ŻÓŁTY SZALIK. PĘTLA, STRACH I SZAL.

 


ŻÓŁTY SZALIK. PĘTLA, STRACH I SZAL

 

Rozpoczynam ten post od łyku gorącej herbaty i dobrze wiem, że jeszcze wiele takich kubków wysuszę, zanim skończę. Herbata usuwa zmęczenie, a zarazem powoduje coraz większy niepokój i podniecenie, aż musisz napić się wody, może trochę cytryny, by pozbyć się zgagi. Człowiek to sprytny chemik, regulujący swoje płyny w laboratorium organizmu. Odrobina herbaty, by się pobudzić, odrobina alkoholu, by się zrelaksować, trochę więcej wody, by wytrzeźwieć, potem trochę kawy zbożowej albo ciepła woda z octem jabłkowym i jeszcze kakao, by się uspokoić. A gdy już wszystko w porządku, czas znów pisać atramentem swych doznań.

Już grudzień, już za chwilę święta. Pan prezes zadowolony, bilans w firmie zrównoważony, procenty się zgadzają, już kwarta… procenty proszą o uwagę. Ależ panie prezesie, czas pośpiewać kolędy, napić się odrobinę, odetchnąć. Pan prezes uśmiecha się zagadkowo, ociera pot z czoła, już poluzowuje krawat i sięga to niby własną, to niby cudzą, zwinną rączką po buteleczkę życiodajnego napoju, takiego, co rozświetli mroki. Niech moja prawa ręka nie wie, co czyni lewa. Sięga po napój, który gdzieś skrył przed sobą. Cudownie tak zadawać sobie te trudne zagadki. Prędko, prędko, gdzie to jest. Jak pies gończy z wyostrzonym zmysłem namierza swoją zdobycz. Jak rentgen widzi to, co ulotne, spiryt…yczne.

Nie w szafce, nie w biurku, ale w kloszu lampy. Lampa zabłysła, jak oświecenie w umyśle i odkryła kontury buteleczki. Pan prezes uradowany. Już sięga po swoją słodycz jak dziecko bez oporów i wstydu. Nikt nie patrzy. Pora się upodlić.

Trzeba wam wiedzieć, że każdy alkoholik lubi skrytki, bo lubi siebie oszukiwać. Lubi być czarodziejem, który schowa butelkę w szafce. W ten sposób butelki nie widać, butelka nie kusi, ale wciąż jest gdzieś głęboko, jak uśpione żądze, jak ta lawa bulgocząca pod skroniami. Alkoholik zamknie ją na kluczyk, po czym kluczyk też gdzieś schowa, tak jak bohaterowie baśni sprytnie chowają fragmenty swojej duszy w różnych miejscach, by w ten sposób być niepokonanymi. Wszak tak postąpił sprytny Voldemort? Ten kto odnajdzie wszystkie fragmenty i skrytki, ten pokona potwora, czyż nie?

Sprytna Katarzyna Sosnowska, dziennikarka, bohaterka filmu „Tylko strach”, wyrzuca kluczyk ze swojej szafki przez okno, bo zna już siebie na tyle dobrze. Piła parę lat i dopiero od paru miesięcy cieszy się abstynencją. A właściwie torturuje się wieczną niepewnością, czy jutro będzie trzeźwa, czy może utopi się w oceanie alkoholu? Do tego jeszcze ta niezwykła muzyka Piotra Rubika oddająca to napięcie psychiczne, miotanie się głównej bohaterki. Kluczyk spada na bruk, jak dźwięcząca moneta. Wyrok zapadł. Nie piję! A butelka z alkoholem wciąż jest w szafce. Dlaczego? Na czarną godzinę, na wszelki wypadek. Dla gości. Po co chodzić do sklepu. No jaaaaassssssne. Zamknęłam i nie piję. Przecież można było go wylać, wyrzucić. Marnotrawstwo? Lekarstwo! Butelka została, by znów do niej zajrzeć. Zajrzeć na samo dno, wypić, a potem spojrzeć przez tą lunetę, przez którą widać samotną wyspę na czarnym morzu. Czy już pragnienie? Tak, to ten moment. Energiczne szorowanie podłogi, by przepędzić demony, nie wystarcza. Czas przypomnieć sobie mapę wszystkich swoich skrytek. Katarzyna w amoku już zbiega na dół, nie dbając o strój i potargane włosy, z obłędem w oczach sprawdza trajektorię lotu kluczyka. Gdzie mógł spaść? Biedna księżniczka szuka kluczyka na chodniku, by otworzyć szafkę z eliksirem. Ale jak na ironię znajduje tylko fragment kluczyka, złote kółeczko, które jak pierścień pogrąża swojego właściciela. My precious! Nawet się nie obejrzysz, gdy zamienisz się w tego wstrętnego Golluma, zapatrzonego swoimi szklistymi oczami w szkło butelki.

Kluczyk znaleziony w połowie. Co za podły żart. No cóż. Alkoholik to kreatywna osoba, która poradzi sobie nawet z zamkniętą szafką. Przydałaby się siekiera, ale wystarczy również kuchenny nóż, by wyłamać zamek. A to dziwne. Nóż się złamał. Nałóg jest tak silny, że poświęci każde ostrze. Uparta Katarzyna sięga po tasak i w końcu udaje jej się otworzyć tą szafkę, którą parę dni temu zamknęła, czując, że jeszcze panuje nad sytuacją. Niezwykłe, że to ta Katarzyna Sosnowska, która tak inteligentnie i ciekawie rozmawia z politykami w studiu telewizyjnym. Rozważna zamknęła na kluczyk, a spragniona i dzika otworzyła tasakiem. Co za niezwykła metamorfoza. Spragnione dziecko przełyka nerwowo napój. Lepiej mu nie przeszkadzać. To niezwykły napój, zupełnie taki jak, kiedyś zaserwowała Garadriela Frodowi. Gdy tylko się napijesz, nic nie jest ci straszne, jesteś duszą towarzystwa i potrafisz tak wiele. A niechby kto teraz pozbawił pana prezesa tej nagrody, to może być pewien, że znajdzie się na drodze huraganu, nie ucieknie przed gniewem spragnionego człowieka, który niczym nie potrafi się napić. Czasem śni o tej życiodajnej fontannie albo źródle, do którego wreszcie trafi po długich, jałowych latach Sahary. Albo jeszcze lepiej, gdy zmęczony upadnie na ten piasek, wysypujący się z klepsydry jego życia i jakaś cierpliwa siostra miłosierdzia poda mu dzban z życiodajną wodą i napoi go. Każdy łyk będzie niczym oddech nowego życia. W tej ciężkiej drodze, w walce z własnymi demonami trzeba liczyć tylko na ludzi miłosierdzia, którzy dadzą się łatwo zmanipulować i również uzależnią się, by w swoim współczuciu dolewać oliwy do ognia. Czy coś się dzieje? Ależ nie. Jestem do niczego, jestem słaby, jestem mały. Muszę się napić. Pomóż mi. Jeśli żadna niewiasta nie pojawi się w pobliżu, zawsze obok jest wierny barman odkręcający źródełko i badający klienta niepokojącym spojrzeniem jak w „Lśnieniu”.

No dalej. Jeszcze jeden. Jeden toast, który celebruje szczęście i zarazem niszczy wszystko dookoła. Pan prezes w ten sposób zrujnował swoje małżeństwo, ale ma jeszcze obok siebie dwie kobiety, które cierpliwie przy nim stoją. Jedna, aktualna kobieta jego życia, apoteoza dobroci i cierpliwości, której twórcy filmu nie skalali imieniem, przerażona podaje butelkę bohaterowi, by ulżyć jego cierpieniom. Druga kobieta jest z nim znacznie dłużej, jest jego sekretarką i widziała już niejedno salto w wydaniu swego szefa.

Ma na imię Ewa, ale prezes nazywa ją „świętą”, bo gdy on zawodzi, ona zawsze ratuje sytuację, kupuje prezenty dla jego syna i jego matki, by nie narazić go na wstyd. On jest Adamem, który wygnał się z raju. Ona jest Ewą, która ciągle przygotowuje mu raj. Zawsze zapewnia mu miękkie lądowanie, ale czasem pijany pan prezes musi się potłuc na swojej granitowej posadzce w swoim luksusowym apartamencie, by coś wreszcie do niego dotarło. „Jedź do matki”. Szepcze cierpliwie Ewa. Matka to ta najważniejsza kobieta w życiu bohatera, ta, która dała mu początek i wciąż modli się, by nie dożyć chwili, gdy będzie musiała żegnać syna na cmentarzu, tak jak swego sąsiada alkoholika. Powrót do matki dla naszego bohatera jest trochę jak mityczna podróż do swojej istoty i źródeł. Wcześniej miotał się on po ulicach ze swoim wiernym kierowcą (Marcin Dorociński), który w lusterku ciągle widział jak pan prezes sięga po piersióweczkę. (Potem Dorociński i Gajos spotkają się na planie „Pit Bulla”, ale póki co pan prezes nie jest wcale Pit Bullem tylko słabeuszem, co głośno szczeka i dzwoni butelkami). Pętla się coraz mocniej zaciska, jak pisał o tej katordze Hłasko, a Wojciech Jerzy Hass pokazał to na ekranie, gdzie tym razem Gustaw Holoubek mierzył się z alkoholizmem. Czekał uparcie na powrót ukochanej kobiety i szukał powodu, by znów zobaczyć kieliszek do połowy pełny. A może picie to ciągłe uspokajanie tego stanu czekania? Tak czy siak, ona przyjdzie! Ulga albo kobieta, siostra miłosierdzia, która pożegna godnie skatowanego alkoholika.

Nasz bohater, prezes zalicza kolejne przystanki-spotkania, wciąż torturując się nadzieją, że jakoś sobie poradzi, że jeszcze nie jest tak źle. Ale największą torturą jest tu nadzieja. Szklanka pełna i znowu pusta. Klepie się po ramieniu i opanowany szepcze: „Wszystko będzie dobrze”, dopóki wóda będzie w Odrze. Ale potem gdy spotka alkoholika, brata w cierpieniu w barze pod „Mocnym Aniołem”, zda sobie sprawę, jak już niewiele się różni od najbardziej zdegenerowanego typa. Jeszcze ten garnitur, wytworny płaszcz i żółty szalik trzymają się go jako tako na poziomie, ale on sam czuje się jak menel, który chce znowu jak najszybciej się upodlić. Ciiii. „Jeszcze płynę, ale już kra nade mną” — jak wyznaje jeden z tych napotkanych po drodze drogowskazów, towarzyszy niedoli. Drżący literat, romantyk, co miesza z procentami wzniosłe cytaty dawnych poetów (wciela się w niego Czesław Nogacki, który przez alkohol zniszczył sobie właściwie karierę aktorską). To jakby widmo przyszłości głównego bohatera. Bywalec barów, w których czeka na łaskę współczujących, co postawią kielicha i wysłuchają.

 

„Wszystko będzie dobrze”. Jeden kieliszek, jedna ćwiarteczka-mateczka. I moc jest z nami!

 

Tymczasem Andrzej (Robert Więckiewicz), nauczyciel wuefu zaciska zęby i robi pompki jak oszalały w strugach deszczu. Właśnie go wzięło, a alkoholu znikąd. Trzeba to z siebie wyrzucić. Obiecał, że nie będzie pił. Właśnie jest w podróży z wyjątkowym chłopcem, swoim uczniem, który wierzy, że biegnąc do Częstochowy, wyprosi zdrowie dla swojej ciężko chorej matki. Znów podróż do jednej Matki, by prosić zdrowie dla własnej matki.

Jacek Mróz (Marcin Dorociński) przemywa napuchniętą twarz, która mogła kiedyś świecić na okładkach wielkich magazynów. Kiedyś był obiecującym piłkarzem. Ale wystarczyła jedna kontuzja, by stracił w życiu jakikolwiek cel i zatopił się w alkoholu. Teraz powraca jako sportowiec z bezdomnymi i codziennie daje sobie powód, by jednak nie pić, tylko toczyć tą piłkę przed sobą i wreszcie strzelić gola życia. Może dla takich chwil warto wytrzeźwieć i uwierzyć w cud, uwierzyć w siebie? Jakie to trudne dla alkoholika, gdy wciąż potrzebuje drinka na odwagę. Czego się lękasz bracie i siostro? Kompromitacji? Bardziej śmieszni już być nie możemy!

Poproszę sto gramów czystej i trochę lodu. Pan barman się uśmiecha. Trzeba się znieczulić i wprowadzić w ten stan, gdy otwierają się pokoje do odmiennych stanów świadomości. Nagle można mówić wszystkimi językami świata. Gajos ukazując człowieka na rauszu nieustannie wstrząsa widzem, jakby grał kilka różnych postaci lub przechodził stan ostrej schizofrenii. Tu bełkocze, tu pokrzykuje, śmieje się, a potem płacze.

Moc wielkich przodków jest z nami. Oby nie wyparowała zbyt szybko. A gdy jednak nadejdzie ta klęska suszy, zabraknie paliwa, pan prezes chwyta za telefon. Kontakty to podstawa. Infrastruktura. Dostawa zaraz będzie. Choć zimno na dworze, to drżący pan prezes w kapciach pofatyguje się na dół, by odebrać buteleczki w papierowych torbach. Dźwięczy szkło wesoło. Otwieraj bosmanie, czas znów napuścić trunku do basenu. Odyseja musi trwać! A któż to z nami tu pływa? Sami dostojni panowie. Soplica, Tadeusz, Sobieski, Chopin, Absolut, Bols, Smirnoff. Jak przyjemnie. Co za doborowe grono. Na chwilę człowiek czuje się tak lekki i swobodny. Na chwilę udało się podnieść z tego lęku. Ale lęku przed czym? Jesteś pan prezesem firmy, jesteś królem w mieście. Garnitur, samochód, biurko. Wszystkie trofea zdobyte w tej miejskiej dżungli. Choć po co ci samochód szefuniu, gdy ciągle jesteś nietrzeźwy?

Masz nawet w swoim biurze taką piękną złotą koronę. Gdy się upijesz, zakładasz ją sobie. Choć nie wiedzieć czemu, wyglądasz wtedy jak błazen, aniżeli król tego miasta. Jedne zęby od korony stoją proste, a drugie figlarnie się załamują jak w czapce trefnisia. Ale trefniś przynajmniej zna dobrze smutne zasady tego życia i w razie czego potrafi je w swojej cudownej żonglerce obrócić w żart. Nie ma nic do stracenia poza spalonym żartem. Ty natomiast drogi królu, panie prezesie wciąż się lękasz. Jesteś wysoko, lecz już się chwiejesz. Chcesz sprawdzić, jak to jest być na dole? To życie na krawędzi, gdy z jednej strony masz prawie wszystko, a z drugiej już widzisz siebie w szpitalu, w długim niebieskim korytarzu, w którym jak klatki filmowe przechodzi całe twoje życie. Dwadzieścia lat wcześniej Janusz Morgenstern pokazał nam w filmie „Mniejsze niebo” człowieka, który bez alkoholu czy innych zgubnych używek odchodzi z życia, na które pracował, odchodzi z pracy i od rodziny, jakby czuł, że nie ma siły już udawać kogoś w tym teatrze. Ten nonkonformistyczny wybór bycia włóczęgą-spacerowiczem na dworcu szybko zwraca uwagę otoczenia, które próbuje wmówić outsiderowi obłęd, co wreszcie kończy się tragicznie. Bohater zbyt mocno odczuwa fałsz rzeczywistości. Z kolei alkoholik zbyt mocno odczuwa absurd rzeczywistości. Nie może przyjąć jej na trzeźwo. Dlatego wciąż pije i ratuje się od przekleństwa nadziei.

Po co sobie robić nadzieję? Nadzieja to najgorsza tortura. Drżąca struna, piszcząca okropnie. To drżenie i niepewność. Uleganie radości i pustym sloganom. Alkoholik czuje się przeklęty, predestynowany do swej klęski. Kapitan Titanica, który wie, że zatonie. Dekadencko, z gorzkim uśmiechem snuje wizję swego upadku w zaciemnionym barze, jakby w ten sposób czuł się panem swego losu. Znieczulony już odpowiednio, czeka gdy los go powali. Mogę siebie zniszczyć. Panuje nad tym! Wypijmy za to! Nie może zmienić swego przeznaczenia. Gdzie się nie obróci tam czeka na niego kielich goryczy ze „Szczurem w koronie”, który musi wypić przed swoją ostateczną kaźnią. Jeden głęboki skok na dno butelki, by przerwać tą mękę, podczas gdy w tle brzmi spokojny jazz pana Lorenca.

A potem znów jakiś drogowskaz, podpowiedź, przewodnik w tej piekielnej drodze. Spotkany w barze znajomy lekarz uśmiecha się ironicznie wskazując na kieliszek w ręku pana prezesa. I co panujesz nad tym? No święta idą. Trzeba to jakoś uczcić. Tylko jeden. Lekarz zastanawia się, czy zdąży kiedyś zbadać serce swojego znajomego. Czy warto. Dla kogo to serce ma jeszcze bić? Dla matki.

Ta jedna obietnica, by odwiedzić matkę i nie zgubić żółtego szalika. Dziwne zaklęcie, które trzyma bohatera na powierzchni. Nie wiedzieć czemu, pan prezes upodobał sobie właśnie żółte szaliki, tak kontrastujące z jego ciemnym garniturem. Żółty szalik jest niczym amulet, nić Ariadny dla zbłąkanego Tezeusza, który próbuje wybrnąć z labiryntu nałogu i trafić wreszcie do domu matki, jak do bezpiecznej przystani. Tu już nie musi niczego udawać. Odyseusz zatacza koło w swej odysei. Tu może się wyspać, najeść, wysłuchać morału mądrej matki i poczuć jak ona go tuli do snu.

Matka jako jedna z nielicznych osób nie widzi w synu wielkiego prezesa, ale człowieka słabego, który nie może udźwignąć swego życia. Dlatego właśnie przywiozły go do matki aż dwie miłosierne i silne kobiety. Dom matki położony pośród lasu to zupełnie inny świat niż ta Warszawa pełna biurowców, rozpędzająca się w swoim kapitalizmie. To ciekawe, że wcześniej przywoływany film „Tylko strach” ukazywał alkoholików w początkach dekady lat dziewięćdziesiątych (1993 r.), jeszcze na tle starych kamienic, gdzie to ambitna dziennikarka publicystyczna, Katarzyna Sosnowska, uważny świadek swojej epoki, staczała się na samo dno nałogu. W „Żółtym szaliku” natomiast widzimy człowieka sukcesu pod krawatem w dziesięć lat po transformacji ustrojowej (2000 r.), pan prezes, niemal że idealny produkt kapitalizmu, a jednak z głęboką rysą nałogu, życia pod presją. Wcześniej Janusz Gajos zagrał inną ofiarę transformacji ustrojowej, profesora na obczyźnie, który nie ma po co wracać do kraju, więc klepie biedę w wyśnionym USA (Greenpoint) i pogrąża się w nałogu picia.

Alkoholik, narkoman zawsze chce być gdzie indziej. Wierzy, że kolejna dawka przeniesie go w lepszy świat. Przez chwilę poczuje lekkość, a potem ciężkiego kaca i wyrzuty sumienia, że znów wziął. Ci bardziej radykalni decydują się na przedawkowanie, bo wtedy mają gwarancję podróży w jedną stronę. Może tam wreszcie czeka ich ukojenie, nawet jeśli do trumny ktoś im włoży na wszelki wypadek ćwiartkę czystej albo strzykawkę.

A inni wciąż trzymają się tego żółtego strzępu szalika, który powiewa jak sztandar. Zobacz mamo, nie zapomniałem szalika, wciąż go mam ze sobą. Mogę jechać dalej i okryć czerwone gardło.

 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH