BARWY OCHRONNE. ZANUSSI PRZYGLĄDA SIĘ LUDZKIM ZWIERZĘTOM
BYĆ JAK MORALNY KAMELEON
A teraz będzie baśń o motylu, który żył ideałami czystej nauki. Przysiadł on na trzcinie myślącej, wpatrzony w jasne niebo, jego skrzydła mieniły się pięknymi barwami dumnego doktoranta, który chce latać coraz wyżej i wyżej. Tyle pięknych teorii jeszcze jest do sformułowania. Uważaj… Ikarze! I nawet nie zauważył, że coś w trawie szeleści. Szeleściło coraz głośniej i głośniej. Czy to sumienie, czy jakiś głos wewnętrzny? Jakaż szkoda, że motyl nie jest kameleonem. Jakiś inny gad czai się już na niego. Szelest. Wątpliwość. I coś się skruszyło. Co? Charakter? Ideały? Tak w wielkim skrócie można by opisać ten niezwykły film Zanussiego.
Rzecz o środowisku akademickim, (tu w filmie humanistycznym) które bynajmniej nie jest jakimś zakonem świętych dążących wspólnie do wielkiej prawdy. To tylko propaganda, piękne słówka używane podczas inauguracji roku akademickiego. Kto był ten wie, a kto będzie się dowie. Oczywiście jest to zawsze jakaś przygoda intelektualna, choć więcej tu powtarzania poglądów starych mistrzów niż szukania nowych idei. No i jeszcze trzeba cały czas myśleć, skąd pozyskać nowe granty na jakieś tam ambitne badania.
Z kolei w naukach ścisłych, a przede wszystkim na politechnice czy medycynie już można bardziej przysłużyć się człowiekowi, myśląc o jakimś ciekawym wynalazku w stylu programu do komunikacji (tak jak to zrobił Intel dla Hawkinga), czy prowadzić „kultowe” badania nad rakiem. Cel tych wszystkich przedsięwzięć jest już bardziej konkretny i czemuś służy. Ale i tu i tam zawsze panuje jakaś rywalizacja, zazdrość, wyścig idei, oryginalnych pomysłów. Kto się sprawdzi, kto będzie miał etat na uczelni, kto opublikuje przełomowe dzieło? Tyle, że u inżynierów może być to jakiś przełom w technologiach pomagających ludziom. A u humanistów? Może jakaś przestroga przed konsumpcjonizmem itd. Im bardziej obrazoburcza idea, tym sławniejszy uczony. Zupełnie jak w sztuce. Żadnych konkretnych odpowiedzi, tylko więcej wątpliwości i rozstroju nerwowego. Można ziewnąć i przyjąć postawę znudzonego Heraklita.
To odwołanie do filozofa widocznego w obrazie Santiego „Szkoła Platońska” nie jest tu tylko ozdobnikiem. Rozejrzyjmy się po plenerach filmowych. Jesteśmy na obozie akademickim. Dookoła zieleń, śpiew ptaków i klasyczne pałacyki, trochę nawiązujące do antycznych budowli. Już mamy prawie całą scenografię z obrazu. Jakieś posągi, kolumny, balkony, ozdobne balustrady. Jest prawie wakacyjna atmosfera. Na wpół rozebrani studenci, docenci, profesorowie zwyczajni i niezwyczajni przechadzają się po alejkach i dyskutują sobie na… różne tematy. I gdyby jeszcze tylko problemy naukowe frasowały ich inteligentne oblicza. Nie, jednak coś się zmieniło w tej dziwnej strukturze akademickiej. Gdzieś między te abstrakcyjne wywody na temat języka, semantyki, syntaktyki wkradają się konwenanse, uprzedzenia i polityka samej uczelni, którą tu reprezentuje osoba potężnego pana rektora.
Skoro już jesteśmy przy tych językoznawczych kalamburach, to zwróćmy uwagę na nazwiska głównych bohaterów: magister Kruszewski, czyli ten, który się kruszy. Kruszy się charakter młodego idealisty w sofistycznych pojedynkach z docentem Szelestowskim, który szeleści w trawie i niepokoi.
Z jednej strony młody Piotr Garlicki, czyli późniejszy doktor Tretter z „Na dobre i na złe”, a z drugiej Zbigniew Zapasiewicz, który jak zwykle doskonale czuje się w intelektualnych zapasach. Ulubiony aktor Zanussiego. Idealny w roli cyników, ironistów, mentorów, którzy każdego idealistę nawrócą na sceptycyzm. Jak w jego ustach wspaniale brzmi lektura „Cesarza”, że nie wiadomo już czy płakać czy się śmiać z tego ironicznego tonu. To on przecież grał Piłata w ekranizacji „Mistrza i Małgorzaty”, postać jakże niejednoznaczną, będącą na krawędzi, która wciąż wypytuje tego idealistę o imieniu Jeszua o jego motywacje.
W „Barwach ochronnych” z kolei panuje nad chłodną mową ciała: tu obniży głos, tu spojrzy w bok, zakryje twarz kosmetyczką i na koniec coś burknie. Szczery do bólu konformista. Sprawia wrażenie, jakby w ogóle nie wkładał wysiłku w swoje wywody i bez problemu zyskuje przewagę nad swoim rozmówcą. Ciekawostką jest, że Garlicki i Zapasiewicz spotkali się pięć lat wcześniej, w 1971 roku na planie filmu „Za ścianą”, gdzie Zapasiewicz grał również docenta na uczelni, którego podwładnym w laboratorium był właśnie Piotr Garlicki.
Tuż za Garlickim i Zapasiewiczem, zobaczymy Mariusza Dmochowskiego w roli potężnego pana prorektora, Magdalenę Zawadzką (kapryśną damulkę, żonę prorektora), Hannę Bieluszko jako pyskatą studentkę o nonkonformistycznym podejściu, Mieczysława Hryniewicza, Christine Paul-Podolsky (znana z kultowego „Misia”) w roli studentki z Anglii, która dziwi się tej całej polskiej mentalności, Mariana Glinkę, Piotr Pręgowskiego, a nawet Ilonę Łebkowską, która po „Barwach ochronnych” przywdzieje „Barwy szczęścia”.
W jednej ze scen docent Szelestowski ze śmiechem wyciąga z klatki węża i pokazuje zdumionemu towarzystwu. Czasem mam wrażenie, że to doskonała metafora. Że oto Szlestowski jest niczym wąż, który wkrada się do akademickiego raju i kusi Kruszewskiego. Za sprawą węża, który sieje wątpliwości w umyśle młodego człowieka nic już nie jest takie samo. Nic nie jest oczywiste. Dosłowność zmienia się w metaforę, pewność w niekończące się dysputy filozoficzne między cynikiem a idealistą. Kończy się raj. Zaczyna piekło niedopowiedzeń. Piekło metafizyki! To diabelskie kuszenie zobaczymy potem w „Adwokacie diabła” czy w „Wall Street”.
Podczas gdy w tle trwają referaty na temat abstrakcyjnych pojęć językowych, chyba wszyscy zapominają o najbardziej uniwersalnym języku, jakim jest natura. Od niej dopiero można się nauczyć odmiany przez wszystkie przypadki swej egzystencji. Znudzony docent Szelestowski, który jest opiekunem całego obozu zupełnie nie słucha wystąpień uczestników, tylko podpatruje ryby w akwarium a potem znowuż ptaki na niebie. Kukułka kuka i podrzuca jaja do cudzych gniazd. Czyżby ktoś chciał komuś tu podłożyć świnię? Folwark zwierzęcy – folwark akademicki. Uczmy się od natury! Ale to można rozumieć dwojako, bo natura choć jest piękna, to jest też okrutna. Na przykład bezkompromisowi studenci, trochę jak naiwne dzieci kąpią się nago, nudyści. Aż Szlestowski ich przyłapuje i każe natychmiast zaprzestać tej (jego zdaniem) gorszącej sceny, każe im się natychmiast ubrać, przyodziać symboliczne szaty dyskursu, zerwać z naturalnością, naiwnością, czystością. Oto Szelestowski jakO przykładny nauczyciel wygania tych młodych ludzi z ich raju, bo prędzej czy później będą musieli oni ubrać jakieś konkretne maski, przywdziać jakieś barwy, by przeżyć.
Nudne, przesycone konwencją akademickie referaty z rzutnikami i tablicami ustępują miejsca tej żywej platońskiej uczelni, jaką reprezentują ludzie i ich ideały. Jesteś na uczelni, aby przede wszystkim zrozumieć, dokąd ty sam zmierzasz ze swoim światopoglądem. Jak chcesz się tego dowiedzieć? Tylko przez dialog z mistrzem. Szelestowski i Kruszewski spacerują spokojnie alejkami, między drzewami, to siadają, to znów idą, wymieniając swoje argumenty. Wiatr wieje, słońce świeci, ukazując coraz to nowe aspekty kanciastego życia. Patrząc na „Barwy ochronne”, można dojść do wniosku, że to właściwie antyfilm, bo ukazuje on przede wszystkim nudne dyskusje na temat moralności, rezygnując z akcji. „Zanussi zanudzi!” – jak drwił Kałużyński. Chociaż w porównaniu z „Iluminacją”, „Barwy ochronne” to nad wyraz zgrabny i intrygujący film. Jest coś fascynującego w tych spokojnie rozgrywanych dysputach, jakbyśmy oglądali turniej szachistów lub ping ponga.
Jeden bohater próbuje zrozumieć drugiego. Szelestowski to już weteran i konformista. Dawno wyleczył się z takich idealistycznych poglądów, jakie reprezentuje jego młodszy kolega, magister Kruszewski, wchodzący dopiero w akademicką strukturę. I to jeszcze pod same skrzydła pana rektora, który ma być jego promotorem. Fajnie by było. Mieć takie plecy. Jednak zdaniem Szelestowskiego rektor to niezły drań, który wszystkie swoje wysokie stanowiska zawdzięcza układom. Nawet jego praca habilitacyjna to plagiat. Z rektorem lepiej nie zadzierać.
Kruszewski ma coraz większy orzech do zgryzienia, bo przyjął na konferencję i konkurs pracę Konrada Raczka, pochodzącą z ośrodka naukowego Toruń, a ten ośrodek (jak wiadomo w pewnych kręgach) nie cieszy się poważaniem u rektora. Szelestowski tylko uśmiecha się pod nosem i patrzy jak Kruszewski jest coraz bardziej zestresowany. Czeka na dalszy bieg wypadków.
Gdy rektor przyjeżdża, wszyscy wstrzymują oddech, pojawia się ta sztuczna uprzejmość. „To pan rektor przywiózł taką piękną pogodę?”, „może Pan rektor się popływa w basenie”. Te rozmowy elity o wyjazdach na wczasy, te nudne gadki o wszystkim i niczym. Pan rektor żartuje, uśmiecha się. Sympatyczny facet. A jednak jego kolega z dawnych lat, czyli Szelestowski ma o nim inne zdanie. A może to tylko gra starszego kolegi, który lubi sobie poplotkować o elicie akademickiej? A może w tych pomówieniach jest jakieś źdźbło prawdy. Komu wierzyć i komu iść na rękę? To jak pytanie w stylu „Jak żyć?”. Od tego zależy przyszłość młodego naukowca. Atmosfera gęstnieje.
Balon pęka w momencie, gdy podczas ogłoszenia werdyktu zwycięskich prac, jeden z laureatów, nieszczęsny student z ośrodka w Toruniu, Konrad pod wpływem alkoholu gryzie rektora w ucho. Oto prawdziwy dzikus, zwierzę łamiące sztywną konwencję. Swoim dzikim temperamentem pokazuje on nadętemu panu rektorowi, gdzie jego miejsce. Oczywiście jest to tylko triumf moralny, bo rektor i tak ma władzę i szybko decyduje, by jak najszybciej takiego dzikusa usunąć z obozu. Kruszewski czuje, że mocno podpadł rektorowi, włączając pracę tego nieobliczalnego chłopaka do konkursu, bo uniósł się empatią. Podczas gdy Szelestowski radził mu raczej odrzucać sentymenty i kierować się twardymi przepisami i polityką uczelni.
W jednej ze scen Konrad Raczek znajduje martwego ptaka przy kocie, który akurat wbiegł na stołówkę ze swoim „skrzydlatym obiadem”. Raczek nie krępując się, pokazuje wszystkim zdumionym tego ptaka, który zdaje się być zapowiedzią jego zwichniętej kariery naukowej. Oto spadł ptak! Ikar, bo oto zbyt wysoko mierzył. Jeden idealista zbiera martwe ptaki swoich ambicji, a spokojny Jakub Szelestowski inteligentnie obserwuje ptaki na niebie i sam wyciąga węże z klatki. Ostatnim takim wężem, wątpliwością, asem, który Szelestowski wyciąga ze swej talii, by „nawrócić” Kruszewskiego na bardziej trzeźwy osąd otoczenia jest ukazanie sceny erotycznej – wszak to też podpatrywanie natury. Tyle, że Kruszewski w tej scenie nad jeziorem o zmierzchu ma zobaczyć swoją sympatię, angielkę (Christine Paul-Podolsky), która przyjechała na wymianę do Polski. To ona właśnie zauważyła w rozmowie z Kruszewskim, jak bardzo on i to całe środowisko akademickie jest skomplikowane, dziwne, pełne uprzedzeń, absurdalne (ta scena z napełnianiem basenu na próżno, jakby każdy nabierał wody w usta przed wizytą rektora), jak bardzo się zmienia, gdy tylko przybył tu rektor. Dziewczyna z innego kraju tego nie rozumie i ma już dość tego. Pragnie spontaniczności i naturalności.
No i jak widać jest dość kochliwa, gdy jednemu mężczyźnie w słodkich rozmowach robi nadzieję na coś więcej, a drugiemu oddaje się bez reszty nad jeziorem. Wreszcie chyba coś dociera do Kruszewskiego, który już mocno pokruszył się na tym obozie. Decydującym momentem w jego przemianie jednak jest bójka z Szelestowskim, który bynajmniej nie ma pretensji o to, że za swój niewyparzony język dostał po gębie – ważne że coś udowodnił swojemu uczniowi, a sam też przyznał, że „może lepiej by było gdybym się nie urodził”. Bardzo oczyszczająca scena, tuż nad jeziorem niczym chrzest bojowy.
Szelestowski ukazał magistrowi inne życie, a ze spokojnego Kruszewskiego wylazło wreszcie zwierzę. Wreszcie stał się jakiś, szalony, jak chociażby jego młodszy kolega, Konrad Raczek. Wreszcie doznał Iluminacji. Zatem idea uniwersytetu jest wciąż żywa. Czyż nie? Nie tylko ważne są przedmioty z planu zajęć, gramatyki, odmiany, teorie. Ważna jest też praktyka, środowisko, obserwacja, czytanie między wierszami ludzkich reakcji. Stan uniwersytetu to czułość na te wszystkie aspekty. „W końcu drogi kolego jesteśmy humanistami… z zawodu”. I to na człowieku się skupiają
Tu jeszcze warto zauważyć, że właśnie bohaterowie grani przez Zapasiewicza, czy to w „Barwach ochronnych” czy w „Suplemencie” i wreszcie w „Rewizycie”, bohaterowie odstręczający w swoim cynizmie są paradoksalnie najskuteczniejszymi nauczycielami dla młodych, zagubionych ludzi.
Znów wróćmy do tropu „Mistrz i Małgorzaty” i do słynnego motta z „Fausta”: „Ja wiecznie zła pragnąc, wiecznie czynię dobro” (Dziś pewnie byłby to zgryźliwy Severus Snape). Taki oto bohater, który nie da się lubić, ale za to jest szczery i daje szansę młodym ludziom na nowe życie. Bo nauczyciel nie ma głaskać, nauczyciel ma zderzyć ucznia z rzeczywistością: tym co dzieje się w naturze i tym, co odbija się w relacjach międzyludzkich. Jeśli mu się uda. Osiągnie sukces pedagogiczny. Tak, zirytowany Kruszewski, ucieka znad jeziora i od razu wchodzi w gówno.
Jakże wymowna scena. Wreszcie, idealista, ten motyl chcący wznieść się na wyżyny nauki wpada w gówno, od którego zawsze uciekał. Bo prędzej czy później pobrudzisz sobie rączki i pójdziesz na kompromis ze swoimi wartościami, jak przyznaje kierownik w innym filmie Zanussiego „Constans”.
Wreszcie Kruszewski musi przyznać, że też się upaćkał i wcale nie jest lepszy od innych. Edukacja skończona. Czas schować sumienie i rozpocząć karierę. Podczas gdy w tle niech rozbrzmiewa sobie polifonia sztucznych dyskusji intelektualnych i referatów na temat składni, gramatyki, kapryśnych przecinków, myślników zadumy i znaków zapytania, spiral wątpliwości.
A po latach? Gdzie ci dwaj uczeni zawędrowali, wiodąc swoje dysputy na ścieżce filozoficznej? Zanussi w telewizyjnym filmie „Rewizyta” ukazał dalsze dzieje między innymi docenta Szelestowskiego. Otóż proszę sobie wyobrazić, że cynik bynajmniej nie zaszedł na jakąś ciemną stronę. Baa, on chyba nigdy nie był negatywną postacią. Na tle tych wszystkich studentów, którzy umieją tylko protestować, od początku do końca działał świadomie (z wygody). Potem jednak nastąpił zwrot w życiu pana docenta, który przeszedł do opozycji, siedział w więzieniu, a dziś jest na emeryturze. Uśmiecha się pewnie pod nosem jak ten cynizm, nieufność zaprowadziły go na dobrą stronę. To przetasowanie w życiowej biografii powtarza się także u doktora Tomasza Berga z filmu „Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową”. Niby cynik a jednak człowiek, który potrafi pomóc innemu człowiekowi i to bardzo skutecznie, oszczędzając przy tym czułych słówek.
Z kolei nasz pan magister Kruszewski, który początkowo czarował tymi złotymi słówkami, szlachetnymi mowami, odwoływał się do zasad, zrobił karierę, wyjechał do Australii i rozmył się w swoich ideałach. Tak jak był nijaki, tak pozostał w swoim bezpiecznym porcie oportunisty.
Słodko gorzkie – jak to u Zanussiego.
Komentarze
Prześlij komentarz