MOJA LEWA STOPA
„Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń!” — jak stwierdził roześmiany Nick Vujicic, który w ogóle nie rozumie, po co nam ręce i nogi, skoro nie zawsze umiemy dojść tam, gdzie chcielibyśmy i nie zawsze tymi rękami czynimy to, co powinniśmy. Cierpimy nad nadmiar kończyn, sugestii, opinii, dygresji. Biegamy tu i tam, zamiast wejrzeć w siebie. To paradoks, że taki geniusz, jak Stephen Hawking dopiero będąc sparaliżowanym zaczął osiągać największe sukcesy w swojej dziedzinie. Dla niejednego człowieka, cierpiącego na swoisty syndrom ADHD w tym głośnym, chaotycznym świecie, podobnym do mnożących się aplikacji, największym wyzwaniem jest się skupić i wyrazić swoje pragnienia i cele.
Nick, aby wyrażać swoje myśli potrzebuje tylko sprawnie działającego umysłu, wyraźnej mowy, entuzjazmu na swojej wesołej buzi no i jednej nieco zdeformowanej stopy. Niby mało, a jednak w sam raz, by trafić w sedno. Jego kalectwo jest paradoksalnie błogosławieństwem, by ludzie zwrócili na niego uwagę i posłuchali jego świadectwa. Odpowiednie narzędzia dla mówcy motywacyjnego, który przez swoje doświadczenia pokazuje ludziom inny sposób życia. Gdy znów czujemy tą dziwną bezradność w tym bezmiarze możliwości, jakie mamy wokół siebie, gdy mimo tego, że jesteśmy sprawni, silni, uzbrojeni w różne gadżety, wciąż natrafiamy na jakiś mur… naszych wymówek, nagle staje przed nami ten pozornie niepełnosprawny człowiek, który rozbija te wszystkie wymówki w drobny mak. Czujemy wstyd. Nick urodził w 1982 roku, a rok wcześniej zmarł inny, równie barwny człowiek, który do wyrażania siebie miał tylko lewą stopę i bardzo zniekształconą mowę. Wszystko przez porażenie mózgowe. Od dziecka musiał walczyć, aby być traktowanym normalnie, musiał walczyć o swój głos, o to, aby wyrazić chociaż jedną myśl, jedno słowo.
Skupiony jak nigdy, czerwony od determinacji, spocony, ściska między palcami swojej stopy kawałek kredy. Kreśli niedbale kolejny znak. Przechodzi fazę prehistorii kreślenia w jaskiniach dziwacznych figur. Matka uparcie czeka, gdy ta koślawa kreska dopełni kształt, podczas gdy ojciec uważa to za bohomazy. Nie ma siły się pochylać nad kalekim synem, gdy dookoła jest jeszcze mnóstwo rodzeństwa do wykarmienia. Christy jest tym słabszym dzieckiem, które pewnie za niedługo umrze. Naturalna selekcja. Trudno. Nie pierwszy, nie ostatni. Spośród dwudziestu dwojga dzieci państwa Brown przeżyło tylko trzynaście najsilniejszych, w tym Christy. Ale to dla pana Browna jeszcze niewiele znaczy. Odnosi się on niechętnie do syna, traktuje go jak niewygodny mebel w małym szeregowym domku pełnym dzieci. Ale obecność Christy’ego spaja tą rodzinę. Rodzeństwo nie traktuje go jak innego. Stara się pomóc, jak może. Christy nawet zostaje zaproszony do piłkarskich rozgrywek podwórkowych i udaje mu się strzelić honorowego gola.
Ale oczywiście najbardziej nad biednym Christym pochyla się jego matka. Matka zawsze będzie wierzyła w swoje dziecko i kochała bezgranicznie, podczas gdy na miłość ojca, jego uwagę dziecko musi sobie zasłużyć. Christy się nie poddaje, kreśli coraz pewniej kolejne słowa. A potem słowa zmieniają się w kontury obrazów, które stają się coraz bardziej kolorowe. Jak jeszcze inaczej siebie wyrazić, jaki znaleźć megafon do świata, rodziny, do ojca, by wreszcie zostać zauważonym i traktowanym jako świadoma istota? To problem każdego z nas, jaką znaleźć drogę, by wyrazić siebie, swoje talenty, myśli, uczucia.
Panie i panowie, czas przedstawić Christy’ego Browna, pisarza i malarza, postaci na tyle ciekawej, by powstał o niej film, „Moja lewa stopa”, gdzie główna rola przypadła Lincolnowi, czyli Danielowi Day-Lewisowi, który skręca się i garbi tak jak później Eddie Redmayne w „Teorii wszystkiego”. I jak widać, takie role niepełnosprawnych bohaterów, zmagających się jeszcze bardziej z ciężkim losem, zazwyczaj przynoszą deszcz nagród, w tym tą najważniejszą, czyli Oscara. Oprócz charyzmy Lewisa, również na uwagę zasługuje tu Brenda Fricker, w roli cierpliwej matki, która stara się nie traktować Christy’ego jak mamimsynka i nie daje mu odczuć, że jest on innym dzieckiem. Ta inność jeszcze odbije się w innej roli Fricker, gdy zagra ona tajemniczą kobietę z gołębiami w słynnym „Kevinie samym w Nowym Jorku”. Z kolei Ray McAnally w roli szorstkiego, despotycznego ojca wprowadza grozę do domu. To typ ojca, który oczekuje dyscypliny i posłuszeństwa ze strony swoich dzieci. Sam też nie ma lekko, bo właśnie stracił pracę.
Długo trzeba się starać, by zasłużyć na pochwałę od niego. To tyran, który jest gotowy wyrzucić swoją córkę, gdy ta jest w ciąży. Wszyscy się go boją w domu, poza jego żoną, która niczym wytrawny strateg sprytnie ustawia kolejne sytuacje, by nie dać odczuć mężowi, że stracił on swoją siłę. Znamienne, że to ostatnia rola McAnally’ego, który parę miesięcy po premierze filmu zmarł.
Sama historia Christy’ego to właśnie wychodzenie z cienia ojca i matki. Znalezienie swojej wielkiej miłości w sztuce i zakochiwanie się w różnych kobietach, które pomagają albo z litości albo z sympatii. Jednak prawdziwa historia Borwna nie jest tak kolorowa, nie opowiada o tym, jak pokraczny książę znalazł swoją księżniczkę/pielęgniarkę i spisał swoje dzieje dla potomności, jak to widzimy w filmie.
Brown osiągając popularność jako malarz, spotkał na swojej drodze zamężną kobietę ze Stanów Zjednoczonych, niejaką Beth Moore, która bardzo mu pomogła w dalszej karierze pisarskiej, będąc dla niego pielęgniarką ale i podtrzymującą dyscyplinę w pisaniu. Moore i Brown wkrótce zbliżyli się bardzo do siebie aż w końcu postanowili się pobrać.
Jednak po drodze Brown zaplątał się w romans z niejaką Mary Carr i to w końcu ona została żoną pisarza i malarza aż do jego śmierci. To był dziwny zwrot w życiu uczuciowym artysty. Mary Carr nie miała jednak zbyt dobrej opinii, podobno wcześniej była prostytutką i jak się później okazało, nadużywała alkoholu i przemocy wobec niepełnosprawnego męża, o czym miały świadczyć liczne sińce na jego ciele. A na dokładkę Mary również zdradzała męża. Niektórzy twierdzą, że być może przyczyniła się ona również do przedwczesnej śmierci Christy’ego, który udławił się podczas obiadu.
Chyba wolimy jednak pamiętać to filmowe zakończenie, gdy Christy znajduje w tajemniczej opiekunce swoją przyjaciółkę i niezależność. Jest gotów pisać jeszcze wiele niezwykłych historii i spotykać się ze swoimi czytelnikami i odbiorcami jego obrazów, aby ich inspirować do przekraczania własnych granic. Skoro on miał odwagę coś zmienić, to chyba nie ma sensu narzekać na własne ograniczenia.
Soldier of only you can do what must be done.
You know, in some ways you're a lot like me,
you're just a prisoner and you're tryin' to break free.
I can see a new horizon underneath the blazing sky,
I'll be where the eagles flying higher and higher.
Gonna be your man in motion, all I need is a pair of wheels.
Take me where the fututre's lying; St. Elmo's fire.
(Man in motion – „St elmo fire”)
Komentarze
Prześlij komentarz