SKAZANI NA SHAWSHANK - MONSTE CHRISTO ALCATRAZ
W miejscu, w którym piszę niezdarnie te słowa jest ciemno i wilgotno, niczym w grobie, w tym miejscu, w którym Platon kreślił swoją przestrzeń idei. Tu wszystko się rodzi i tu umiera. Reszta to moja wyobraźnia. Zszedłem w ciemności Tartaru, by tu odnaleźć zaginiony cel. Uciekłem od wolności, jakby powiedział Fromm, uciekłem od niej, bo mnie przerażała. „Wolność? Nie wiedziałbym, co z nią zrobić” – powiada Walka z filmu „Niepokonani” Petera Weira. Wolność jest przestrzenią nie do zniesienia, jest jak burza pełna różnych możliwości, które targają nami, bo nie wiemy: jak, dokąd i po co?
Czasem wolność trzeba stracić na jakiś czas, by móc odnaleźć własny sens. Gdzie ją stracić? Pytasz pijany, nie widząc, co się wokół ciebie dzieje. Oczywiście, że w więzieniu – odpowiadam drapiąc się po siwej brodzie. Kiedy nierozgarnięty żeglarz Dantes zostaje wrobiony w spisek i trafia do więzienia, jego życie się kończy i następuje długa, kilkunastoletnia refleksja nad tym, co było. Naiwny wesoły dzieciak ustępuje miejsca dojrzałemu człowiekowi, który zaczyna rozumieć, że życie to sieć skomplikowanych układów.
„Stanąłem na drodze tornada, tylko nie przypuszczałem, że burza potrwa tak długo” — powiada Andy Dufresne, który przesiedział już w więzieniu Shawshank osiemnaście lat… za niewinność.
Przyzwyczajasz się do tych murów, aż w końcu tylko między nimi określasz swój minimalny byt. Wiedział o tym Brooks, jeden z najstarszych więźniów legendarnego więzienia Shawshank. Tak bardzo przyzwyczaił się do tych murów i do wewnętrznego Panopticum, że potem na wolności „działał tylko na rozkazy”, aż któregoś dnia ze sobą skończył, nie mogąc znieść przerażającej wolności.
W więzieniu można dostać obłędu, pośród tych ścian, na których widnieją wyryte imiona i sentencje niewinnych poprzedników, do których kiedyś dołączysz. Człowiek wciąż zadaje sobie pytanie, co poszło nie tak. Byłeś głupi. Padłeś ofiarą okoliczności, czy w pełni zasłużyłeś? Poddajesz się użalaniu nad sobą i demonom przeszłości. Czujesz niesprawiedliwość? Nie ty jeden. Jesteś przecież niewinny! Adwokat cię wrobił, pewnie tak. Może naprawdę nic nie zrobiłeś. Tak jak bohater „Symetrii”. Po prostu znalazłeś się w złym miejscu i czasie. Czy to grzech, nie znać swojej zbrodni przed „Procesem”? Najwyraźniej tak Józefie K., skoro idziesz na dożywocie. Teraz pozostaje ci spędzić jakoś ten czas za kratkami. A te kratki? Jak siatki w nowym projekcie architektonicznym. Pozwalają ustalić nowe priorytety i cele, nakreślić nowe fundamenty. Nie musisz się śpieszyć. Po prostu codziennie doglądaj projektu. Szczęście, że Dantes spotyka księdza Farię, który staje się jego mentorem, nauczycielem, tym, który ukazuje mu całą sytuację w innym świetle. To się nazywa resocjalizacja.
I podobnie bohater „Skazanych na Shawshank”, bankier Andy Dufresne, musi przebyć długą drogę, by odnaleźć prawdziwy sens. A pomyśleć, że wiódł w miarę poukładane życie. Był bankierem, który bez problemu potrafił się odnaleźć w gąszczu przepisów podatkowych. Taki facet nie zginie. Spokojny, opanowany codziennie wypełniał jakieś druki, dokonywał transakcji na niemałe sumy. Cieszył się szacunkiem i renomą. Może ten chłód emocjonalny w zawodzie bankiera jest na wagę złota, ale w małżeństwie się nie sprawdza. Nawet nie można się porządnie pokłócić. Tylko cisza, obojętność, tajemnica. To największy grzech Andy’ ego. Piękna żona z gorącym temperamentem nie może znieść tej zimnej atmosfery i woli znaleźć sobie innego pocieszyciela. Andy o tym wie. Zatem został rogaczem. W końcu coś w nim pęka. Chyba pierwszy raz doświadcza takiego kryzysu. A więc jednak nie jest z kamienia. Za późno, by to pokazać żonie. Nie dając sobie rady z emocjami, upija się i przygotowuje rewolwer, by postraszyć kochanków, ale traf chce, że akurat w tym samym miejscu zjawia się jakiś zbir, który bez żadnych wyrzutów zabija kochanków i okrada ich. Jakby wyprzedził chore fantazję głównego bohatera. Reszta toczy się jak śniegowa kula.
Prokurator wściekłym tonem referuje wysokiemu sądowi i ławie przysięgłych poczynania podejrzanego o podwójne morderstwo Andy’ego, który chyba już wytrzeźwiał, gdy dostaje między oczy wyrok podwójnego dożywocia. Miał motyw! Zemścił się na żonie! A teraz nie potrafi nawet okazać skruchy, bo zupełnie nie ma pojęcia, jak to wszystko się stało. Podwójne morderstwo, dożywocie do potęgi w najstraszniejszym więzieniu. Jaki jest w tym sens?
Czy w życiu Andy’ego było za dużo konformizmu? Przeważało mieć a nie być? Może nie potrafił kochać swojej żony, nie potrafił jej tego okazać i za to stał się największym zbrodniarzem? Może w pewnym sensie zawsze był pijany swoją pychą, ambicją i nie widział nic poza tym. W więzieniu można z tego wszystkiego szybko wytrzeźwieć. Tu ma się sporo czasu na rozmyślania.
Kiedy Andy przybywa do więzienia, uważany jest za typowego lalusia w garniturze, mięczaka, który tak mocno przywykł do luksusów, że z pewnością nie wytrzyma psychicznie w takim ascetycznym miejscu jak Shawshank.
Red (Morgan Freeman), sympatyczny Irlandczyk, który w filmie rolę narratora i może już siebie nazywać weteranem więziennym, bez zastanowienia stawia zakład, że Andy sobie tu nie poradzi i prędzej czy później wyniosą go nogami do przodu. Jednak okazuje się, że Andy to człowiek-enigma. Potrafi przetrwać pierwszą noc w więzieniu i jak się okaże przetrwa znacznie więcej. Jego chłód emocjonalny doskonale go aklimatyzuje w tym okropnym miejscu. Z początku nie jest mu łatwo. Nie jest zbyt wygadany. Więźniowie uważają go za nadętego człowieka z wyższej klasy społecznej, który z zimną krwią zabił żonę i jej kochanka. Ciekawe, czy potem Morgan Freeman uznałby to morderstwo jako karę za cudzołóstwo w filmie „Siedem”? Brutalne morderstwo to zawsze jakiś status w więzieniu, ale trzeba się mieć wciąż na baczności, gdy „paczka ciot” atakuje. Mijają miesiące, Andy wciąż jest zamknięty w sobie, co jakiś czas dostaje ostre lanie od „przyjaciół” i pokornie pracuje w pralni. Acha! I w wolnych chwilach zgłębia za pomocą młotka genealogicznego, strukturę więziennej ściany, która jest dziwnie krucha. Zupełnie, jakby przebijał się do kolejnych warstw swojej podświadomości. Tim Robbins po przebyciu „Drabiny Jakubowej” wytrwale wykuwa tunel ku nowemu życiu.
I tak to idzie do czasu, gdy wreszcie Andy nie odważy się doradzić szefowi straży (który ma opinię sadysty-kata), jak uniknąć podatku od spadku po bracie. Przy okazji zyskuje parę piw dla kolegów, którzy pracują w upale na dachu więzienia. Od razu zyskuje „szacunek i renomę” wśród towarzyszy niedoli. A jego wyczyn inspiruje władze więzienia do wykorzystania jego potencjału. Wszak resocjalizacja na pierwszym miejscu! Czemu by Andy nie mógł być doradcą podatkowym w więzieniu i to za darmo. Niezły interes – pomyślał sobie sprytny naczelnik Norton (Bob Gunton, który zawsze wciela się w rolę nadętych służbistów). I tak Andy z pracy w pralni, awansował na piorącego brudne pieniądze naczelnika Nortona. To nie jest takie straszne. Jest nawet trochę lepiej. Andy cieszy się niewielkimi przywilejami, które umiejętnie wykorzystuje, rozbudowując więzienną bibliotekę. Niegdyś zamknięty w sobie bankier, teraz staje się społecznikiem, który pomaga współwięźniom przygotować się do matury. To daje mu siłę, że każdego dnia robi coś produktywnego. Wszystko płynie wręcz sielankowo, dopóki Andy nie dowiaduje się od pewnego więźnia, że to ktoś inny zabił jego żonę i jej kochanka. To zupełnie zmienia postać rzeczy. Starannie zbudowany świat w więziennej rzeczywistości rozbija się na kawałki. Odkryta niewinność stają się największą torturą dla bohatera.
„Skazani na Shawshank” to luźna adaptacja opowiadania pt. „Plakat Rity Hayworth” autorstwa Stephena Kinga. Rzeczywiście, plakat pięknej Rity w celi Andy’ego pełni niebagatelną rolę. Pozwala mu się przenieść w inny wymiar (nie tylko erotyczny). Jeszcze przed wydaniem tego utworu literackiego, na ekrany kin wszedł film „Ucieczka z Alcatraz” (1979r.), oparty na autentycznych wydarzeniach z 1962 roku. I właśnie Alcatraz jest równie mocną inspiracją dla „Skazanych…”
Zamiast cichego, sympatycznego Andyego mamy tu tajemniczego Franka Morrisa (Clint Eastwood) o posępnym obliczu Clinta Eastwooda, który swoją przenikliwą inteligencją już przeszywa na wylot mury tego więzienia Alcatraz, zarządzanego przez nadętego, wyniosłego naczelnika Wardena (Patrick McGohan). Jest tu też pewien starszy więzień, weteran, który troskliwie opiekuje się małym zwierzątkiem, tym razem myszką, podczas gdy Brooks z Shawshank opiekował się krukiem Jakem. Jest też niejaki Doc (Robert Blossom, czyli Marley z „Home Alone”), spokojny, wrażliwy facet, który próbuje zabić czas malowaniem. A gdy złośliwy naczelnik odbiera mu nawet przywilej tworzenia obrazów, zdesperowany więzień ucina sobie palce. Popełnił błąd, czyniąc malowanie sensem życia w tym strasznym miejscu. Może prawie wymalował sobie wolność? A tu taki policzek w twarz. Tak już jest w Alcatraz, gdzie masz sporo czasu i narzędzi, aby doskonalić swój talent. I nawet jeśli uda ci się przez chwilę poczuć spełnienie w realizacji pasji, złośliwy naczelnik musi ci przypomnieć, że ponad tym wszystkim jest on i więzienne mury. Nie jesteś w sanatorium, tylko odbywasz karę.
Ale ci najbardziej wytrwali się nie załamują i wciąż po godzinach opracowują plan ucieczki. Jest dłubanie w murze, jest praca w stolarni i w bibliotece. Potem Clint Eastwood vel Morris pokieruje Timem Robbinsem w „Rzece tajemnic” a sam Frank Morris okryje się morzem tajemnicy, nie zostawiając po sobie śladu.
Andy Dufresne również dopełnia swojej legendy efektowną ucieczką. Wymierza sprawiedliwość zakłamanemu Nortonowi, który chętnie cytuje Pismo Święte, jak i pierze brudne pieniądze. A po wszystkim Andy rusza po nowe życie, jakże inne od tego luksusowego, które wiódł na początku, proste i skromne w miejscu, w którym można wreszcie zapomnieć o bolesnej przeszłości, rozkoszować się błękitem nieba i oceanu i patrzeć, jak fale zmywają ślady na piasku.
Komentarze
Prześlij komentarz