ZA ŚCIANĄ

 


Krzysztof Zanussi nawet jak zrobi piętnastominutowy film, można się nad nim rozwodzić całymi godzinami. Niezwykła prostota, surowość, oszczędne scenografie i kreacje, otwierające wyobraźnię odbiorcy na wiele różnych kwestii. Nie inaczej jest z tym filmem, który liczy sobie pięćdziesiąt sześć minut seansu i już pięćdziesiąt dwa lata. Zanussi w formie, jeszcze przed swoimi wielkimi filmami, ale już w obsadzie możemy zobaczyć znajome twarze aktorów, którzy będą w twórczości tego reżysera często odgrywali ważne role. Oczywiście Zbigniew Zapasiewicz, Maja Komorowska czy drugoplanowy Piotr Garlicki, który za parę lat spotka się z Zapasiewiczem, by podyskutować o barwach ochronnych konformizmu i idealizmu. W tym filmie „Za ścianą” również gra on ucznia, asystenta chłodnego docenta Jana (Zapasiewicza), który tym razem nie zgłębia lingwistyki, tylko zachowania szczurów. Sam trochę żyje, jak szczur w klatce, w małym mieszkaniu-szufladzie wielkiego blokowiska, rozwiązując abstrakcyjne, naukowe problemy. Ma już jakąś pozycję w instytucie, choć nadal musi wyręczać swego przełożonego profesora w niewdzięcznej robocie oprowadzania francuskiej delegacji po instytucie czy delikatnej odmowy przyjęcia do pracy pewnej nadwrażliwej pani, z którą jeszcze będzie miał okazję się skonfrontować. Powoli rozwija skrzydła, by robić coś własnego i pielęgnować swój samotniczy konformizm. Nawet nie zdaje sobie sprawy, że gdzieś tam za ścianą, w innej części bloku mieszka kobieta, która już sporo o nim wie przez uważne obserwacje. Anna Romanek, grana przez Maję Komorowską to niespełniona naukowiec, która jakoś nie może sobie znaleźć miejsca. Któż mógłby zagrać lepiej taką niepewną siebie, rozedrganą, zahukaną kobietę, jeśli nie Maja Komorowska. Jej cichy, nieco załamujący się głos, jej błędne, zagubione spojrzenie i wstydliwy uśmiech, takie lelum polelum. Wszystko to sprawia, że Anna Romanek budzi raczej litość niż podziw. Właśnie litość i współczucie przychodzą do głowy docentowi Janowi, który został postawiony w dość niezręcznej sytuacji. To właśnie Annie Romanek, swojej dalekiej sąsiadce musi on oznajmić, że nie ma dla niej miejsca w instytucie. Roztrzęsiona Romanek sprawia wrażenie, jakby zawsze otrzymywała takie smutne wiadomości. Jakby zawsze była przegraną. Jakże jej delikatna postać kontrastuje z twardą, stoicką osobą docenta Jana, który jakoś się ustawił w życiu. Jan czując się trochę winny, z litości przyjmuje zaproszenie Anny, by zobaczyć jej artykuły naukowe, które jak twierdzi kobieta napisała od początku do końca sama, wykonując przy tym niewdzięczną pracę dokumentacji, a pozostali naukowcy, wyżsi rangą podpisali się również pod jej pracą. Jan znając ciemną stronę uczelni, może jest gotów w to uwierzyć, ale to raczej nie zmieni decyzji władz instytutu. Anna coraz bardziej podkreśla, jak bardzo zazdrości Janowi tego spokoju i pracy. Ona wciąż się szarpie na prawo i lewo, marnując przy tym mnóstwo energii. Może warto było spróbować gdzie indziej. Nauka w instytucie nie jest pasjonująca, jakby się mogło wydawać. Jan wytrząsa ze swoich dziurawych kieszeni empatii jakieś oczywiste rady-slogany, wypełniające tą jałową rozmowę. Z kolei zdesperowana sąsiadka znajduje kolejne powody, by jej gość został jeszcze odrobinę dłużej. Anna wydaje się być tak zmęczona swoją samotnością, że wręcz zalewa gościa potokiem słów i myśli, skacząc z tematu na temat: od nauki po muzykę i malarstwo. Dla Jana to tylko forma grzeczności, by jakoś wytrzymać towarzystwo nachalnej sąsiadki, a potem w spokoju udać się do swojego mieszkania.

Wszystko się jednak zmienia, gdy następnego dnia Jan zauważa na balkonie Anny sanitariusza pogotowia. Co się mogło stać? Może trzeba sprawdzić? Chyba pierwszy raz, Jan zamknięty dotąd w swoim bezpiecznym konformizmie, zaczyna się interesować innymi ludźmi, zaczyna się o nich troszczyć. Może jednak coś poczuł do tej zagubionej kobiety, która najprawdopodobniej tak boleśnie zniosła odrzucenie instytutu, że postanowiła się targnąć na własne życie. Ambitna do bólu. Co za desperacja. Czy ona żyje? Czy ona kiedykolwiek naprawdę żyła? Odetchnęła pełnią życia? Może cały czas próbowała się przebić ze swoją ciapowatością o dwa schodki wyżej, ale wciąż upadała. Już następnego dnia Jan z niepokojem wygląda przez okno i oddycha spokojnie, gdy zauważa uśmiechniętą Annę, do której słońce również zdaje się uśmiechać specjalnie. Wszystko w porządku. Jakoś lżej na sercu. A co dalej? Może to początek, jakiegoś głębszego zainteresowania inną osobą i zmiana swojego życia. Na jaki trzeba się wznieść wysiłek, aby przebić się przez ścianę do drugiej osoby? I czy potem będzie równie lżej czy już zawsze trzeba będzie na siłę podtrzymywać tą kłopotliwą relację?

 

 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH