KECZUP SCHROEDERA

 


„Keczup Schroedera” to debiutancka sztuka teatralna Domana Nowakowskiego, autora scenariuszy do takich produkcji jak „Tata a Marcin powiedział”, „Miodowe lata”, Święta wojna”, „Bodo”, „Baron 24” „Skrzydlate świnie”, „39 i pół” – całkiem imponujący dorobek. Inną sztuką teatralną Nowakowskiego, która doczekała się realizacji w TV były „Usta Micka Jaggera”. Nowakowski także debiutował jako reżyser i scenarzysta filmem „Siedem grzechów popcoolutury”, który trochę koresponduje ze sztuką, o której tu będziemy pisali. Rzecz będzie o wyborach, dylematach moralnych i robieniu kariery.

Ale to wszystko po reklamie!

Blok reklamowy przeminął, a my zdążyliśmy zrobić herbatę, odwiedzić ubikację i wrócić z tronu na fotel, by zaczerpnąć słonych orzeszków, po których znów będzie chciało się nam się pić, więc znów wypijemy i znów wyjdziemy, gdy tylko blok reklamowy się rozpocznie. Dziś reklama bardziej podstępnie atakuje. Namierza odbiorcę, sprawdza jego potrzeby na podstawie odwiedzanych stron sklepów internetowych. Powraca do niego jak bumerang w formie spamu, przekonuje go, że właśnie teraz powinien kupić ten zegarek, który tak długo oglądał na stronie. Reklama sięga coraz głębiej naszych pragnień, żądz. Zapada gdzieś w podświadomość i drąży w nas obraz nas lepszych z tymi produktami.

Ale w latach dziewięćdziesiątych reklamy królowały przede wszystkim w telewizji. Dźwięk, obraz, słowo. Wystarczy sobie przejrzeć te niekiedy zabawne, jaskrawe, dziwne, czasem naiwne reklamy z lat 90, które wtórowały rodzącemu się kapitalizmowi. Zapachniało zachodem, zapachniało dezodorantami, świeżymi ubraniami i trendami.

Właśnie w tej rzeczywistości poznajemy naszego głównego bohatera, niejakiego Klimka. Po prostu Klimek i przy okazji poeta i filozof. W tej roli przyszły papież, czyli Piotr Adamczyk, młodziutki, gładki, z długimi włosami i rozmarzonymi oczami. Co ciekawe, w tym samym roku(1997) Adamczyk zagrał również w filmie „Brat naszego Boga”, według pomysłu Jana Pawła II, filmu reżyserowanego przez Zanussiego. Adamczyk wcielił się tam w postać młodzieńca, który chce się przyłączyć do brata Alberta i poświęcić się misji pomagania ubogim, ale Albert uznaje, że ów młody idealista nie jest gotowy na taką ciężką drogę.

Cóż, czas porzucić ideały. Po co karmić się wzniosłymi hasłami, filozofiami? Po co być samotnym poetą? Na co to komu? Co chce się przez to udowodnić? Swój nonkonformizm? Swoją wolność od dóbr materialnych? Bzdura i jeszcze raz bzdura.

 

„Za każdym razem, gdy pada to pytanie, waham się i zastanawiam. Pytanie jest dość proste, zadają je sąsiedzi, krewni, przyjaciele, moje dzieci, a nawet nieznajomi: «nad czym pracujesz?» Słusznie oczekują jasno sformułowanej odpowiedzi. A mimo to niezmiennie się waham: w jaki sposób się wydobyć z akademickiego żargonu mojej specjalizacji frapujący okruch czegoś nowego lub spostrzeżenie o poruszającej głębi? W jaki sposób wprowadzić w zwykłą rozmowę te rozwleczone linie argumentacji, które dodają adrenaliny do wyjściowego pomysłu? I w jaki sposób przekazać moje poczucie fascynacji całkowicie różnym światom prawnika, fryzjera, chirurga, dyrektora handlowego, inżyniera, artysty, wielbiciela muzyki rockowej[i]?”

 

„Nigdy nie mówię, że jestem filozofem. Zapytany, kręcę. A jak ktoś, kiedy chce mi dokuczyć, mówi, że jestem etykiem, cały się rumienię, bo nie ma czegoś takiego jak etyk i nie ma czegoś takiego jak filozof. Sto lat po śmierci można okazać się filozofem. Nie jest tak, że filozofem jest i człowiek pracujący na wydziale filozofii uniwersytetu, i Arystoteles. Język nie nadąża za światem. Gdy zacząłem pracować na uniwersytecie, pojechałem w góry i jeden góral koniecznie chciał wiedzieć, czym się zajmuję. Mówiłem mu wykrętnie, aż w końcu musiałem powiedzieć mu całą prawdę, bo dociekliwy był człowiek. Więc powiedziałem, że uczę takich rzeczy, które są w książkach, bardzo teoretycznych i abstrakcyjnych, i że nie da się tego streścić. Że to jest na temat substancji, obowiązku, wzniosłości, przypadku i na temat konieczności. Góral milczał i wreszcie spytał: Jacuś, czy jesteś chory, że nie możesz normalnie pracować? To było ostatni raz, kiedy odpowiedziałem, czym się zajmuję[ii]”.


„przestań zawracać sobie głowę filozofią, a jeśli już ci się szczęśliwie przytrafiło, iż filozofem jesteś, poszukaj sobie lepiej godziwszego zajęcia i zostań pielęgniarzem, kapłanem, hydraulikiem albo cyrkowym klownem; w dziedzinach tych ludzie zupełnie dobrze wzajemnie się rozumieją bez stawiania niemożliwych pytań epistemologicznych[iii]

 

No właśnie, skoro już Leszek Kołakowski doradza, by dać sobie spokój z filozofią, to chyba warto posłuchać mistrza, gdy jest się na rozstajnych drogach. Czas iść z tłumem, wsłuchać się w ten rytm, czas zarobić trochę wielkiej forsy i uciec od płaskich zmartwień codzienności. Bo właśnie wtedy, gdy masz gruby portfel, przestajesz być materialistą, a stajesz się artystą. Mieć czy być? Oczywiście, że mieć panie Fromm, żeby żyć. Właśnie do takich wniosków dochodzi Klimek. Długowłosy młodzieniec, który wplątał się w nieostrożny romans z poezją i filozofią, podczas gdy za oknami wstało już złote słońce kapitalizmu i mieni się wesoło do ludzi, zapraszając ich, by skorzystali ze swojej szansy. To były rzeczywiście dzikie czasy. Ile powstało wtedy firm, które dziś stanowią trzon polskiej gospodarki i stały się już niejako synonimem renomy. Oczywiście wszystkie rekiny zrozumiały, że bez dobrej reklamy daleko nie zajdą. Tu wyrosły im naprzeciw, jak grzyby po deszczu właśnie agencje reklamowe, w których niespełnieni artyści mogliby wreszcie się wyżyć, marząc o kreatywnej pracy ze słowem, obrazem i dźwiękiem. I właśnie jednym z takich artystów jest poeta-filozof Klimek. Cała akcja sztuki rozgrywa się właściwie przez jedno popołudnie i następny poranek, reszta to po prostu retrospekcje, wspomnienia głównego bohatera. Klimek opowiada o swojej błyskotliwej karierze swojemu koledze ze szkolnych lat, niejakiemu Rysiowi (Olaf Lubaszenko), którego poczciwe imię idzie w parze z równie poczciwym życiem. Rysio podobnie jak Klimek był szkolnym intelektualistą, poetą, namiętnie czytał Kierkegaarda i równie namiętnie dyskutował o ważnych kwestiach, które nikogo nie obchodzą. Razem z Klimkiem wspominają dawne czasy i to jak w dyskusjach filozoficznych czuli, że mogli przenosić góry. Oczywiście w takich spotkaniach pobrzmiewa nuta nostalgii w stylu „High hopes” Pink Floyd – że oto byliśmy tacy niewinni a młodość taka czysta. A teraz? Rysio żałuje swego małżeństwa z jakąś pryszczatą kobietą, z którą ma trójkę dzieci i żałuje tego, że został nauczycielem. No bo kim innym mógłby być? Ze wzniosłego intelektualisty stał się zgorzkniałym, zawiedzionym człowiekiem i co gorsza znudzonym nauczycielem, który chyba będzie szedł śladem Adasia Miauczyńskiego przez ciemną dolinę, zniechęcając kolejne pokolenia uczniów.

Rysio z niedowierzanie i zazdrością patrzy na swego kumpla z dawnych lat, którzy przecież był taki sam jak on, a jednak w szybkim czasie i to dzięki poetyckiemu talentowi osiągnął tak wiele. Od kieliszka do kieliszka kumple wspominają z rozrzewnieniem swoje dawne ideały, które w pewnym momencie schowali do kieszeni. Klimek tłumaczy, że do tej roboty trzeba się po prostu złamać, by sprzedać jak najwięcej.

 

Ale jak taki wrażliwy poeta trafił do tak brutalnego biznesu?

 

Wszystko zaczęło się od przysługi. Stary znajomy, niejaki Jasiu Ślągwa, który nie znosi gdy się do niego mówi Jasiek, woli raczej Johnny (ku chwale anglicyzmom i wielkiemu Zachodowi) poprosił Klimka o wymyślenie chwytliwych haseł dla płatków śniadaniowych o smaku malinowym. Sprawa była poważna, bo nad tą kampania ślęczało już parę osób, ale wszyscy używali długopisów do przekreślania, a papieru do robienia kulek. No nie szło im. Aż tu nagle zjawia się niepozorny „superman”, niespełniony wieszcz i pisze na poczekaniu jakieś wierszyki, hasełka, które okazują się hitem. Tak oto Klimek wkracza w struktury agencji reklamowej, poznając jej różne poziomy, hierarchie. Jedne grupy są tu tzw. Twórczą arystokracją a inni to podrzędni biurokraci.

Całością zarządza uśmiechnięty Mike. Ale to nie Michał chcący się zamerykanizować. To prawdziwy Amerykanin, czarnoskóry Mike (Brian Scott), który z ironią stwierdza, że tu w Polsce można robić naprawdę niezłe interesy, szukać nowych murzynów do roboty, by kręcić niezłe kokosy i klepać sekretarki po tyłku (mamy lata 90).

Johnny jako przewodnik Klimka co chwila używa jakiś anglicyzmów: layouty, akanty manadżery, te plannery, schody do kariery, trade, delay, full page, tv shooting, selling line i cool man fan. Oto nasz plan! Klimek szybko wdycha atmosferę tego miejsca, zmienia swój image. Długie włosy i rozciągnięty, wieśniacki sweter ustępują miejsca krótkiej fryzurze i garniturowi. Chłopak ma motywację, bo chce zaimponować dziewczynie, niejakiej Ance. Teraz trzeba tylko odpowiednio wysoko się wspiąć na szczyty kariery, by zostać dostrzeżonym. Testosteron podbija kreatywność. Klimek ze swoimi osiągnięciami jest gdzieś pośrodku. Ma zadatki na to by piąć się w górę, ale równie dobrze może też spaść z poziomu płatków do tytułowego Keczupu, na którym już wielu specjalistów poległo.

W agencji panuje taki pogląd, że niewdzięcznie jest reklamować spożywcze produkty. Trudno znaleźć w słowach finezję, by reklamować serek albo masło a co dopiero keczup Schroedera – jasna cholera. Po prostu wychodzi farsa i bzdura. Keczup to dopiero sprawdzian twórczych możliwości. Jak go przejdziesz, to udowodnisz swoją pozycję. A potem możesz liczyć na kosmetyki albo proszki do prania. Tam dopiero jest raj. Wszyscy w dziale o tym marzą!

Twórczy wysiłek zawsze daje w kość. Wymyślanie haseł reklamowych to jak pisanie poematów do Absolutu, tylko w ostatniej chwili podmienia się wzniosłe wartości na towary. Proste równanie. Rzecz w tym, by zmusić Pegaza poezji nie do lotu w chmury, a do pociągnięcia wozu z towarem pełnym ulotek i chwytliwych haseł.

Niezwykłe, że poeci i filozofowie, którzy zawsze tak namiętnie dążą do wyśnionej mitycznej Wielkiej Prawdy, w gruncie rzeczy w tym kapitalistycznym świecie kończą jako specjaliści od reklamy lub PR, snując w złotych słówkach swoją prawdę. Zyskują spory poklask, rząd dusz właśnie w chwytliwych hasłach reklamowych. Może to jest przyszłość poezji… użytkowej a nie tej noblowskiej. Zresztą nie ma się co brzydzić. Reklama to też sztuka i to bardzo wymagająca.

Początkowe opory Klimka co do twórczej pracy w reklamie niweluje luzacki Johnny, który wprowadził kolegę do firmy i służy mu zawsze jako przewodnik po meandrach pokrętnej kultury marketingu. Klimek nawet nie zdaje sobie sprawy, że pomoc Johnny’ego to gruncie rzeczy podstęp. Johnny bowiem chciał znaleźć jakiegoś frajera, który mógłby pokazać szefowi, że to Johnny jest niezastąpiony w hasłach reklamowych serków. Spiski, konszachty, intrygi i do tego romans z Anką, który wręcz wykańcza Klimka, tak że nie jest w stanie w żaden sposób wymyśleć błyskotliwych haseł. Jak potem podsumowuje: prokreacja niszczy kreację. Główny bohater wpada w pułapkę. Odurzony tym konsumpcjonizmem szybko podpada szefowi, którego irytują coraz bardziej płaskie hasła reklamowe. Tak w końcu nasz bohater zostaje zdegradowany i ląduje w keczupie, który jest idealną metaforą jego krwi. Keczup Schredera – Jasna Cholera! I co tu wymyśleć na temat tego produktu? Właśnie w przede dniu oddania propozycji haseł, Klimek spotyka się z Rysiem. Bo jak pić, to tylko z kumplem z dawnych lat. Tylko przy nim można się zwierzyć ze swoich sekretów, słabości i powiedzieć wprost, że ta robota jest obrzydliwa.

Klimek w poczuciu klęski, rozmyślając nad fenomenem keczupu, zdaje sobie sprawę, jak bardzo nisko upadł (narracja  trochę jak z „Wilka z Wall Street” Stone’a). Stał się dziwką, która zaprzeczyła Pierwszemu Słowu. Kiedyś był poetą, naiwnym ale uczciwym, który z pierwszego słowa tworzył niezwykłe nastroje i obrazy. A teraz te wszystkie słowa zmienił jak prezerwatywy. Tak mówi do niego Bóg we śnie. Tyle że to Bóg z reklamy, którą kiedyś widział w studiu. Może to jego głos wewnętrzny, tłumiony dotąd tak umiejętnie?

Niebezpiecznie jest wchodzić na tak kruchy grunt autorefleksji. A może trzeba się znów napić? Tylko z kim? Rysio już zasnął. A pomysłów jak nie ma tak nie ma. Zatem wypada wypić toast za swoją przegraną. Czyż nie? Zresztą, czy to taka tragedia. Ta posada w agencji zbyt łatwo przyszła, to i łatwo odejdzie. Pogodzony ze swoją porażką Klimek wreszcie zasypia. Za to Rysia budzi ze snu jakaś idea. Dobrze zna to uczucie, gdy myśl wyrywa się jak bestia, by rzucić się na papier. W przypływie natchnienia Rysio, były, umarły poeta, który pisał dotąd poematy o wolności, teraz postanawia napisać coś o tym przeklętym Keczupie.

Jest to na tyle dobre, że gdy Klimek cały skacowany budzi się rano w biurze, skacze z radości mając w garści takie błyskotliwe hasła. I nie tylko Klimek jest szczęśliwy, bo i wreszcie na twarzy szefa, Mike’a pojawia się zadowolenie i kolejny awans dla Klimka. Awans na awansie zbudowany na niebanalnych hasełkach. Oto kariera w Trzeciej RP. Główny bohater w przypływie tej euforii już zapomina jak się zarzekał, że z chęcią rzuciłby to robotę, że żałował, że tak się sprzedał. A jednak wraca na szczyty i odjeżdża swoim nowym czarnym Jeepem. Zwycięża konsumpcjonizm i kariera. Ciekawe, co dziś pan Klimek sprzedaje?

 

 



[i] K. J. Gergen: Nasycone Ja. Dylematy tożsamości w życiu współczesnym. Przeł. M. Marody. PWN. Warszawa 2009, s. 11.

[ii] B. N. Łopieńska: Jestem szynkarzem. Rozmowa z profesorem Jackiem Hołówką. W: Męka twórcza. Z życia psychosomatycznego intelektualistów. Wydanie I. Wydawnictwo WAB. Kraków 2004, s. 55.

[iii] L. Kołakowski: Horror metaphysicus. Przeł. M. Panufnik. Wydawnictwo Znak. Kraków 2012, s. 10.





Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH