POKÓJ SYNA

 



Zazwyczaj, gdy myślimy o psychologach, księżach, psychiatrach, czy tak modnych dziś coachach, uważamy, że to ludzie, którzy znaleźli patent na życie: trochę Buddy, trochę Chrystusa, trochę psychoanalizy, trochę motywacyjnych sloganów, trochę uważnej obserwacji. No i proszę: tor gotowy dla toczącej się kuli naszego potencjału i lokomotywy życia. Dziś zrobiłem mały krok do przodu panie doktorze, mały krok ku poprawie i wielki dla całego mojego życia. Pan doktor sugeruje kolejne ruchy na szachownicy, ale gwarancji nie ma, czy tym razem wygramy z upartym losem? I dlaczego podświadomie zakładamy, że los to taki kapryśny dzieciak, rozwalający nasze starannie zbudowane życie?

Czy życie polega na odważnym wdrażaniu swoich ambicji, czy ciągłym przeczuwaniu, z której strony uderzy tym razem los? A jeśli już uderzy. Jaką przyjąć strategię? Być obojętnym, czy pozbierać te wszystkie fragmenty i dostrzec jakiś nowy sens?

Jak wobec takich kryzysów i nieszczęść zachowują się specjaliści od rozwiązywania kryzysów życiowych? Czy rzeczywiście są zawsze opanowani, szukają innego wzoru na szczęście, czy zdejmują swoje maski spokoju, płaczą, uderzają pięściami, krzyczą?

Nanni Moretti, próbując odpowiedzieć na to pytanie, zagląda z kamerą do rodziny psychoterapeuty Giovanniego (w którego wciela się sam reżyser) oraz jego żony Paoli, którą gra tu Laura Morante. Ten duet aktorski wcześniej widzieliśmy w innym filmie Morettiego, „Bianca”.

Przez pierwsze dwadzieścia minut filmu śledzimy rodzinne perypetie głównego bohatera, jego żony i dwójki dzieci. Trzeba przyznać, że Giovanni jako psychoterapeuta rzeczywiście stworzył wraz z Paolą ciepły, miły dom, gdzie każdy ze sobą rozmawia, żartuje i sobie pomaga. Prawie dorosłe dzieci: Irena i Andrea wydają się być szczęśliwe, spełnione, realizując po szkole swoje sportowe pasje. A po każdym dniu wszyscy zasiadają po stołu, by podzielić się swoimi troskami. Zwyczajne scenki z życia bez upiększeń i tych „przesadzonych amerykańskich uśmiechów z reklam”. Giovanni wciąż żartuje, śpiewa, jak przystało na Włocha, fałszuje, czym wprawia w śmiech swoją rodzinę. Raz widział na ulicach korowód uśmiechniętych i roztańczonych ludzi, którzy zdawali się oddychać swoją radością. Piękny to był widok i może jakiś znak. Giovanni zdaje się każdą domową nudę rozładowywać żartem albo śpiewem. Chciałby czasem zażartować z tych wszystkich problemów, jakie pukają do jego drzwi. Zaśpiewać, roztańczyć te melancholijne stany.

Na dokładkę, do tego szczęśliwego, czystego, jasnego domu zaglądają także pacjenci Giovanniego, a dokładnie do jego gabinetu, mieszczącego się tuż obok salonu, kuchni i sypialni.

Tu Giovanni sobie siedzi wygodnie na fotelu, a tuż obok, na wygodnej sofie leży jego pacjent, dzielący się z nim swoimi obawami, lękami i obsesjami. No proszę, nawet tak jowialny, głośny naród włoski ma czasem problemy z obniżonym nastrojem. Tu Moretti wprowadza trochę komizmu do psychoterapii, która dla jednych jest mitem, tematem tabu, a dla drugich jedynym lekarstwem. Jedni pacjenci swoimi wyznaniami nas wzruszają, inni wręcz śmieszą, jak choćby ten seksoholik Tomasso, któremu wciąż mało. On jedyny z tej galerii jest chyba najbardziej jaskrawym przypadkiem. Zabawnie się to ogląda, gdy mówi on o tych wszystkich swoich słabościach, świństwach, a Giovanni z kamiennym wyrazem twarzy słucha tego wszystkiego, jak gdyby nigdy nic.

Niektórzy chodzą do niego już parę lat. Są prawie jak rodzina. Stali klienci uzależnieni od wielkiego pana terapeuty. Miło mieć takich dziwnych znajomych i czuć, że mimo wszystko w swoim życiu nie jest tak tragicznie. Czyżby w ten sposób Giovanni się dowartościowywał?

Ale może ci stali klienci, uczęszczający już parę długich lat, ci hipochondrycy trzymający się usilnie płaszcza terapeuty to właściwie hańba dla samego Giovanniego, który nie potrafi im pomóc. Słucha ich z obojętną twarzą, notuje ich sny, nie potępia, nie pochwala, czasem podsuwa jakąś radę. Zwodzi nadzieją, że kiedyś będzie lepiej. A jeśli lepiej być nie może? Pytał niegdyś Jack Nicholson. Skoro lepiej być nie może, żegnajcie terapeuci! Niejeden pacjent wpadał w taką gorzką autorefleksję, ale Giovanni wie, że mimo wszystko pacjent powróci i znów wygada się terapeucie o swoich problemach. Zrobią to zwłaszcza osoby o nadmiernej autorefleksji. Czasem związek z terapeutą jest silniejszy niż niejedna przyjaźń czy małżeństwo. Mówienie o swoich emocjach obcej osobie jest jak higiena, systematyczne mycie duszy i umysłu. Człowiek po każdej takiej wizycie mimo wszystko czuje się lżejszy.

Giovanni jest pewien, że także jego żona i dzieci chętnie powiedzą mu o swoich marzeniach, lękach i pragnieniach. Ale jednak w ostatnim czasie w tych prawie idealnych relacjach pojawiają się ryski. Problemy w szkole. Andrea podobno ukradł jakąś cenną skamielinę (amonit) ze szkolnych zbiorów. Czyżby spóźnione problemy nastolatków powróciły ze zdwojoną siłą? Dobrze, że to nie narkotyki albo ciąża u jakiejś koleżanki ze szkoły. Tak można się pocieszać w nieskończoność. Ale nic nie zmienia faktu, że syn Giovanniego jest podejrzany o kradzież. Złośliwy kolega na niego doniósł. Może to jakiś spisek? Andrea oczywiście się wypiera, ale Giovanni czuje gdzieś w głębi, że może jednak jest coś na rzeczy. Jedzie na spotkanie z rodzicami pozostałych uczniów zamieszanych w tą aferę. Dziwne, nigdy nie był w tej dzielnicy. Sam przyznaje synowi, że czuje się tu obco, tak jak coraz bardziej obca staje się dla niego ta cała sytuacja. Może wcale nie zna swego syna. Może jego syn nie mówi mu całej prawdy tak jak jego pacjenci, nie krępujący się przy intymnych szczegółach. Czemu dziś przegrał tą partię tenisa. Nie chciał wygrać. Jest za słaby. A może Giovanni doszukuje się w tym wszystkim czegoś na siłę.

Może jednak trzeba inaczej postępować ze swoimi dziećmi. Ale czy jest jeszcze czas na jakieś rewolucyjne zmiany, gdy dzieci są już prawie dorosłe? Sprawa jest w zawieszeniu. Skamielina zaginiona. Może ten zaginiony amonit to jakiś symbol utraconej pierwotnej relacji, spirala dawnych spraw? Może prawdziwa archeologia uśpionych uczuć czeka dopiero psychoterapeutę?

Kolejni pacjenci w gabinecie Giovanniego. Znów można się oderwać od swoich problemów i słuchać wyznań tych jaskrawych przypadków. A tymczasem Andrea szykuje się na wyjazd z kolegą. Mają nurkować. Giovanni nie jest przekonany do tego pomysłu. Irena na szczęście gra w koszykówkę. On wolałby biegać z synem po mieście. Jogging to jest to. Ale nie można dzieci przykuć do siebie.

Giovanni zapamięta na zawsze ten dzień. Pakujący się Andrea i nagły telefon od pacjenta hipochondryka, który właśnie się dowiedział, że ma raka. Wreszcie się stało. Autosugestia i przeznaczenie. Trzeba jechać do pacjenta. Gotów jeszcze coś sobie zrobić. Podczas gdy Giovanni próbuje jakoś zracjonalizować dramatyczną sytuację hipochondryka, Irena jeździ sobie z przyjaciółmi na rowerach, Paola jako historyk sztuki, odwiedza targ staroci. Nagle ktoś ją potrąca. Jakiś młodzieniec biegnie jak oszalały, jakby ktoś go ścigał. Co to może znaczyć? Dokąd biegnie ten młodzieniec? Paola odprowadza go zagubionym spojrzeniem, podczas gdy jej syn ginie w czasie nurkowania w jaskini. To właśnie taki dziwny dzień, gdy te małe fragmenty, spotkania, incydenty przekazują nam coś ważnego, jak dziwne metafory w zbyt krótkim wierszu. Czyżby ten uciekający młodzieniec symbolizował odchodzącego Andreę? Nie można go już dogonić.

Ten dzień zaczął się tak pięknie. Śniadanie i żarty przy stole. A potem Giovanni, Paola i Irena spotykają w szpitalu i wreszcie w kostnicy, by pożegnać Andreę. Szok, niedowierzanie. Andrea w trumnie. Moretti bardzo dużą uwagę poświęca właśnie tej scenie w domu pogrzebowym, gdy bliscy żegnają chłopaka. Milczący pracownicy zamykają trumnę. Najpierw spawają metalowe wieko do ramy, a potem przykręcają drewnianą pokrywę. Kamera śledzi każdy ten detal, jakbyśmy oglądali dokument o tajnikach pracy domu pogrzebowego. Każdy szczegół tu odbija się głębokim echem. Bo tego dnia się nie zapomni. Widok ukochanego Andrei w trumnie.

No i następuje ten rozłam, na który czekaliśmy. Jak wygląda żałoba psychoterapeuty, który myślami wciąż jest w tej chwili, gdy biega z synem? Gdyby wtedy namówił syna na bieganie, gdyby nie pojechał do tego hipochondrycznego pacjenta, zatrzymałby Andreę w domu i nie doszłoby do tej tragedii. Cofanie utworu muzycznego do ulubionego fragmentu nie jest jednak tym samym co cofnięcie czasu. Giovanni włóczy się po wesołym miasteczku i próbuje doznać silnych wrażeń na „Diabelskim młynie”. Podczas gdy inni się śmieją i krzyczą, on jest jak kamień, który nie może wykrzesać z siebie żadnych emocji. Podczas psychoterapii tylko słucha swoich pacjentów. W pamięć zapada zwłaszcza pacjent, który mówi swoim smutku i pragnieniu płaczu. Giovanni jednak czuje, że nie jest w stanie pomóc tym ludziom. Nie ma na to siły. Zgasła w nim ta iskra. A czy kiedykolwiek naprawdę im pomógł? Pytanie wyrzut chrzęści pod stopami. Może był tylko słuchaczem ich problemów, spowiednikiem czy panem do towarzystwa, któremu się płaci za wysłuchanie? Jedni pacjenci przyjmują to rozstanie normalnie, drudzy obiecują, że zaczekają na swego terapeutę i mistrza, a jeszcze inni jak ten seksoholik Tommaso demolują gabinet Giovanniego, twierdząc, że on go zdradził i porzucił. Tragiczne to i komiczne zarazem. Ale właśnie dzięki takim smaczkom cała narracja nie przytłacza widza tak bardzo. Po śmiesznym musi nastąpić wdech refleksji.

Teraz psychoterapeuta stoi przed największym wyzwaniem swojej kariery i życia w ogóle. Sam musi położyć się na kozetce, sam musi przyjrzeć się uważnie swemu życiu i odpowiedzieć sobie na parę pytań. Jak pozbierać się po takiej tragedii? Jak rozmawiać ze swoją żoną, która wciąż nie może wyjść z łóżka, bo wciąż jest słaba i płacze? Jak dotrzeć do córki, która może dotąd była stawiana na drugim miejscu po ukochanym synu. Irena zawzięcie gra w koszykówkę, a nawet dopuszcza się bójki na parkiecie za nieuznany faul. Ona też głęboko przeżywa stratę brata. Jak wyjść z tej pustki, która nagle spadła na tą sympatyczną rodzinę? Czy tak już będzie zawsze? Tak cicho i obco w tym jasnym domu.

Nagle, jakby z nikąd, na tą samotną wyspę przybywa list w butelce. List od jakiejś dziewczyny, która była kimś ważnym dla Andrei. Miłość korespondencyjna albo coś więcej? Andrea nie mówił o tych sprawach. I oto nagle w drzwiach staje Arianna. Dowiedziała się od Paoli, że Andrea zginął. Tak się składa, że była w tych okolicach. Podróżuje autostopem wraz ze swoim kolegą, Stefano. Rzucili się w wir przygody. Poznać różnych ludzi, zwiedzić różne miejsca. Ten młodzieńczy apetyt na coś nowego. Jakże kontrastuje ze stagnacją i smutkiem w rodzinie Giovanniego. Teraz właśnie Arianna postanowiła odwiedzić rodzinę Andrei. Dziewczyna ma życzenie, by zobaczyć pokój chłopaka, z którym kiedyś korespondowała. Zobaczyć i dotknąć jego rzeczy. Stanąć w tym miejscu, w którym on kiedyś stał, poczuć atmosferę miejsca.

To niezwykłe spotkanie między rodzicami a zupełnie obcą dziewczyną. Arianna jest tą ostatnią bliską osobą dla Andrei, ostatnią osobą, która nosi w pamięci jakiś jego fragment. Czemu by nie spędzić z nią trochę czasu, zwiedzić miasto, podzielić się innymi wspomnieniami o synu. Może to jest sposób, żeby wreszcie uporać się z bólem. Odbić obraz syna w innej osobie.

Gdy Giovanni, Paola i Irena żegnają Ariannę na dworcu, żegnają w pewien sposób Andreę. Już przygotowani do tego, już oswojeni z tym. Wreszcie mówią do widzenia, żegnaj. Autobus odjeżdża, a zwykłe życie znów puka do rodziny. Czas ruszyć dalej dla swojego spokoju, spokoju syna, minąć sypialnię, gabinet, kuchnię, ruszyć uparcie w kierunku innego pokoju, gdzie znów może się coś ciekawego wydarzyć.

„Pokój syna” to kino dość minimalistyczne. Moretti oszczędnie szafuje emocjami na ekranie. To także odbija się na dość skromnym wystroju wnętrz, w których mamy zobaczyć ból rodziny. Nie ma tu jakiegoś melodramatu po rodzinnej tragedii, a raczej zmaganie z szarą rutyną życia. Próba szukania codziennie powodu, by gdzieś ruszyć, przejść, zrobić coś ze sobą. Można by zaryzykować stwierdzenie, że takie smutne historie mają większą siłę przebicia na konkursach i festiwalach. „Pokój syna” zdobył Złotą Palmę w Cannes, a także trzy nagrody David di Donatello. Ból po stracie to zawsze ciekawy motyw i spore wyzwanie dla aktorów, którzy oprócz łez muszą jeszcze innymi środkami wyrazu przekazać cierpienie.

To kolejny film wpisujący się w kino żałoby, stojący pośrodku między takim klasykiem jak „Zwyczajni ludzie” Roberta Redforda a „Więcej niż słowa” Anthony’ego Fabiana. W przypadku tej pierwszej historii staranna fasada rodziny po śmierci starszego syna, ulega zupełnej erozji. Aż w końcu matka, dbająca tak bardzo o pozory wyjeżdża z domu, zostawiając męża i młodszego syna samym sobie. Może to oczyszczająca rozłąka, a może koniec tej rodziny i początek czegoś nowego? Nie dostajemy tu odpowiedzi na złotej tacy. W przypadku tej drugiej historii, „Więcej niż słowa”, opartej zresztą na faktach autentycznych, pogrążeni w żałobie rodzice po śmierci najmłodszej córki, nie mogąc dojść do porozumienia ze sobą i z pozostałymi dziećmi, w końcu odnajdują cel. Chcą zbudować centrum medyczne dla dzieci i chociaż w ten sposób mieć poczucie, że śmierć ich dziecka nie była aż tak bezsensowna, ale zainspirowała ich do wejścia na inny poziom, „inny pokój”, w którym mogą komuś pomóc.

Zdecydowanie wolę ten drugi rodzaj żałoby, aby w najgorszym (nawet dość egoistycznym) cierpieniu odnaleźć cel i okazję, by mimo wszystko pomóc innym w NOWYM POKOJU, kuchni, gdzie przestanę kroić na drobne te swoje smutki, a przyrządzę coś dobrego, w łazience, gdzie przestanę wycierać zapłakaną twarz, w salonie, gdzie włączę weselszą muzykę i zmienię zasłony na bardziej prześwitujące, w gabinecie, gdzie napiszę coś inspirującego, list do nieznan

ego

 

 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH