BOGUS, MÓJ PRZYJACIEL NA NIBY
Klasyka kina familijnego z ciekawą obsadą. Prosto z Francji Gerard Depardieu, który już zdążył odkryć swoją Amerykę z Krzysztofem Kolumbem. Tym razem będzie grał kogoś na niby, czyli Bogusa. Z kolei na Manhattanie, jak zwykle z temperamentem i humorem Whoopi Goldberg, która już rzuciła przebranie zakonnicy i wreszcie dogadała się z Duchem, aby teraz jako Harriet prowadzić z powodzeniem firmę. A między nimi etatowy dzieciak Hollywoodu czyli Haley Joel Osment jako Albert, który w przeciwieństwie do Harriet potrafi rozmawiać ze swoim wymyślonym przyjacielem Bogusem, Francuzem z wielkim nosem.
Co ciekawe za kamerą stanął tu Norman Jewison mający na koncie takie hity jak „Jesus Christ Superstar”, „Sprawa Thomasa Crowna”, „Skrzypek na dachu”, „W upalną noc” czy „Wpływ księżyca”. „Bogus” to raczej lżejszy repertuar, ale bynajmniej nie potraktowany po macoszemu, wiadomo, że wszelkie baśnie i filmy dla dzieci są zawsze sporym wyzwaniem dla reżyserów.
A baśń ta opowiada o siedmioletnim Albercie, wychowywanym tylko przez swoją matkę Lorraine. Trzeba przyznać, że Albert ma ciekawe dzieciństwo, bo większość czasu spędza w cyrku, gdzie Lorraine pracuje jako akrobatka. Są tam iluzjoniści i inne oryginały, które zapewniają ciągłą rozrywkę Albertowi. Jednak wszystko się zmienia, gdy matka Alberta ginie w wypadku. Choć przyjaciele z cyrku są jak rodzina, to jednak nie mogą oni wziąć na wychowanie chłopca, tym bardziej, jak się okaże później, Lorraine miała przyrodnią siostrę Harriet. To ona jest wskazana w testamencie jako prawny opiekun dla dziecka. Tyle że Harriet ledwo co pamięta swoją rodzinę. A może chciała zapomnieć o dzieciństwie i wreszcie dorosnąć, poczuć, że ma kontrolę nad wszystkim. Jak wiele włożyła wysiłku, by zapomnieć o tej dawnej, niezgrabnej dziewczynce, którą była. Dziś jest wziętą bizneswoman i nie ma głowy do opieki nad dziećmi. Tym bardziej, że Albert przechodzi teraz fazę wymyślania przyjaciół. Może to reakcja na śmierć matki, a może początki jakiejś choroby psychicznej? Świetnie! Nie ma to jak dziecko ze swoimi dziwactwami w pakiecie, kiedy nawet nie ma się męża obok. Samotna albo inaczej dumna singielka Harriet czuje, że całe jej życie wywróciło się do góry nogami. Tu trzeba pilnować biznesu, a w domu zadebiutować w roli opiekunki do dziecka. Ale i Albert czuje się kompletnie zagubiony. Tych dwoje nagle staje naprzeciw siebie, jak przed lustrem, by zauważyć, że mają ze sobą wiele wspólnego. Między innymi to, że znają pewnego tajemniczego gościa o imieniu Bogus. Albert poznał go niedawno, w samolocie, gdy leciał do Nowego Jorku. Natomiast Harriet znała go znaczenie wcześniej, gdy była w wieku Alberta. Teraz pora, żeby spotkali go razem jednocześnie, wtedy też odnajdą siebie.
Kim jest Bogus? Nie Boguś! Bogus to wielki, zabawny Francuz z wielkim nochalem, ubrany w jasny płaszcz, białą koszulę, kamizelkę i prążkowane spodnie. Całkiem niezłe wdzianko jak na bohatera z dzieciństwa, który raczej powinien wyglądać jak błazen w pstrokatych ciuszkach i podrzucać kolorowymi piłkami. Ale może trendy się zmieniły. Bogus to przyjaciel z dzieciństwa. Świadek naszych łobuzerskich poczynań, powiernik naszych sekretów, gdy byliśmy dziećmi. Może Anioł Stróż, może nawet sam Bogu… a może to nadinterpretacja. W każdym razie Bogus to ktoś, kto bardzo dobrze pamięta nas gdy byliśmy mali i niewinni, ciekawi świata w tej genialnej epoce dzieciństwa i najczęściej uśmiechnięci (upraszczając sprawę).
Choć dla niektórych pewnie dzieciństwo mogło być wielką traumą, przyczyną kompleksów i obecnych lęków, dlatego też nie chcą już do niego wracać. Nie słyszą Bogusa, nie chcą z nim rozmawiać. Boże ja słyszę głosy, trafię do wariatkowa. Najchętniej chcieliby wyrwać ten rozdział ze swojej księgi życia i czuć, że nigdy go nie było. Ale zawsze w jakiś sytuacjach on się odzywa, rozbrzmiewa echem w mrocznych jaskiniach naszej jaźni. Czy wreszcie mu odpowiemy? Dzieciństwo to okres skrajności, a samo dziecko eksplorując różne doświadczenia może być z jednej strony tym co najlepsze i tym co najgorsze.
Bogus nie pojawia się przypadkiem między Albertem i Harriet, którzy nie potrafią się ze sobą dogadać. Między dzieciństwem a dorosłością powstała wielka przepaść. Zarówno kapryśny Albert czuje pustkę w swoim dzieciństwie jak i Harriet odczuwa jakieś niespełnienie w dorosłości i żal za dzieciństwem, które mogło być lepsze. Trzeba to naprawić, skonfrontować się z tym. Brzmi jak psychoanaliza, ale spokojnie. Nasi bohaterowie nie wylądują na sofie u psychoanalityka. A nawet jeśli, to i tak szybko z niej zejdą. Najskuteczniejszą terapią będzie tu relacja z Bogusem, który jak strażnik krainy dzieciństwa wpuszcza nas do tych wspomnień, abyśmy wszystko jeszcze raz poukładali, zrewidowali, odzyskali spokój. Abyśmy jeszcze raz spotkali się ze swoim wewnętrznym dzieckiem, które ukryło się pod tą grubą warstwą dorosłości. Warstwa po warstwie, jak zdejmowanie liści w kapuście lub obieranie cebuli. Sporo łez. Najpierw żal, a potem wzruszenie. Ale to dobrze, misja się powiodła, kiedy potrafimy się jeszcze zachwycać wszystkim jak małe dzieci.
Komentarze
Prześlij komentarz