LOKIS. RĘKOPIS PROFESORA WITTEMBACHA
Zawsze mnie zdumiewa, że ten polski film grozy, nakręcony ponad pół wieku temu, nie zawierający w sobie właściwie żadnych „przesadnych krwistych scen” i „bestii szczerzących zęby do kamery” potrafi wzbudzać takie dreszcze na plecach. Reżyser Janusz Majewski sięga tu do noweli „Lokis. Rękopis profesora Wittembacha” autorstwa Porspera Mérimée i przenosi nas na tereny Litwy i Żmudzi, by ukazać dziwny związek między niedźwiedziem w puszczy, a umęczonym hrabią Szemiotem w swoim tajemniczym pałacu.
Ale cóż to takiego niezwykłego, że niedźwiedź na tych terenach? A i hrabia to żadna rewelacja. Obaj się wzajemnie uzupełniają, bo przecież hrabia i inni szlachcice lubią polować na grubego zwierza. A niedźwiedź musi uciekać lub w porę przestraszyć jakiegoś ważniaka. Ach tak ustrzelić takiego wielkiego zwierza i udowodnić swoje męstwo i odwagę. Oto prestiż szlachty. Komu kula w serce? Bach!! Rozległo się między drzewami. Lecz nie wiem, skąd kula wyleciała? Widziałeś panie tą zgarbioną staruszkę między drzewami. Czy to wiedźma? A tam gdzieś już ucieka nimfa! A jednak folklor robi swoje i każde takie niezwykłe miejsce pełne bujnych lasów i tajemniczych jezior odbije swój urok w słowach poety. Nawet nasz drogi Mickiewicz i jego poezja znalazły u Prospera swoje dostojne miejsce. Przypomnijmy sobie „Świteziankę” i natchnijmy się aurą tego miejsca. W tym dziwnym równaniu oprócz związku hrabiego z niedźwiedziem wspomnijmy jeszcze o niedyspozycji matki hrabiego, a właściwie o jej obłędzie, tak bardzo skrywanym przed ciekawskimi gośćmi i dziwne upodobanie hrabiego do wspinaczki po drzewach. Bogaci mają swoje humory i dziwactwa. Stać ich na ten ekscentryzm, nieprawdaż? Prawdaż, prawdaż. Ale posłuchaj drogi panie, podobno niegdyś biedna matka hrabiego została zaatakowana przez niedźwiedzia, a co niektórzy nawet sugerują, że zaszła z nim w ciążę. I tym niechcianym dzieckiem jest właśnie hrabia Szemiot. Matka nie może znieść jego obecności. Z jednej strony człowiek o zwyczajnym wyglądzie, z drugiej bestia żądna ludzkiej krwi. Niedźwiedź, wilkołak albo co jeszcze!
Takie to rewelacje słyszy Profesor Wittembach, wybitny etnograf i lingwista, który szuka odpowiednich źródeł do swojego nowego tłumaczenia Biblii na język żmudzki. Toś ty biedaku słowo Pana chcesz nieść pośród te dzikie ludy, gdzie takie straszne historie się opowiada? Właśnie u hrabiego Szemiota znajduje się cenny katechizm, który z pewnością przyda się ambitnemu Wittembachowi, by sprawdzić różne konteksty. Ciepło przyjęty w pałacu przez hrabiego, uczony może na jakiś czas zapomnieć o gorzkiej prozie życia i oddać się podróży przez zawiłości języka.
Ale czy równie dobrze przygotował się na grozę, która coraz bardziej spowija jego wyobraźnię w tym osobliwym pałacu? Biedak jeszcze zza swoich okularów racjonalisty nie dostrzega, w jakim dziwnym miejscu przyszło mu przebywać. Dwór hrabiego z bogato wyposażoną biblioteką, otwarty na intelektualistę każdej maści nosi jednak w sobie mnóstwo mrocznych tajemnic, których rąbka uchyla nadworny lekarz, doktor Froeber. W tej roli jowialny Gustaw Lutkiewicz (pan prezes z „Alternatywy 4”) wspaniale kontrastuje tu z chłodnym, bladym hrabią Szemiotem (Józef Duriasz) i ciekawskim Wittembachem (Edmund Fetting). Froeber raz to snuje te dziwne legendy i niepokoi gościa swoimi niekonwencjonalnymi metodami leczenia matki hrabiego, a potem jak gdyby nigdy nic dolewa sobie mocnej wódki, podpatruje panienki kąpiące się w rzece i śmieje z oburzenia drogiego Wittembacha.
Dziwna atmosfera tego miejsca nie sprzyja pracy naukowej profesora, który choć lubi tłumaczyć metafory Pisma Świętego na równie zawiłe języki, to jednak nie potrafi do końca wytłumaczyć tego, co dzieje się tuż obok niego. Ale oto nagle niespodzianka! Uchodzący za samotnika hrabia bierze ślub z uśmiechniętą Julią Dowgiałło. Może wreszcie zapanuje zdrowsza atmosfera w tym pałacu. Życie rodzinnie rozkwitnie i będzie jak w bajce. A jednak wszystko kończy się zupełnie inaczej. To przecież nie baśń, a groza. Słyszeliście? Co to za krzyki? Prędko! Biegnijmy. Urywający się krzyk, wiszący jeszcze między pokojami i zakrwawione ciało świeżo poślubionej kobiety. A gdzie mąż, gdzie hrabia! Otwarte okno i ślady niedźwiedzich łap.
Wittembach powoli zaczyna w swej wyobraźni dostrzegać dziwny związek między niedźwiedziem, wilkołakiem a niepozornym, cichym hrabią, który nie mógł zapanować nad swoją przeklętą naturą. Może ruszył biedak przed siebie z nadzieją, że wreszcie ktoś go ustrzeli i da wieczny pokój jego duszy, by nikogo już nie krzywdził? Niech las przyjmie tą zagubioną bestię i zakryje jej grzechy swoim mrokiem. Aż sprawiedliwy myśliwy sięgnie swą kulą i zabija potwora.
Janusz Majewski do końca trzyma nas w niepewności i nie wiemy tak naprawdę, co się stało. Nie widzieliśmy żadnej bestii, nie wdzieliśmy kłów zatapiających się w ciało przerażonej kobiety, która liczyła na romantyczny wieczór czy upojną noc poślubną. To nasza wyobraźnia pracuje na zdwojonych obrotach, a niepokojąca muzyka potęguje grozę. Reżyser umiejętnie podkłada nam lustro do naszych podświadomych lęków. Niezwykłe, jak wystarczy niewiele sygnałów, które dają nam powód do niepokoju. Ze zdziwieniem pojmujemy, że w gruncie rzeczy to my sami jesteśmy autorami naszego strachu, ubranego w najstraszniejsze bestie, których zęby czujemy na skroni.
Komentarze
Prześlij komentarz