SUROGACI. W SZKLANEJ PUŁAPCE SUROGACJI




Uwaga to film z Brucem Willisem! Brucem Wszechmogącym, który zawsze uratuje świat. Czyż nie? Przynajmniej tak głosi legenda. Chociaż gdy patrzę dziś na zdjęcia chorego (tak bardzo zwyczajnego) Willisa, wiem, że chyba jednak się to nie zdarzy. Może gdyby aktor miał swego surogata.

No właśnie.

 

Ta kusząca wizja lepszego, niezwyciężonego "ja", w którym nie ma grama człowieczeństwa.

 

To jak na razie ostatni film Jonathana Mostowa, który wcześniej na podstawie scenariusza Johna Brancato i Michaela Ferrisa nakręcił film „Terminator Bunt maszyn 3”. W „Surogatach” zobaczymy, że to ludzie zbuntują się przeciw maszynom. Nie zabraknie efektownych pościgów, strzelanek, z których Willis jak zwykle wyjdzie cało, choć będzie trochę poobijany. Wszystkie te sceny przesycone grafiką komputerową, efektownymi scenografiami i gadżetami wprowadzają nas w śmiałą wizję przyszłości, gdzie niedoskonali ludzie posługują prawie doskonałymi surogatami, swoimi modelami, robotami-manekinami, by tak uniknąć wszelkich stresów, lęków, kompleksów. Zamknięci w przytulnych domach sterują lepszymi wersjami siebie na zewnątrz, by tak realizować swoje ambicje w pracy i w życiu towarzyskim.

Nie trudno się domyślić, że wszystkie surogaty to idealnie skrojone rzeźby, harmonia piękna, istoty jak z reklamy, gładkie, lśniące, młode. Żadnych zmarszczek, kalectwa, cierpienia. Oto wizytówka człowieka przyszłości! A za tą piękną fasadę, zbroją ideału, kryje się w swoim domu ten prawdziwy człowiek. Nieogolony, w piżamie, zrelaksowany, swobodny. Leży wygodnie na wielkim fotelu podobnym do tych dentystycznych, a jego ciało podpięte jest do sensorów, które z kolei wysyłają impulsy do surogata, który działa w mieście. A po wszystkim, gdy surogat wypełni swoją misję, czas wrócić i się naładować, tak jak ładujemy smartphony, aż w końcu wymieniamy je na lepszy model.

Taką wizję kreślą tu wcześniej wspomniani Brian Ferris i John Brancato. Ten duet scenopisarski odpowiedzialny był również za „Grę” w reżyserii Davida Finchera , gdzie główny bohater: człowiek zamknięty niejako w swoim surogacie sukcesu, zbroi opanowania i zimnego wyrachowania, w dobrym garniturze, nagle za sprawą tytułowej dziwnej Gry zostaje rzucony, jak na pożarcie bestii życia. W efekcie traci niemal wszystko, łącznie ze zdrowym, zimnym rozsądkiem, który wcześniej przeważał nad jego innymi uczuciami. Przeżywa on swoisty katharsis człowieka sukcesu. Obgryziony aż do rdzenia swojej osobowości, odradza się na nowo.

Nowym być. Innym, lepszym wariantem swojej legionowej osobowości. Życzenia na nowy rok, albo wizyta w VSI, firmie zajmującej się kreowaniem nowego wizerunku. Ale to nie PR, ani także gabinet kosmetyczny lub chirurgia plastyczna czy rozmowa z psychologiem. To wszystko jest doraźne, czasochłonne i frustrujące. Ile można ten proces znosić? Ile można płacić tym wszystkim specjalistom za ich rady, recytowane z podręczników? A ta zołza, Motywacja zawsze gdzieś znika pod koniec. Ta niewierna, ta podła! I znów nici z planu wielkiej metamorfozy. Znów przytyliśmy o parę wyrzutów sumienia. Może drinka, albo coś słodkiego? Trzeba się pocieszyć i zrozumieć, że zwycięzcami nigdzie nie będziemy. I to już koniec? Teraz stoi przed nami inny problem filozoficzny, niczym kamień, który musimy jakoś przetoczyć. Jak zmusić siebie do samoakceptacji? To może trwać wieki. A życie gdzieś przecieka. Po co tracić czas na uparte zmiany swych niedoskonałości? Co za bezsens. Czemu mamy płacić za złe geny, skoro można wszystko zmienić. Czyżbyśmy byli lepszymi twórcami samych siebie?

Niezwykłe, jak czasem można łatwo sobie zepsuć samopoczucie, gdy zerkasz rano w lustro i nie chcesz się pokazywać ludziom. Po prostu czujesz się gorszy, bezwartościowy. Wystarczy jedna krosta i już masz dosyć. Odbijają się dawne szkolne kompleksy. Ale to nie chodzi o ciało, które jest takie kapryśne. Tu chodzi o to, co jest gdzieś w tobie. Ten mały człowiek, lękający się każdej opinii i sądu na swój temat. Chciałbyś jakiejś porządnej zbroi, idealnego, wyprostowanego, umięśnionego, pewnego siebie zwycięzcę, który ruszy w tą miejską dżunglę, aby zdobywać trofea, a ty zostaniesz na wygodnym fotelu. Kusząca wizja, szczególnie dla tych, którzy wykonują niebezpieczne zawody, ale i tych, którzy są sparaliżowani, lub przeżywają jakieś silne lęki i fobie społeczne.

Surogaci, to trochę jak androidy ze świata Philipa K. Dicka, mechaniczne manekiny, lepsze wersje nas samych, symulakry, kombinezony, maski zaprojektowane wedle naszych oczekiwań. Jakbyś chciał wyglądać, gdybyś był własnym stwórcą? Z pewnością nie skąpiłbyś sobie. Wreszcie możemy wglądać tak jak chcemy i wciąż możemy ulepszać swoje wersje, aktualizować wedle nowych trendów, nie przejmując się starzeniem. Oto sześćdziesięciolatkowie mogą operować surogatem o wyglądzie dwudziestolatka, przeciągając tą dziwną grę pt. „życie”. Ale łatwo przeciągnąć strunę.

Choć jeszcze nie doczekaliśmy surogatów na masową skalę, to co chwila słyszymy o coraz to nowszych wersjach różnych robotów humanoidalnych, które już coraz bardziej przypominają ludzi.

W dobie pandemii jeszcze bardziej zamknęliśmy się w świecie online, by tak pracować w miarę „bezpiecznie”, a po godzinach (jeśli one w ogóle są w Home office), przechodzimy gładko do mediów społecznościowych, gdzie przy pomocy atrakcyjnych avatarów próbujemy siebie wyrazić na nowo.

Przy pomocy tych wszystkich aplikacji nauczyliśmy się w miarę dobrze siebie autoprezentować, bo nie wystarczy dzisiaj wrzucić zwykły filmik czy fotkę. Trzeba pobawić się w reżysera i montażystę, by skutecznie przekazać swoje idee. Wie o tym każdy, bloger, youtuber, vloger, influencer z wysoką oglądalnością. I cóż w tym złego? Ego trochę większe. Przy pomocy internetu skroiliśmy siebie na miarę, wyrzuciliśmy zbędne zająknięcia, zmarszczki, cienie, niepewności, choć i to czasem potrafimy sprzedać, jeśli najdzie nas chwila brutalnej szczerości. I taki przekaz również jest w cenie.

Surogat to właśnie lepsza wersja siebie, pomysł na siebie, stworzenie siebie od nowa, zwiększenie swoich możliwości. Zwiększenie wydajności, poprawa czujników i już możemy więcej. Właśnie jak superboahter.

I nawet Bruce Willis (jeszcze w formie przed chorobą) ma swojego surogata. Wygładzony, z lekkim półuśmiechem, z blond peruczką trochę tu przypomina jedno z wcieleń Szakala (1997). Ale nie jest tu rzecz jasna seryjnym mordercą, tylko policjantem, Tomem Greerem, który doczekał się ciekawych czasów, kiedy nie musi praktycznie narażać swego życia, skoro większość służby, nawet bardzo wyczerpującej pełni za pomocą swojego surogata. Tak spokojnie można dotrwać do emerytury.

Mam wrażenie, że między tymi scenami pan Willis konfrontuje się ze swoim dotychczasowym dorobkiem i wyraźnie ma dosyć. Jest zmęczony tym wyidealizowanym bohaterem. On zwyczajny, z kilkudniowym zarostem, zmarszczkami i łysiną spogląda z coraz większą pogardą na swego surogata-supermana, który właśnie skończył służbę. Patrzy gdzieś w dal zamyślony, tam gdzie może patrzeć tylko żywy człowiek, naznaczony niejedną troską i bólem. Agent Greer wspomina, jak kiedyś był szczęśliwy, gdy jeszcze nie było surogatów. Gdy żył jego syn i razem żoną tworzyli szczęśliwą rodziną. Wszystko się zmieniło, gdy dziecko zginęło w wypadku.

Potem przyszła era surogatów i każdy ze względów bezpieczeństwa zamknął w tej zbroi, tak jak żona Greera, Maggie której nie widział on już od wielu miesięcy (jako człowieka z krwi i kości), choć codziennie ją spotyka w domu w jej lepszej wersji. Umalowana, uczesana, nie widać na jej twarzy smutku i tej blizny po wypadku. Gdyby surogaci zostali wprowadzeni wcześniej, może ich syn by żył. Gdyby…

Ale nie tylko Agent Tom Greer przeżywa rozterki, również twórca surogatów, dr Canter odczuwa wstręt do swojego wynalazku. Choć stworzył surogatów z myślą o ludziach sparaliżowanych, tak jak on, poruszających się na wózku lub całe dnie leżących w łóżku, by w ten sposób dać moc bezwolnym, jego wynalazek szybko wymknął się spod kontroli, jako lekarstwo na wszystkie kompleksy. Co ciekawe, James Cromwell odgrywający tu wielkiego uczonego Prometeusza, wcześniej wcielił się również w postać uczonego-wynalazcy, który padł ofiarą robota w filmie „Ja, robot”. Rozterki moralne Cantera coraz bardziej przeszkadzały pozostałym członkom zarządu firmy, więc w końcu wyrzucili prezesa z firmy. On sam, niegdyś pojawiający się na okładkach Time’a czy Newsweeka, ten który rozpoczął nową ewolucję człowieka, gdzieś umknął przed mediami, by powrócić w innej masce. Ale nikt się nie spodziewał, że będzie to maska najbardziej radykalnego przeciwnika surogacji.

W roli tego przeciwnika zobaczymy Vinga Rhamesa w roli proroka, który będzie głosił, że surogacja to kłamstwo. Ciekawie ogląda się tu konfrontację Rhamesa i Willisa, mając w pamięci „Pulp Fiction”. Piętnaście lat wcześniej panowie spotkali się planie tego kultowego dzieła Quentina Tarantino, gdzie Rhames grał gangstera Marcelussa Wallace’a, a Willis boksera, Butcha. Chodź interesy między panami trochę się pokomplikowały, to pod koniec zwycięża jednak męska przyjaźń (Nikt nie lubi być dymany przez Zeda). W tym filmie Rhames doprawił sobie obfite dredy i brodę, z kolei Willis pozostał łysy, ale wciąż bohaterski i przyzwoity do końca.

Przyzwoitymi i uczciwymi pragną być też Dredy/Dredzi ci, którzy poszli za głosem Proroka, sprzeciwili się maszynom i ustalili w całym kraju tzw. „Rezerwaty”, tereny wolne od surogatów, gdzie żyje się naprawdę. Biorą życie, tak, jakie jest z jego blaskami i cieniami. Zgodnie z porozumieniem, nie wpuszczają na swoje terytoria żadnych mechanicznych kukieł, które traktują jako zło konieczne. A gdy już zjawi się jakiś surogat, tak jak to zrobił nieopatrznie Greer podczas pościgu, zostanie natychmiast unicestwiony i rozwieszony na krzyżu, by symbolizować upadek technologii, której tu nikt nie chce.

Świat Dredów wygląda diametralnie inaczej. Tu możesz poczuć ból, tu chodzisz w przetartych dżinsach i spoconym podkoszulku i nie czujesz żadnego wstydu. Jesteś naturalny jak nigdy. Podczas gdy świat surogatów to świat aż nazbyt sterylny i wręcz nudny. Dookoła sztuczne scenografie jak z „Truman show”. Wszyscy wyglądają tu jak modele. Gładcy, seksowni, w idealnie skrojonych strojach, poruszają się nieco sztywno i odgrywają codziennie ten sam teatrzyk życia. Poza gwiazdami wielkiego formatu jak Willis sporo tu modeli, ludzi nieskazitelnie wyglądających choć i tak mocno podrasowanych w postprodukcji.

Wizualnie ten film wygląda zbyt sztucznie, ale chyba też oto chodziło twórcom, aby pokazać „utopię”, która jak zwykle jest zbyt piękna, osnuta mgłami. Wszyscy (zwłaszcza surogaci) grają i poruszają się tu trochę na pół-gwizdka, grają trochę niezgrabnie, ostrożnie, bo przecież są maszynami. Jeśli jednak widz jest zbyt zmęczony oglądaniem tych idealnych wizerunków, to odrobina zwyczajności nie zawadzi. Zwłaszcza gdy widzimy surogatów zza kulis, to znaczy tych zwykłych, zmęczonych, bladych, nieogolonych, przerażonych ludzi na fotelach, którzy mimo tego, że są w swoich zbrojach bezpieczni, wyglądają tak, jakby za chwilę mieli umrzeć.

Prawdziwy człowiek wśród surogatów, który pracuje normalnie wśród robotów to rzadkość, a jednak Bobby Sanders zdecydował się na taką opcję, bo jakoś nie mógł się wpasować w żaden z tych idealnych modeli. Osoba Bobby’ego to zupełny kontrast do tego, co widzimy przez większość filmu: „ideału nie do zniesienia”. W przeciwieństwie do tego monotonnego pokazu mody, Bobby to typowy geek, fleja, komputerowiec z nadwagą, który spędza całe dnie przed monitorami, aby kontrolować system surogatów i bezpieczeństwo, gdy któregoś z robotów poniesie energia. W roli Bobby’ego zobaczymy Devina Ratraya, czyli Buzza, sadystycznego brata Kevina McCalistera. Tu jednak okaże się sympatycznym, jowialnym bohaterem, który odegra pod koniec znaczącą rolę w ratowaniu ludzkości, oczywiście tuż obok pana Willisa.

Ten podział na dwie strefy życia na surogatów i dredów trochę przypomina wizję z „1984”, gdzie mieliśmy członków partii i tzw. Proli, którzy jeszcze próbowali być ostoją normalności w tym zimnym świecie. Jeśli jednak nadchodzi zmiana, rewolucja, to musi ona się rozbudzić w tych zniewolonych przez partię czy surogację. Ryba psuje się od głowy.

Doktor Canter przez swoje fochy stał się na tyle niewygodny dla dawnych współpracowników VSI, że wydano na niego wyrok śmierci. Niestety nie przewidziano tego, że doktor udostępni swojemu synowi jednego ze swoich surogatów, a tym samym skaże go na śmierć. Bowiem zabójca używając specjalnej broni, która unicestwia zarówno surogata i jednocześnie zabija samego operatora, był przekonany, że właśnie zakończył żywot Cantera. Uderzył w najczulszy punkt samego doktora. Co ciekawe tuż przed śmiercią syna doktor rozmawiał z nim o operze Giacomo Pucciniego „Tosca”, gdzie jak zwykle wszyscy na końcu umierają. Jakże prorocze były to słowa przed tą wielką tragedią i wielkim katharsis dla wszystkich bohaterów tego spektaklu życia.

Od tego tragicznego wydarzenia rozpoczyna się właśnie film „Surogaci”. To morderstwo człowieka zamkniętego w pozornie bezpiecznym surogacie jest zarazem pytaniem do ludzkości, dokąd ona zmierza w swoich sztucznych kombinezonach? Czyżby już zapomnieli o krwi, bólu i śmierci? Greer prowadząc to śledztwo wraz z piękną agentką Peters (Radha Mitchell) coraz silniej czuje ten rozdźwięk między maszyną a sobą samym. To że Canter stracił syna również przypomina mu o stracie jego dziecka i pozwala na zawiązanie nici relacji z wielkim wynalazcą, nieszczęsnym Faustem. I oto powoli wszyscy przecierają oczy, odgarniają kurtyny pozorów, zdejmują maski, by poczuć ten prawdziwy dotyk na swej duszy: empatię. „wiem, jak to jest, też straciłem syna” – proste słowa, a jak głębokie.

I znów jest człowiekiem, słabym i cierpiącym, który szuka kogoś, kto może mu pomóc.

 




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH