LEKCJA PRZETRWANIA
THE EDGE – LEKCJA PRZETRWANIA
Zdrajca i zdradzony
Zagubieni w dziczy
Swoich instynktów
Śniący o domu
O ciepłych ramionach
Zdrajca myśli o kochance
Zdradzony o swojej żonie
To jedna i ta sama kobieta
Która wyznaczyła im czas
W zimnej Alasce
Zziębnięci wychodzą z jeziora
Jak nowonarodzeni
Ochrzczeni przez dziką naturę
Spadli z nieba jak Ikary
A teraz próbują rozpalić ogień jak Prometeusze na obcej ziemi
Zdrajca wyciąga zapałki marki Monte Cristo
Czy to jakaś aluzja do zemsty?
Kto na kim?
Zdrajca czy zdradzony
Lubię wracać do tego filmu, zwłaszcza wtedy, gdy czuję, że bestia problemów ściga mnie w ciemnym lesie. „Znajdę drogę. Zabiję niedźwiedzia, zabiję tego skur…”
„The Edge” wpisuje się w nurt kina survivalowego, ukazującym walkę człowieka z bezwzględną naturą, najczęściej wyrażoną w postaci jakiejś okropnej bestii jak niedźwiedź grizzly czy rekin ludojad. Wszystko oczywiście zmierza do epickiego finału, gdzie Dawid musi stoczyć pojedynek z Goliatem, podczas gdy nam — widzom skręcają się kiszki. Wszystko dlatego, że w chwili ostatecznego starcia następuje preludium nienawiści wobec przeciwnika. Wobec zwierzęcia opanowany dotąd ludzki bohater zachowuje się jak zwierzę bez skrupułów, ulega instynktowi, krzyczy, sapie, pokazuje zęby jak Nicholson w „Lśnieniu”, a w oczach odbija się jakieś dziwne szaleństwo, obłęd zabijania. Nasz ludzki bohater już przekroczył granicę, w której nie ma sentymentów i dylematów. Przecież nie zabija on człowieka a bestię. Ale co ciekawe w tym pojedynku sama bestia, potwór, rekin, niedźwiedź, czy jakieś inne zwierzę jest ukazane trochę tak, jakby było kimś więcej niż „tylko” drapieżnikiem, jakby znało myśli ludzkiego bohatera, jakby było złośliwą siłą, zimną, nieprzejednaną, jakimś demonem, tyranem natury, którego arogancki człowiek chce strącić z tronu, by znów udowodnić, że to cywilizacja jest potęgą.[Z1] Czy tym razem się uda?
Widzieliśmy już „Szczęki” rekinów, dzioby ptaków, mrówki, roje pszczół, inwazje kosmitów („Znaki”), lwie paszcze („Duch i mrok”) i wilcze hordy („Przetrwanie”). Z jednej strony morze, z drugiej gorąca pustynia. Tam Afryka, tu Alaska, ta druga równie popularna jako scenografia do wielu filmów, czy seriali. Przerażająca, zimna przyroda, która niejednego bohatera poddała próbie jak choćby doktora Fleishmanna, mentalnego nowojorczyka, który bardziej kochał szczyty wieżowców niż górskie masywy. Jemu przynajmniej udało się uciec. Chris McCandles nie miał tyle szczęścia. Urzeczony alaskańską przyrodą, w której chciał przeżyć literacką przygodę, sam uciekł z wielkiego miasta do tej głuszy, by tu zakończyć żywot we wraku autobusu.
Tymczasem mamy rok 1997, czas, gdy jeszcze Bear Grylls nie dzielił się swoimi radami na temat sztuki survivalu. Zanim jednak wyjaśnimy w tym filmie „kto, co i dlaczego?”, na początek tej wyprawy dwa pytania, które przyroda będzie zadawała nieustannie aroganckiemu człowiekowi. Quest…ion, od których wszystko się zaczyna. „Dlaczego królik pali fajkę? Bo jest spokojny i sprytniejszy od pantery”. „Dlaczego ludzie umierają w puszczy? Bo nie myślą logicznie. Dopuszczają do siebie za dużo emocji. Odczuwają wstyd, popełniają coraz większe błędy, aż w końcu dają za wygraną”.
Gdyby Robinson Crusoe dał się ponieść emocjom w swojej samotni, pewnie umarłby z żalu. A jednak mimo ciężkich momentów, zawsze w porę odnajdywał powód, by dalej two-rzyć swój mały świat na bezludnej wyspie. Ufał rozumowi, jak nakazywała ówczesna epoka oświecenia. Nieustannie szukał rozwiązania nurtującego go problemu. Żeby przetrwać, musisz cały czas myśleć jak McGyver i Bear Grylls. Nasi trzej bohaterowie będą musieli się zjednoczyć, by myśleć o swoim wspólnym przetrwaniu.
Oglądając „The Edge” ma się jednak wrażenie, że nie patrzy się na kilku bohaterów osobno, ale na jednego: zbiorowego bohatera, który musi stawić czoła dzikiej naturze. Ona jest niczym ostrze, tytułowa krawędź, po której niepewnie kroczy nasz zbiorowy bohater, nieustannie się potykając i nacinając. Te krawędzie i ostrza witają nas już na początku filmu, gdy kamera ukazuje skrzydła samolotu. Dwa skrzydła przymocowane do kadłuba, zapewniające równowagę, dwa ostre skrzydła, które potem będą symbolizowały dwóch bohaterów, próbujących razem przetrwać. Potem ostra krawędź noża, która pomaga w porę przeciąć więzy, uratować, ale i zranić. Nasz ludzki, zbiorowy bohater będzie co chwila się nacinał, poróżniał i jednoczył, ślizgając się na tytułowej krawędzi wytrzymałości. Zatem z kim tu będziemy mieli do czynienia?
Pierwszy z bohaterów to podstarzały miliarder Charles Morse. Towarzyszy on swojej żonie – modelce (Elle McPherson) i całej ekipie pewnego magazynu o modzie w podróży na Alaskę. Oto mieszczuchy, zmęczone widokiem wysokich budynków, wpadły na pomysł, by zrobić sesję fotograficzną na tle alaskańskiej przyrody. Czego to człowiek nie wymyśli, by jakoś wydać pieniądze? W tym filmie Alaskę zagrały tu kanadyjskie plenery (Banf National Park, Canmore).
Charles jako najstarszy pośród tego młodego i jowialnego towarzystwa fotografów, makijażystów, stylistów i modeli czuje się trochę jak piąte koło u wozu. Milczący, znudzony, sztywny, nie włącza się w rozmowy, tylko z nudów przegląda poradnik przetrwania w dziczy, szkoda, że nie ma poradnika, jak przetrwać w towarzystwie tych ludzi. Poradnik ten dostał od swojej sekretarki na urodziny, o których chyba tylko ona pamiętała, bo jak na razie roześmiane towarzystwo na czele z żoną Charlesa nie kwapi się, by złożyć życzenia staruszkowi. Trudno, zapomnieli. Może nie chcą przypominać o upływającym czasie. Najważniejsze to nie okazywać zawstydzenia. Dobrze, że jest książka, by na chwilę się oderwać od zakłopotania.
Widok Charlesa nad książką to typowy obrazek. Morse to chodząca encyklopedia. Nie dość że miliarder, to jeszcze bogaty wewnętrznie, posiadacz wielkiej wiedzy, której nikt go nie pozbawi. Ale może to nałogowe zaglądanie do książki to także sposób na samotność, gdy człowiek nie wie, co ze sobą zrobić, otwiera pierwszą lepszą książkę i stara się zakryć zażenowanie własną samotnością, swoją melancholię. Może to nie jego świat, ale jego piękna żona, Mickey należy do tego świata… aż za bardzo. Charles ma pewne podejrzenia, że fotograf, portrecista jej wdzięków, Robert Green (Alec Baldwin) z nią romansuje. To w sumie nic dziwnego. Są z tej samej branży. On ma uchwycić jej piękno, zebrać jej uroczą powierzchowność na kliszy i dopełnić jej osobowość, bijącą z każdej pozy, ona ma mu zaufać i pozować odważnie przed wielkim okiem jego obiektywu (cokolwiek by to znaczyło). W tle zanućmy sobie Varius Manx „Kiedy mnie malujesz”.
Analizując rolę Hopkinsa, czyli postać Charlesa Morse’a nie można pozbyć się uczucia dziwnego deja vu. Spoglądamy w gwiazdy i szukam znajomych konstelacji. No jasne. Charles to jakby połączenie roli C. S. Lewisa z „Cienistej doliny” oraz Williama Parrisha, milionera i bibliofila z „Joe Blacka”, filmu, który wejdzie na ekrany kin rok później po „The Edge”. Nasz bohater będzie przechodził przez cieniste doliny Alaski ze śmiercią na ramieniu, wertując w pamięci przydatne wskazówki z książek, których naczytał się aż za wiele. A może Charles jest już zmęczony swoim bogactwem, które jest dla niego balastem. Ciągle się musi martwić, czy czegoś nie straci i czy aby jego przyjaciel nie chce mu wbić sztyletu w plecy. Już w pierwszej scenie w porcie lotniczym nie jest pewien, czy mechanik mówi o jego żonie czy o samolocie? Potem gdy gospodarz chaty wspomina o dochodowym interesie – Charles znów czuje się osaczony, że każdy czegoś od niego chce. Chce wykraść jego życie, którym on nie potrafi się już cieszyć tak po prostu.
Tylko pomyślmy: facet ma dużo pieniędzy i do tego jeszcze najpiękniejszą żonę, modelkę, której pożądają inni faceci. Na dłuższą metę to jest nie do zniesienia. Ale spokojnie Charles, za niedługo odbędziesz niezwykłą, oczyszczającą wyprawę życia. Nagle te wszystkie bogactwa, niepokoje, wątpliwości, lęki przestaną mieć znaczenie, gdy na twoim kompasie pojawi się tylko pragnienie przetrwania. Wtedy dopiero się pozbierasz, by zadać ostateczny cios bestii, która przez całe twoje życie podgryzała ci świat.
Z balastem bogactwa nie ma za to problemu fotograf, Robert. To zupełne przeciwieństwo cichego Charlesa. Jest bardziej otwarty, towarzyski, roześmiany, momentami ironiczny i zgryźliwy. On bardziej poddaje się różnym humorom od ekscytacji po frustrację – jak przystało na prawdziwego artystę, podczas gdy Charles zdaje się być ostoją spokoju w każdej sytuacji. Charles to, Charles tamto.
Na miejscu naszych gości z wielkiego miasta wita tajemniczy gospodarz, Styles, z blizną na twarzy, która mogła być pamiątką po spotkaniu z niedźwiedziem. Styles to typ starego drwala, prawdziwego mężczyzny, który niejedną bestię już zabił i już wielu różnych ludzi gościł w swoim gospodarstwie. Nic go nie zaskoczy. Uśmiecha się zagadkowo Jest niczym zwiastun dla tej nowej przygody, która się tu rozegra za niespełna dzień.
Tego feralnego dnia jakoś nic nie idzie. Jeden z modeli ciężko choruje i nie jest w stanie pozować, co niestety zmusza ekipę do szukania zastępcy. Robert upiera się, by tym razem postawić na autentyczność. Jego uwagę przykuwa zdjęcie pewnego, indiańskiego myśliwego, który by się świetnie prezentował. Niestety jest (jak zwykle) gdzieś w dziczy na polowaniu. Ekipa się rozdziela, panie zostają w hotelu, a panowie wybierają się samolotem w poszukiwaniu myśliwego. Na pokładzie jest także Charles, aby nieco się „rozerwał”, jak przekonywała go żona. No i rzeczywiście można się rozerwać, gdy dochodzi do katastrofy lotniczej. Z czterech osób przeżywają trzy: Stephen, który trochę jest jak przerażone dziecko, stoicki Charles i impulsywny Robert.
Teraz oto zaczyna się ciekawy spektakl. Przemoczeni i zziębnięci wychodzą na brzeg jak w scenie z filmu „1492 Wyprawa do raju”, choć tu będzie to raczej alaskańskie piekło. Oczywiście pierwszą rzeczą, którą warto zrobić, by poczuć się jak człowiek cywilizowany, spadkobierca Prometeusza, to rozpalić ogień. Na szczęście są zapałki. Od razu lepiej, gdy ogień strzela. Teraz można przedyskutować obecną sytuację. Charles jako najstarszy ze wszystkich zyskuje autorytet i posłuch. Ze swoją siwizną na głowie jest niczym symboliczny ojciec, szczególnie dla zagubionego, niezdarnego Stephena, który ciągle panikuje i już przy pierwszej próbie wykonania włóczni na ryby rani się nożem. A skąd nóż? To prezent urodzinowy dla Charlesa od Roberta. Więc urodziny się odbyły? A tak. Wszyscy udawali na początku, że nie pamiętają o urodzinach staruszka, bo po co mu wypominać wiek, a jednak impreza się odbyła. Od swojej ukochanej żony Charles otrzymał zegarek kieszonkowy z dedykacją. Pikanterii dodaje fakt, że Robert również otrzymał wcześniej zegarek z dedykacją, piękną Omegę od swojej kochanki, czyli żony Charlesa. (Złotym zegarkiem zaś Alec Baldwin chwalił się na planie „Glengary Glen Ross”). Pod koniec filmu zobaczymy, jak dla obu panów wybije godzina prawdy.
Ale najciekawsze jest to, że Robert, rywal Charlesa, który nie odmawiał sobie dotąd flirtu z jego żoną, dał mu w prezencie nóż. Jakby wbił przed nim miecz i zapowiedział po cichu pojedynek, a może to przymierze krwi? Trzeba naciąć żyły i zmieszać własną krew z krwią rywala, by się do niego upodobnić? Obaj by wiele zyskali: Robert doświadczenie Charlesa, Charles witalność Roberta.
Na ostrzu noża spotyka się dwóch mężczyzn, którzy w tych ciężkich warunkach raz stanowią zgraną jedność, to znowu przecinają tą relację wzajemną podejrzliwością. Czy ten romans między żoną Charlesa a Robertem to tylko urojenia? Czy Charles wie coś więcej, czego nie chciał odkryć Robert. A może pozbyć się Charlesa? Jest starszy i słabszy. W tych warunkach to takie proste… rzekłbyś, że naturalne.
„Nawet, gdybym chciał cię zabić, nie mógłbym teraz, jesteś mi potrzebny idioto, bym wrócił do domu” – odpowiada mu w końcu Robert. Dosyć przekomarzania, mamy teraz innego, wspólnego wroga: dziką Alaskę i niedźwiedzia.
Gdy tak błądzą, by ustalić właściwy kierunek na podstawie kompasu zrobionego naprędce z listka i ze spinacza, emocje biorą górę. Ale wtedy rozważny Charles zaprowadza dyscyplinę „Mamy tu zginąć?! Możemy liczyć tylko na siebie”. I znów wracamy pamięcią do dawnych ról Hopkinsa, a mianowicie do „Buntu na Bounty”, gdzie wcielił się brawurowo w gburowatego Kapitana Williama Bligha, który nawet jako wygnaniec z okrętu, musiał dopełnić swego kapitańskiego obowiązku i doprowadzić bezpiecznie swoją załogę do domu. Gdy jeden z członków załogi się rozkleja i płacze nad swoim losem w małej łódce na środku wielkiego morza, Bligh każe mu się wziąć w garść i śpiewa marynarską pieśń, by tak odgonić pesymistyczne myśli niczym sępy krążące nad załogą.
Charles w swej postawie zaprzecza stereotypowemu wizerunkowi wydelikaconego milionera jako nadętego pyszałka w garniturze, który przechwala się swoimi dobrami luksusowymi. Milioner to człowiek myślący, rozumujący, nieustannie czytający księgi i znaki rzeczywistości, by widzieć nie tyle bogactwa, co możliwości (później Hopkins zagra Ptolemeusza uczącego Aleksandra Wielkiego), podczas gdy Robert odstawia nieustannie rolę zbuntowanego, obrażonego chłopaczka, któremu przeszkadza autorytet starszego i mądrzejszego.
W jednej ze scen, gdy tak wędrują po górach, Charles nagle wbiega na pagórek i spogląda na panoramę, która się rozciąga przed nim, co do złudzenia przypomina słynny obraz Caspara Davida Friedricha „Wędrowiec nad morzem mgły”. Teraz perspektywa się zmienia, gdy Charles dotąd zatopiony w książkach, musi odczytać właściwie naturę, a fotograf Robert obrazujący dotąd piękno modelek, musi umiejętnie skadrować piękną ale i niebezpieczną przyrodę. Romantyczne widoki, bezkresne pola, krystalicznie czyste potoki, lasy idealnie nadające się do medytacji. Autor zdjęć nie żałuje nam uczty dla oka, a kompozytor Jerry Goldsmith dopełnia atmosferę motywem z trąbką, klarnetem i obojem starając się podkreślić zmagania wędrowców, którzy po każdym przebytym metrze odczuwają nadzieję. A tu już delikatnie wibrują smyczki, podkreślając szczyty między mgłami. Po czym znów uderzają niskie trąby, tuby i kotły, jak potem u Howarda Shore’a we „Władcy pierścieni”, gdy Orkowie nadchodzą, tak tu niedźwiedź pojawia się między krzakami i bębny wybijają szamański rytm. Czas uciekać przed bestią. Goldsmith wie doskonale, co robi. Rok wcześniej swoją muzyką podkreślał pojedynek ludzi z lwami w filmie „Duch i mrok”.
I w tej opowieści musi nadejść mrok. Zanudzilibyśmy się, gdyby tak Robert, Stephen (Harold Perrineau Jr., późniejszy „Zagubiony”) i Charles spacerowali tylko po górach. Idą tak we trzech, jak Legolas, Aragorn i Gimli, a my rozkoszujemy się ciekawymi widokami Alaski. W końcu następuje mocne uderzenie. Natura wystawia swego głównego oponenta wobec człowieka: niedźwiedzia, który już od dłuższego czasu tropi trzech wędrowców. Gdy bestia wkracza do akcji, spacer po rezerwacie się kończy. Przestaje być ważne, jak się stąd wydostać, co zjeść, jaki wybudować szałas, najpierw trzeba uciec przed bestią, a najlepiej ją zabić. Oto mieszczuchy z wielkiego miasta muszą teraz przejść rytuał, jaki przechodzili młodzi Indianie, czy Masajowie, by stać się pełnoprawnymi członkami plemienia, mężczyznami.
Jak już wcześniej wspominałem, film ten odbieram jako zderzenie człowieka z naturą, która nieustannie go wyprowadza na ostrą krawędź. W trójce bohaterów przemierzających alaskańskie lasy, widzę jednego, zbiorowego bohatera o różnych twarzach i sposobach bycia, który ulega różnym wewnętrznym konfliktom. Jednak bezwzględna przyroda żąda od człowieka jednoznaczności. Wobec przyrody żadne pozory, maski, konflikty wewnętrzne nie przejdą. Im mniej tych wcieleń, innych bohaterów, tym lepiej. Innymi słowy bohater zbiorowy musi się zredukować, żeby przetrwać. Innymi słowy, nieuważny Stephen, który od początku miał pod górę, gdy prawie nie utonął, złapał kolkę, no i wreszcie gdy zranił sobie nogę — on będzie musiał zginąć. Najsłabsze ogniwo. Ta rana nogi powróci potem w finałowej scenie, podczas konfrontacji dwóch bohaterów.
Zapach krwi od razu przyciąga niedźwiedzia. Szybkie ujęcia, burza, deszcz i Stephen rzucany jak lalka. W deszczu, pośród tego pustkowia aż chce się płakać nad tą tragedią, w której wszyscy prędzej czy później przegrają, a zwycięży jak zwykle potężna natura. Co za ironia. Gdy rozgrywa się ta tragedia, pada gęsty deszcz, który od razu zmywa ślady krwi. Jakby nic się nie stało. Krzyki Stephena są zagłuszane przez ryk niedźwiedzia i grzmoty. Trzeba zacisnąć zęby, ruszać dalej. Natura nie zna sentymentów. Ból po stracie przyjaciela można rozchodzić na tych wielkich połaciach lasu, a przy okazji stracić jeszcze więcej kilogramów, z czego głodny niedźwiedź nie będzie pewnie zadowolony. Jaki drapieżnik lubi jeść kościstych?!
Cały czas trudno mi uwierzyć, że w filmie brał udział prawdziwy niedźwiedź, taki, który, jak stanie na tylnych łapach, jest jak góra przed niepozornym człowieczkiem. A jednak niedźwiedź o Imieniu Bart wziął na siebie obowiązki filmowej bestii, choć wydaje się, że w tych scenach, gdzie jego otwarta paszcza jest tuż nad twarzą Aleca Baldwina czy Anthony’ego Hopkinsa, spece od efektów posłużyli się kukłą lub nałożyli ujęcia, albo Bart był rzeczywiście tak doskonale wytresowany, a kaskaderzy tak odważni. Bądź co bądź nie odnotowano żadnych poważnych wypadków na planie. Film rzeczywiście jest bardzo realistyczny, ale gdy się dobrze przyjrzymy, CGI też czaruje widza.
Ta grafika komputerowa z lat 90 kłuje oczy zwłaszcza w ujęciach, gdy niedźwiedź ściga Charlesa po lesie, tratując przy tym drzewa, a po chwili widać zbliżenie na złamane drzewko, ewidentnie wyglądające tak, jakby było podrasowane komputerem. Podczas takiej eskapady w dzicz bohaterowie często czepiają się czegokolwiek, żeby przetrwać. I ja tutaj nie omieszkam się czepiać paru detali, by sobie wypełnić akapit. Czepiać się będę na przykład zarostu, który po paru dniach w dziczy winien być już obfity, a nie w cudowny sposób zanikać. Na jednym ujęciu Hopkins ma gęsty zarost, a po chwili jest on ledwo widoczny, a może to kwestia światła, a może Charles jednak się golił w lesie?
Z takimi dylematami zapewne nie przetrwałbym nawet jednego dnia w tej alaskańskiej głuszy. Nie warto dzielić włosa na cztery i analizować wszystkiego do bólu, bo gdzieś między krzakami umyka szansa na ratunek. Nad głową przelatuje helikopter lub znowu czai się stary znajomy niedźwiedź, którego obecność przyspiesza tętno i prowokuje do zrzucenia kolejnych kilogramów.
Helikopter! Tak, helikopter lecący tuż nad głowami naszych bohaterów, który znika im z oczu jako ostatnia nadzieja. To chyba najbardziej przejmująca scena w filmie, gdy zrozpaczony Robert, dotąd jeszcze trzymający się swojej ironii, popada znów w ponury nastrój zakończony płaczem. Podczas gdy Charles w jakiś sposób wciąż się trzyma swego spokoju. Nieustannie myśli, analizuje szanse, zadziwia go, że z lodowej soczewki można rozpalić ognisko. To także przekłada się na filozofię, że oto z zimnego spokoju można znaleźć wreszcie jakieś rozwiązanie, które zapewni przetrwanie. Przetrwanie to sztuka znajdywania związków między przeciwnymi sobie żywiołami, łączenie rozproszonych punktów w konstelacje i szlaki… i kolejna walka z bestią, która nie odpuszcza wędrowcom.
Nie można ciągle uciekać, trzeba go pokonać. Jak? Zabić. Wbić włócznie w samo serce, gdy stanie na tylnych łapach. „Zabiję niedźwiedzia!!!” — dodają sobie otuchy, choć to bardziej Charles jest tym, który prowadzi całą akcję. Przygotowują pułapki i dzidy. Aż następuje konfrontacja. Ale to jeszcze nie koniec przygód naszych bohaterów.
Chodź niedźwiedź piecze się nad ogniem, a jego ciepłe futro stanowi teraz efektowną garderobę dla bohaterów, to jednak wciąż muszą zmagać się z przeciwnościami natury i swoimi własnymi uprzedzeniami. Paradoksalnie, gdy uciekali przed niedźwiedziem, stanowili doskonałą, braterską jedność. Ale gdy wspólny wróg poległ, znów obudziła się w nich wzajemna nieufność. Ich oczy dziwnie połyskują z twarzy porytych ranami i gęstymi brodami.
Pozbyli się niedźwiedzia, a teraz muszą stoczyć pojedynek ze sobą. David Mamet, scenarzysta pod koniec filmu szykuje nam spory punkt zwrotny, w którym ci dwaj rywale i prawie przyjaciele znów zwracają się przeciw sobie, bo wreszcie odkrywają karty i nazywają rzeczy po imieniu: zdradzony mąż i zazdrosny kochanek, a dookoła śnieżyca. W powietrzu czuć instynkt zabijania. A jednak ma zwyciężyć bestia, instynkt, pożądanie cudzej kobiety?! No dalej, strzelaj. Nawet nie będzie śladów.
I znów wróćmy do wielkiego pytanie „Dlaczego królik pali spokojnie fajkę? Bo jest sprytniejszy od pantery”. Królik to Charles, a pantera to Robert. I ty Robercie uważaj na pułapki zastawione na niedźwiedzia. Uważaj, bo nawet nie zauważyłeś, jak stałeś się zazdrosną bestią, która bez skrupułów chce odebrać życie człowiekowi, którego nie tak dawno uważałeś za przyjaciela. Tu warto przypomnieć sobie scenę w gospodzie, gdy Robert przebrany za niedźwiedzia nastraszył Charlesa w dniu jego urodzin. Przyjaciel w skórze niedźwiedzia, która potem do niego przylgnie jak własna.
A potem znów zwrot. I będziesz żałował swego czynu Robercie leżąc tak w pułapce na niedźwiedzia. Będziesz leżał i skamlał o litość. Wreszcie wyjdzie z ciebie ta bestia, podczas gdy Charles spokojnie ci pomoże i pokaże, co to znaczy przetrwać… czyli zachować swój charakter, klasę, styl i podać rękę wrogowi, który parę minut wcześnie mierzył do niego ze strzelby.
Oto lekcja przetrwania
Komentarze
Prześlij komentarz