Nie tylko pokazuje sztuki magiczne, ale wprowadza w nie trochę refleksji, jakby wygłaszał poważny wykład na temat filozofii. Gdy przemierza ulice miasta, ludzie się za nim oglądają, zadając sobie pytanie, jak on to robi? To drzewko pomarańczowe wyrastające z donicy po kilkunastu sekundach, czy motyle podnoszące chusteczkę, którą przed chwilą iluzjonista nakazał schować do magicznego pudełeczka. Podoba mi się scena, gdy ubogie dzieci zaczepiają Eisenheima i proszą go o jakieś pieniądze. On ich zapewnia, że wcale nie są ubodzy, że mają wszystko, czego potrzebują. Wystarczy tylko po to sięgnąć, po czym wyjmuje z chusteczki parę monet i daje je chłopcom, jakby w ten sposób dał im lekcję, że zawsze można znaleźć w swojej kieszonce jakiś ukryty talent, który może potem przynieść zysk. Eisenheim sprawia wrażenie człowieka, który opanował wszystkie sztuczki losu. Zawsze widzi więcej i zawsze jest o krok przed ludźmi, którzy wciąż nie rozumieją, że nic jest takie, czym się wydaje.

To bardzo irytuje księcia Leopolda, który jako władca lubi, gdy wszyscy są mu podporządkowani, nawet miecz. A ten na skutek różnych „czary-mary” na specjalnym pokazie Eisenheima dla elit Wiednia, nie daje się podnieść. Zupełnie, jakby był wbity w niewidzialną skałę. Iluzjonista przypomina jaśnie państwu legendę Excalibura. Ten, kto wyciągnie miecz, ten będzie prawowitym władcą. W tej scenie aż czuć to napięcie między sprytnym magikiem a despotycznym władcą, który ma małe problemy z wyciągnięciem miecza z niewidzialnej skały. Łączy ich jedno. Kochają tą samą kobietę. Kto zwycięży? Czy to są tylko niewinne żarty, czy może coś zawoalowanego. Książe mruży oczy. Widzi tylko swoją władzę.

Inspektor Uhl (Paul Giamatii), który również musi czasem przymknąć oko na zbyt wybuchowy temperament władcy, przemierza korytarz pałacu księcia Leopolda. Wszędzie na ścianach wiszą poroża. Książe uwielbia polować. To stanowi o jego potędze, męskości. Jest dumny ze swoich zdobyczy. A i sam nie znosi, gdy ktoś mu przyprawia rogi. Nie ma dyskusji. Jeden strzał i po rywalu. Wprawdzie książę jeszcze nie poślubił Sophie, lecz traktuje ją jak swoją własność, niezbędny dodatek do swej pozycji przyszłego króla. Ostatnio dowiedział się, że tajemniczy Eisenheim spotyka się z jego Sophie. Przyjaciele z dzieciństwa wreszcie się odnaleźli. Czy to jednak przyjaźń czy może jednak wielka miłość, odświeżona po tylu latach. Taka hańba nie przejdzie. Książę zaciska zęby. Inspektor Uhl musi działać. Choć jest stróżem prawa i porządku, jest przede wszystkim sługą księcia i jego ochroną. Jemu ciągle składa raporty o dziwnej znajomości magika i księżnej. I gdy zajdzie taka potrzeba, będzie musiał aresztować niewygodnego gościa… pod jakimkolwiek zarzutem. Nie dziwne, że komisarz jest zestresowany i je za dwóch, podczas gdy na przykład spokojny Eisenheim zawsze odmawia posiłku. Iluzjonista musi mało jeść, wtedy mu się lepiej myśli. A jak zgłodnieje, to na pewno coś sobie wyczaruje.

Sytuacja się komplikuje, gdy Sophie i Eduard postanawiają uciec. Ale oczywiście ucieczka gdzieś na koniec świata nie wchodzi w grę, bo uparty, zdradzony Leopold w końcu by ich znalazł i zabił. A gdyby tak zniknąć? Marzenia z młodości odbijają się echem w tej nowej sytuacji. Być może sprytni kochankowie uknuli jakiś misterny plan, lecz my, widzowie tego spektaklu iluzji widzimy tylko pewną część. Księżniczka wreszcie zdobywa się na odwagę, aby oświadczyć księciu, że chce od niego odejść. Ten oczywiście wpada w szał, bo to nie do pomyślenia, aby kobieta opuszczała wielkiego księcia. Urażony, z trudem przełyka tą gorycz zakrapianą winem. Pijany w przypływie gniewu rani księżniczkę mieczem. A przynajmniej tak to wygląda z daleka. Właściwie słyszymy tylko jakąś awanturę, a potem widzimy, jak nieprzytomna, krwawiąca księżniczka opuszcza zamek na koniu.

Księżniczka zabita! Roznosi się wieść. Lepiej dla księcia, by jego niewdzięczna ukochana nie żyła, aniżeli uciekła od niego. To wielki cios dla samego Eisenheima, który już po raz drugi i tym razem na zawsze stracił swoją przyjaciółkę. Ale czas na zemstę. Więc to książę zabił księżniczkę? Kłopot w tym, że nawet sam Leopold nie pamięta, co się stało podczas tej awantury. Był pijany i wzburzony, a potem zwyczajnie zasnął. Co ma zrobić w takim razie inspektor Uhl, który dotąd działał na każde polecenie księcia? Czy rzeczywiście dowody wskazują, że to następca korony? Lepiej uważać z takimi osądami. Książe, jeśli chce może łatwo awansować inspektora albo go pogrążyć. Rana kłuta na szyi bladej księżniczki aż razi w oczy. Uhl ma spory dylemat, bo prawdę powiedziawszy nie przepada za księciem. Wypełnia swoją służbę, a zarazem marzy, aby tak jak Eisenheim być wolnym od tych wszystkich rozkazów, poleceń, a może i także prawideł czasu i logiki. O tym m.in. będzie traktował kolejny film Burgera „Jestem Bogiem”. Ach, tak wymknąć się z tego zatłoczonego teatru życia. Zmylić wszystkich i rozkoszować się swoją mistyfikacją i legendą.

W międzyczasie iluzjonista organizuje nowe spektakle, gdzie podobno przywołuje duchy zmarłych, (dziś moglibyśmy to odtworzyć przez technikę hologramów), w tym samej księżnej, która twierdzi, że została zamordowana. Czyżby głos zza grobu oskarżał księcia o zbrodnię? Czy to mają być te miażdżące dowody? W co tak naprawdę pogrywa Eisenheim? Czy wciąż zabawia publiczność, czy szuka sprawiedliwości? I czy zimny książę Leopold udźwignie wyrzuty sumienia, jakie coraz bardziej go dręczą? Jeśli przyjdzie po niego policja, to czy się odda dobrowolnie, czy palnie sobie w łeb honorowo?

Uhl jeszcze nie zdaje sobie sprawy, że także to beznadziejne śledztwo, które teraz prowadzi jest jednym wielkim spektaklem, który pomógł kochankom uciec z tego przytłaczającego miejsca. Jak? Kiedy? Jak zwykle wszystkie puzzle połączą się po fakcie. A jedyne co pozostanie inspektorowi to uśmiech i podziw dla geniuszu samego Eisenheima.

A może to wszystko jest snem samego Inspektora, który zmagając z nudą dnia powszedniego ucieka w świat fantazji, gdzie mógłby się pozbyć swego złośliwego pana, księcia Leopolda?

Znów to zrobił! Znów cudownie mnie oszukał. Bo czyż nie lubimy tego? Po to płacimy i idziemy na występ iluzjonisty, aby dać się oszukać (zatem politycy to najlepsi iluzjoniści). Nagle zapomnieć o wszystkich prawach grawitacji. Zobaczyć jedno, a pominąć drugie. Uwierzyć, że wszystko jest możliwe.

Z dwudziestostronicowego opowiadania Stevena Millhausera, reżyser Neil Burger wyczarował naprawdę bardzo klimatyczny i atrakcyjny wizualnie film, będący zgrabną mieszanką baśni, powieści grozy w stylu Edgara Alana Poego, kryminału i romansu, do którego muzykę skomponował minimalistyczny Philip Glass. A wszystko to w scenografiach starej Pragi, gdzie po ulicach jeżdżą karety i bryczki, otulone złocistym filtrem, z pięknymi wnętrzami obitymi drewnem, pełnym różnych ornamentów.

Iluzjonista Burgera to nie jedyna magiczna propozycja z 2006 roku. Znamienne, że wtedy również na ekrany kin wszedł film „Prestiż” w reżyserii Christophera Nolana, opowiadający o rywalizacji dwóch magików, którzy niczym hazardziści wciąż podbijają stawkę, próbując pokazać publiczności jak najbardziej niezwykłą sztuczkę, aż w końcu dochodzi do tragedii. Nolan w tym filmie właściwie zdejmuje przed nami „okowy iluzji”, by pokazać iluzjonistów jako rzemieślników, którzy bardzo starannie dopracowują każdy element przedstawienia. Nie ma tu żadnej magii, tylko wnikliwa analiza ludzkiej natury oraz praw fizyki i mechaniki. U Burgera z kolei wszystko jest okraszone pastelową tajemnicą i nie brakuje tu efektów specjalnych. Do końca nie wiadomo, czy wielki iluzjonista Eisenheim był wybitnym rzemieślnikiem, który czarował publiczność swoimi niezwykłymi zabawkami, czy może rzeczywiście posiadał jakieś niezwykłe moce?

Z tym pytaniem pozostajemy sami. I uśmiechamy się, że znów jak dzieci daliśmy się uwieść wielkiemu Kuglarzowi.

 

 




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH