SEKRETNE OKNO (na podstawie opowiadania Stephena Kinga)
Kryzys twórczy niejedno ma oblicze
Sypiesz ziarna tu i tam
I nigdzie nic nie wyrasta
Tu skały, tam popioły
Po dawnych szczęśliwych dniach
Lecz za oknem
W tajemniczym ogrodzie
Już rosną piękne
Okazałe
Kukurydze
Z ziarna
Zroszonego krwią
Mort Rainey (Johnny Depp) jest na tyle poczytnym pisarzem, aby pozwolić sobie na luksus posiadania dwóch domów, jeden dla jego byłej żony, Amy (Maria Bello) a drugi dla niego samego, gdzie mógłby spokojnie tworzyć kolejne bestsellerowe historie. Problem w tym, że od czasu rozwodu, Mort jakoś nie potrafi sklecić żadnej sensownej historii. Dziwne, bo akurat dom letniskowy nad malowniczym jeziorem Tashmore wydaje się być idealny, aby się skupić nad prowadzeniem narracji, a w dodatku teraz wokół jeziora nie ma hałaśliwych letników, jak w okresie wakacyjnym. A jednak jest zbyt spokojnie i cicho, aby słyszeć swoje uśpione dotąd myśli. „Sekretne okno” podąża znajomym śladem „Lśnienia”, gdzie Jack Torrance zamieszkuje z rodziną w pustym hotelu, aby tu poza pracą stróża/opiekuna, skupić się także na pracy pisarskiej. Jednak to miejsce sprzyja bardziej szaleństwu (rodzącemu się złu) niż twórczości, co w końcu doprowadza do rodzinnej tragedii.
Mort poza próbami zapełnienia dokumentu tekstowego jakimiś sensownymi akapitami, wciąż rozpamiętuje rozstanie ze swoją żoną, Amy, która zdradziła go z młodszym mężczyzną, agentem nieruchomości, Tedem Milnerem (Timothy Hutton, który wcześniej wcielił się również w pisarza przechodzącego syndrom Jekylla i Hyde'a w filmie "Mroczna połowa" na podstawie prozy Kinga ). Co gorsza (dla Morta) Ted wydaje się być naprawdę troskliwym i odpowiedzialnym partnerem. Rainey nigdy nie zapomni, gdy nakrył oboje w łóżku, w motelu. Krzyczał chyba wtedy, że ich zabije. Ciekawe, czy oni pamiętają to zdarzenie tak jak on? Zamyka oczy, przełyka ślinę. Wstydzi się tej bestii, którą wtedy pokazał innym. Zdradzony, urażony. Jego nadszarpnięta duma. Wielki pisarz zdradzony przez żonę, która wolała agenta nieruchomości. On, pisarz mógł ją zabrać w każdy świat, zbudowany z poetyckich opisów, ale cóż. To tylko piękna fantazja, poprzedzona wcześniej mękami twórczymi i humorami pisarza. A Ted jest po prostu stabilny i troskliwy, stąpa po twardy gruncie, na którym można zbudować solidny związek. Amy odrzuciła przygodę (fikcję literacką) i wybrała normalność.
Mort przegryza chipsy Doritos, kruszy dookoła dawne wspomnienia, które trzeszczą pod stopami. Znów chce spać. Śpi aż za często, co z pewnością jest skutkiem depresji. Otula się podartym szlafrokiem, który kiedyś nosiła jego żona. W filmie „Cudowni chłopcy” również główny bohater, Grady Tripp, przechodzący kryzys twórczy oraz rozwód z żoną, zakładał szlafrok swojej byłej żony, aby tak przywołać lepszą energię w pisaniu. Pomysł na genialna powieść jednak nie przychodził, za to za sprawą pewnego dziwnego studenta przybywało problemów natury kryminalnej, w tym morderstwo psa. Z kolei w filmie „Marzyciel” Johnny Depp wcielił się w samego J.M. Barriego, autora słynnego „Piotrusia Pana”, który zmaga się z kryzysem małżeńskim i twórczym, do czasu gdy nie spotka na swej drodze rodziny Davisów. Koniec końców te wszystkie dziwne, absurdalne przygody obu pisarzy będą świetnym paliwem do powrotu na literackie salony.
Mort Rainey będzie musiał przeżyć znacznie więcej gorszych chwil, aby doznać o…lśnienia. Zazwyczaj w takich smutnych momentach życia Mort chętnie siadał za komputerem i uciekał w świat fantazji, aby zapomnieć o tym, jak bardzo zraniła go rzeczywistość. Wtedy właśnie z problemów potrafił uformować literacki pocisk, który strzelał między oczy czytelnika. To była jego twórcza zemsta na brutalnej rzeczywistości. A jednak teraz w tym cichym zakątku nie potrafi zebrać myśli. Bałagan na biurku, porozrzucane wątki różnych historii i migający kursor na ekranie.
Aura jeziora Tashmore zaczyna trochę niepokoić. Wielkie lustro, w którym odbijają się uśpione demony. Thoureu miał więcej szczęścia, mieszkając sam nad jeziorem Walden. Pośród zwykłej pracy, odbijał w tafli jeziora swoje refleksje na temat społeczeństwa, a potem je zapisywał, aby w końcu wydać książkę „Walden”. Grozy tu nie uświadczysz, lecz uporządkowane myśli, sławiące prostotę życia. Jasno, przyjemnie, konkretnie. Co to się stało z tą Ameryką, która okryła się grozą konsumpcjonizmu?
Wracamy nad Tashmore. Nie ma tu właściwie nikogo poza Mortem i jego wybujałą wyobraźnią, która ciągle przerabia sercowe rozterki pisarza. Raz Mort czuje się urażony i okradziony z uczuć przez podstępną złodziejkę, byłą żonę, a potem znowuż jest mu wszystko jedno i ma gdzieś, z kim ona teraz się spotyka. Amy jednak czuje wyrzuty sumienia i dość często dzwoni do Morta, jak nadopiekuńcza matka (zupełnie jak była żona bohatera filmu „Gra”), aby sprawdzić, czy ten dobrze się czuje na tym odludziu. Przecież gdyby sobie coś zrobił, nikt by mu nie pomógł. To miło, że się troszczy, ale niech mu już da spokój. Największą kochanką Morta zawsze była praca nad powieścią i tego już nie zmieni żadna kobieta. Mógłby tak wieść to samotnicze życie nad jeziorem, pełne bolesnych retrospekcji i dialogów ze swoim „ja”, gdyby nie odwiedziny pewnego mężczyzny w kapeluszu, który już w progu oświadcza zdecydowanie, że Mort ukradł jego opowiadanie pt. „Pora siewów”/ „Czas zasiewu”. John Shooter (John Turturro), bo tak się nazywa oskarżyciel nie wygląda na faceta, który żartuje. Jego sposób wypowiedzi brzmi bardzo mechanicznie, jakby Mort rozmawiał z bezwzględnym robotem.
Warto tu wspomnieć, że wcielający w Johna Shootera, John Turturro wcześniej również grał pisarza, Bartona Finka, przeżywającego twórczy kryzys, choć przynajmniej jego nie nawiedzał mroczny Shooter. Może to wariat, który bezczelnie przepisał opowiadania Morta, a teraz się upomina nagrody?
Tolle, lege! Rainey sprawdza wers po wersie i jest zdumiony podobieństwem tekstów, jednakże różnią się one zakończeniem. Shooter jako ten celny strzelec uderza w najbardziej mroczne zakończenie, gdzie zdradzony mężczyzna zabija niewierną żonę i grzebie ją w jej ukochanym ogródku, a na jej grobie sadzi kukurydzę, którą potem się zajada. Innymi słowy, niewierna żona jest tu nawozem dla jego pokarmu. Shooter przybył, aby zdemaskować Raineya, udowodnić mu, że ten jest bezczelnym plagiatorem, a w dodatku tchórzliwym pisarzem, który wybrał mniej przerażające zakończenie. Sztuka musi zwyciężyć, nawet jeśli będzie pisana krwią.
Mort jednak nie zgadza się z oskarżeniami o plagiat, pamięta, że swoje opowiadanie opublikował wcześniej niż Shooter. Ma na to dowód w postaci miesięcznika poświęconego literaturze grozy. Problem w tym, że oryginał jest w domu byłej żony. Mort jeszcze nie sprowadził wszystkich swoich rzeczy do domu nad Tashmore. Shooter wspaniałomyślnie daje pisarzowi trzy dni na przedstawienie oryginału. To oznacza spotkanie z byłą żoną i prawdopodobnie z Tedem. Brrrrr.
Niezwykłe, ile w ciągu trzech dni może się zmienić. Wspominałem już o morderstwie psa w filmie „Cudowni chłopcy”. Tutaj również to nastąpi. Najpierw ofiarą padnie uroczy piesek Morta, Chico. Zostanie przebity śrubokrętem (ten śrubokręt jeszcze utkwi w głowie pewnego jegomościa, który widział za dużo). W opowiadaniu Kinga z kolei tym pupilem jest Kot o imieniu Kraksa. Zarówno śmierć psa i kota są krwawym ostrzeżeniem, żeby nie zadzierać z Johnem Shooterem. Śmierć psa i kota to dopiero początek piekła.
Rainey coraz bardziej zaniepokojony, zgłasza się na policję, gdzie siedemdziesięcioletni Szeryf sprawia wrażenie zupełnie oderwanego od rzeczywistości. Gada o artretyzmie i szydełkowaniu, podczas gdy druga policjantka śmieje się głośno z czegoś, rozmawiając przez telefon. Mort cierpliwie składa zeznanie i podaje dokładny opis podejrzanego. Wydaje się, jakby to on prowadził śledztwo, podrzucał im tropy i sugestie, a nie policjanci. Od tej chwili to dziwne uczucie wyobcowania i strachu będzie coraz bardziej narastało w głównym bohaterze. Czy to w barze, na poczcie czy na ulicy, gdy o mało co nie rozjeżdża go autobus. W opowiadaniu Kinga główny bohater nie decyduje się zgłosić sprawy ciapowatemu szeryfowi, tylko wspomina o swoich problemach opiekunowi domu, Gregowi Karstersowi oraz swojemu agentowi Herbertowi. W filmie natomiast Mort spotyka się z adwokatem Kenem Karshem, który dokładnie sprawdza dom, czy aby Shooter nie zastawił jakiejś pułapki.
W książce policja wkracza, gdy zostaje podpalony dom byłej żony i od tej chwili śledczy Evans krok po kroku podąża za Raineyem. Co za dziwny zbieg okoliczności. Mort przecież miał jechać do tego domu, aby wziąć właśnie ten magazyn detektywistyczny, w którym zostało wydane jego kłopotliwe opowiadanie, do którego pretensje zgłasza Shooter. Cóż, wszystko poszło z dymem. Ostatecznie to oryginalne wydanie przyśle mu redakcja miesięcznika, ale jak zwykle coś będzie nie tak. Zabraknie paru stron. Wtedy to na zgliszczach domu, swojego dawnego szczęśliwego życia z Amy, Mort przyznaje śledczym, że może mieć wroga. Choć trudno powiedzieć, czy to Shooter byłby w stanie się dopuścić takiego aktu. Rainey wciąż czuje, że Shooter gdzieś między wierszami może mieć rację co do plagiatu, czy może samej winy pisarza, który jeśli nawet nie dopuszcza się plagiatu, to okrada ludzi z ich doświadczeń i wydaje to w formie poczytnych opowieści. Zdaje się jakby Mort odczuwał syndrom Kafki, Józefa K. Może tak naprawdę każdy pisarz jest złodziejem znanej już opowieści, tylko zawsze trochę ją przerabia, a krytycy i badacze literatury mają frajdę w szukaniu odniesień do tego czy innego motywu.
Również Stephen King idzie znajomym schematem grozy i kryminału, gdzie wszyscy ci, na których Mort mógłby liczyć, giną z rąk sprytnego Shootera. A tak naprawdę prawdziwym mordercą jest ten, którego najmniej się spodziewaliśmy. Jeszcze nie wiecie? Może to sprytny Ted, pochodzący z miasteczka Shooter. Co za zbieg okoliczności. Ted z pewnością chciałby się pozbyć Morta, aby wreszcie mieć spokojne życie wraz z Amy. Co ciekawe w książce te konfrontacje z Tedem nie są aż tak zażarte jak w filmie, gdzie nawet dochodzi do małych rękoczynów. Ale czy Ted byłby zdolny wynająć jakiegoś wielkiego faceta w kapeluszu, który mógłby nastraszyć Morta? Rainey jest coraz mniej pewien tego wszystkiego, co się wokół niego dzieje. Jego świat, dotąd starannie opisany, coraz bardziej się rozpada. Czy jesteśmy w prawdziwym życiu, czy może w świecie przedstawionym jakiejś obiecującej historii, w której tropy i postacie wciąż przesuwają się na szachownicy, rozwijając intrygę.
Tyle krwi i ognia o jedno opowiadanie! Najważniejsze jest doświadczenie, zwłaszcza to bolesne. Wtedy można tworzyć sztukę najwyższych lotów!
Mort czuje, że nawet gdyby miał to oryginalne wydanie magazynu i tak by nie wygrał z Shooterem. Temu facetowi tak naprawdę nie chodzi o to, kto był pierwszy. On chce zmienić zakończenie znanego już opowiadania, do którego rości sobie prawa, ale chce to zrobić rękami Raine’ya. Shooter niejako chce się włamać do umysłu pisarza, zawładnąć nim i napisać krwią nowe zakończenie.
Mort i Shooter. Mordercza spółka z krwistymi pomysłami. Jeden strzela, drugi zabija w słowie. To, co opisane, to dokonane. Czyż nie idą razem w parze? Złowieszcza para, która stworzyłaby niejedną opowieść grozy. „Pisz krwią! – wołał Nietzsche mając na myśli z pewnością autentyczność i uczucie, jakie trzeba włożyć w każdą frazę. Ale dla takiego pisarza, jak Mort, przebywającego od dawna na tym odludziu, umysł zaczyna płatać coraz większe figle. Czy ktoś się skrada po domu. Stój! Bach! Popękane lustro i tę pęknięcia w domu. Czy to jaźń się rozpada na kawałki? Stephen King idzie tropem Stevensona, traktując Morta Raineya i Johna Shootera jako awers i rewers tej samej osoby, tak jak doktora Jekylla i Mistera Hyde’a. Kiedy pisarz przechodzi kryzys twórczy i życiową porażkę, przypomina sobie nagle o kimś silniejszym, kim chciałby być. To pragnienie jest tak silne, że w końcu superego zaczyna władać zwykłym ego, co już dobrze było pokazane w „Fight Clubie”. Ale co ciekawe Shooter z jednej strony to wymysł bujnej wyobraźni pisarza, a z drugiej postać, którą dostrzegł stary Tom Greenleaf, przyznając ze zgrozą (w opowiadaniu Kinga), że wydawało mu się, iż widział ducha, jakąś przeźroczystą postać w kapeluszu. Tom jednak bał się do tego przyznać, bo zyskałby sobie etykietę starego wariata. Ostatecznie Tom jako jeden ze świadków przepłaci za to życiem.
Shooter jest tym, który nie boi się przekraczać granic, nie boi się być awangardowy, podobnie jak Harry w filmie „Harry, twój przyjaciel”, prowokujący głównego bohatera do twórczości literackiej. Ma być wyraziście, a nawet krwiście. John Shooter to także taka perfidna forma wewnętrznego oskarżyciela, który przyszedł ukarać tego, któremu udawało się zbyt często uciekać od odpowiedzialności za własne słowa. Kiedy Mort zakłada kapelusz na głowę, wreszcie przyznaje sam przed sobą, że jest Shooterem. Wszystko się zmienia, zupełnie jak w tej scenie z „Ostatniej krucjaty”, gdy Indy dostaje kapelusz od nieznajomego i rozpoczyna przygodę życia. Mort z kolei rozpoczyna akt samozniszczenia. Wszak jego imię aż nazbyt kojarzy się z „Morte”, czyli śmiercią.
Uświadamia sobie, że przez ten cały okres sam siebie torturował, a to wszystko wzięło się z tego, że rzuciła go Amy. A może było coś jeszcze? Ciągłe poczucie winy. Więc co w końcu zrobi zdradzony mąż? Zabije żonę łopatą. Ale nie zrobi tego na papierze. Napisze zakończenie krwią własnej żony w prawdziwym życiu. Zresztą kto wie, co czuł Mort wymachując łopatą przed Amy? Może myślał, że siedzi przed komputerem. Niech wreszcie ją zabiję i zakopię, tak jakbym zakopał dawne życie. Spłonął dom, niech i żona stanie się popiołem. Nie mógłbym znieść jej szczęścia z innym mężczyzną.
W opowiadaniu Kinga nieszczęsny Mort po walce z żoną, pada trupem, postrzelony przez śledczego Evansa, który w końcu złapał właściwy trop w tej dziwnej sprawie z pożarem domu. Pocisk z pistoletu niczym kropka w zdaniu kończy tą przedziwną historię. Amy udaje się przeżyć. I nawet jeśli poślubi Teda, to już na zawsze będzie miała przed oczami to traumatyczne wydarzenie, gdy jej były mąż w kapeluszu, jako John Shooter chce ją zabić z zimną krwią. Takie zakończenie to niejako klęska wielkiego pisarza, który okazał się być świrem.
W filmie natomiast reżyser John Koepp zdecydował się, aby to zakończenie Johna Shootera wygrało w rzeczywistości. Rainey zabije Amy oraz Teda. A potem filmowcy, oszczędzając nam drastycznych szczegółów, ukażą ogród, w którym będą się pięknie złociły kukurydze. Czas na przekąskę. Spokojny jak nigdy, Mort Rainey zagryza kolejną kolbę i kończy swoje opowiadanie. Wreszcie ulga. Oto portret twórcy bezwzględnego, który jest gotów zabić ludzi stojących na drodze jego spokoju i złożyć ich na ołtarzu sztuki, aby w ten sposób zyskać krwisty atrament do stworzenia czegoś niezwykłego. Doprawdy, ciężkie jest życie twórcy, który niejednokrotnie musi coś zniszczyć, „odciąć ucho”, by przedstawić realistycznie ból i dotrzeć do odbiorcy.
Może to wszystko działo się tylko w głowie Morta, nawet te najgorsze zbrodnie? Może to wszystko było snem? Może pan perfekcjonista musiał doświadczyć schizofrenii, aby napisać lepszą wersją swojego opowiadania do nowego wydania. A Amy i Ted niech żyją sobie gdzieś tam daleko poza miejscem i czasem w innym tajemniczym ogrodzie.
To już skończona opowieść. Czas odłożyć ją na półkę, odejść od biurka i przejść na długi spacer.
Z dala od literatury, która wysysa soki z jednych, by karmić innych.
Czas wstąpić do jakiegoś ogrodu i zadbać o swoje kwiaty.
Komentarze
Prześlij komentarz