GRA czy aby wszystko? JAK DOSTAĆ KOPA ZA WIELKIE PIENIĄDZE
Mężczyzna budzący się w trumnie. Cały brudny i pokryty pajęczynami. Ledwo wychodzi z tej spróchniałej skrzyni, bierze głęboki oddech. Jest przerażony. Czy już umarł, czy może padł ofiarą okrutnego żartu? Ubrany w biały, poplamiony garnitur wygląda jak anioł rozpaczy albo upadły amant szukający litości u przechodniów. Błąka się po cmentarzu a potem po ulicach w poszukiwaniu jakiejkolwiek życzliwej mu osoby. Choć nie tak dawno chodził w ciemnych garniturach, jak przystało na poważnego pana inwestora i jeździł BMW. Szedł z zadartym nosem przed siebie, a w ręku ściskał skórzaną walizkę, nie zważając na innych dookoła.
Co się stało?
Kości zostały rzucone na tajemniczej planszy. I wszystko się zmieniło
Podobno bogaci nie mają problemów, a jeśli już to chyba tylko te kosmiczne, znaczy marsowe… Za bardzo co niektórych ciągnie na inne planety, by oderwać się od tego ziemskiego padołu. A może bogacze w ogóle są z innych planet. Jedni to wizjonerzy, inni za bardzo zadufani w sobie, jedni chciwi, drudzy inwestujący nie tylko w ciekawe patenty ale i w ludzi. Wciąż stający przed tym wielkim problemem, jak dużo zyskać, inwestując przy tym małe środki? Czasem się nie da. Trzeba postawić wiele, aby zyskać główną nagrodę, jaką będzie tu oświecenie i apetyt na życie.
Siadam na fotelu, który wręcz zapada się pode mną. To zmartwienia tyle ważą. Reszta to procenty wielkich inwestycji. To był ciężki dzień. Czy dziś coś zdobyłem? Czy wyrwałem coś tej krwiożerczej bestii podatkowej? Czy tak ma już być do emerytury? Co za okropna rutyna, niby wszystko jest. Wszystko pod kontrolą, ale jednak czegoś brakuje. Spontaniczności. Życia. W starannie ułożoną strukturę puzzli nagle wkrada się jakaś dziwna ciecz i rozrywa wszystko na drobne elementy, które trzeba znów na nowo uło
żyć.
W dwa lata po „Grze” Fincher nakręci kolejny głośny film „Fight club”, gdzie również będzie pytał, choć w bardziej brutalny sposób o znaczenie w życiu. Tam również bohater osiągający dobrobyt staje na rozdrożu i postanawia zerwać z konsumpcyjnym stylem na rzecz życia na krawędzi pięści w imię tytułowego „Klubu walki” – „podziemnego kręgu”, by poczuć smak krwi, smak życia. I tu i tam pobrzmiewa to głośne pytanie, jak być w życiu spełnionym, jak żyć pełnią życia?
Skończyłeś studia, wypełniłeś ambitny plan. No i dalej, teraz kariera. Jeśli oddajesz się pracy, wytkną ci pracoholizm, jeśli zaś marzysz i się obijasz, wytkną ci próżniactwo. Czego ten świat od nas chce i czego my chcemy od siebie? Nieznośne pytania, które doprowadzają głównego bohatera „Podziemnego kręgu” do niezłej psychozy i wreszcie schizofrenii. Bohater „Fight Clubu”, typowy „Yuppie” to trzydziestoparoletni gość, który już osiągnął swój podstawowy standard: dobre mieszkanie, meble, samochód, pracę. Z kolei bohater „Gry”, Nicholas van Orton (co za wykwintnie brzmiące nazwisko) to bohater dobiegający pięćdziesiątki, doświadczony bolesnymi przeżyciami, majętny człowiek, żyjący w swoim małym królestwie. „Człowiek sukcesu”, w którego Michael Douglas wcielał się już wiele razy (Gordon Gekko, Oliver Rose). Ale prawdę powiedziawszy ten bohater niewiele korzysta z procentów, jakie daje sukces. Odziedziczył sporo po ojcu, od matki na osiemnaste urodziny dostał złoty zegarek, którym mierzy swoje nudne godziny, w czasie których głównie inwestuje pieniądze.
Mieszka w wielkiej rezydencji, choć zajmuje jego małą część. Nie w głowie mu balangi czy rozbijanie się sportowymi autami. Kiedyś lubił łowić ryby. I chyba nawet złowił złotą rybkę. Jest skryty jak Bruce Wayne, ale nie prowadzi podwójnego życia. Lśniące, czarne BMW służy mu jako karawan codziennie wiozący go na cmentarz zmarnowanych marzeń. Nicholas van Orton to dość nudny, uporządkowany facet, rozwiedziony, samotny, małomówny, chłodny, sztywny, czujny na wydarzenia polityczne i ekonomiczne – od tego zależy, gdzie zainwestuje pieniądze. Reszta go nie interesuje. Towarzystwa mu dostarcza czasem jego służąca, Ilsa, która kiedyś pracowała dla jego ojca. Trochę jak matka, przyjaciółka, choć i tak jest trzymana na dystans. W pracy jeszcze nudnej, harmonogram dni, raporty, decyzje, unikanie bankietów i spotkań towarzyskich. „Nie lubię niespodzianek”. O tak. Nicholas dobrze pamięta pewną niespodziankę, gdy jego ojciec w wieku 48 lat popełnił samobójstwo, skacząc z dachu domu. Nicholas szybko dorósł i za wszelką cenę chciał uporządkować swoje życie. Nie wszystkie emocje udało musi poukładać na półkach jak książki. Więc wziął się za porządkowanie pieniędzy. Taki Gordon Gekko w drugiej wersji. Wyszło trochę inaczej. Po prostu jest pustka. Ale jest bezpiecznie. Melancholia, nuda człowieka z wyższych sfer. Spleen, jakby określił to Baudelaire. Dzień świstaka do potęgi.
Teraz Nick zbliża się do tej magicznej daty. Także skończy 48 lat. Czy to coś znaczy? Nick już od paru lat nie obchodzi urodzin. Jest pusto, cicho, zupełnie inaczej niż kiedyś, gdy był jeszcze dzieckiem i gwiazdą przyjęć urodzinowych. Siedzi przed telewizorem z wyciągniętymi nogami, jak znudzony obserwator wydarzeń i gdzieś w głębi duszy krzyczy „zaskocz mnie, oczaruj drogie Losie”, a mimo to wciąż zasłania się maską sceptycyzmu.
Wydaje się, że nasz bohater już dawno stracił zainteresowanie życiem, ale od czego jest rodzina. W dniu urodzin jak zwykle dzwoni do niego jego była żona, Elisabeth, która mimo wszystko wciąż ma oko na swego byłego męża. Sama założyła nową rodzinę i w pewnym sensie czuje się trochę winna, że zbudowała swoją szczęście na samotności Nicka. Stara się go wspierać słowem, a zwłaszcza w dniu tych feralnych urodzin, które przypominają o tragicznej śmierci ojca Nicka. Ale gdzieś w każdym jej ciepłym troskliwym słowie pobrzmiewa ta rada, by Nicholas odetchnął pełnią życia. Elisabeth jeszcze zdąży dopełnić swoją rolę w „Grze” pomagając bohaterowi w ostatnim starciu. A kto jeszcze oprócz byłej żony może pomóc van Ortonowi?
Zjawia się dawno nie widziany braciszek Nicka, Conrad, taki syn marnotrawny (Sean Penn), dla którego Nick jest nie tylko starszym bratem ale i ojcem, gdy prawdziwego ojca zabrakło. Wyluzowany braciszek Conrad to zupełne przeciwieństwo sztywnego Nicholasa. Facet, który zawsze lubi łamać wszelkie zakazy, nawet ten dotyczący palenia w restauracjach. Nie wiedząc, co dać w prezencie bratu, który ma właściwie wszystko, wręcza mu bilet do Centrum Rozrywki Społecznej, gdzie można się naprawdę rozerwać. Ale to nie bilet do wesołego miasteczka, to coś więcej. Ale co? „Głębokie doświadczenie życiowe”. Nicholas nie rozumie tych metafor. Chodzi o grę, którą trzeba podjąć. Zabawne, że w tym samym roku co „Gra”, premierę miała też komedia „Człowiek, który wiedział za mało” z Billem Murrayem. To historia o niepozornym, ofermowatym bohaterze, który w prezencie od brata otrzymał zaproszenie do gry, gdzie trzeba przejść odpowiednie plansze i scenki. Zupełnie, jakbyśmy odwiedzili plan jakiegoś filmu sensacyjnego, gdzie rzecz jasna strzelają do nas ślepakami. Kłopot w tym, że główny bohater przez przypadek zostaje wciągnięty w prawdziwą intrygę z mafią w roli głównej. Oj będzie wesoło. Niepozorny bohater grany przez Murraya nagle zostaje uznany za specjalnego agenta i płatnego mordercę, który coraz bardziej miesza w akcji. I nagle nieudacznik staje się bohaterem (podobnie jak w filmie „Co z tym Bobem”). I podobnie jest tu w „Grze” Finchera. Centrum Rozrywki Społecznej daje możliwość klientowi przeżycia niezwykłej przygody rodem z filmu sensacyjnego. Wszystko jest tu skrojone do naszych indywidualnych potrzeb, byśmy nie wykorkowali na wstępie. Będzie aż tak ostro? Człowieku! Nie zabraknie pistoletów, terrorystów, pościgów (jeśli ktoś lubi), a wszystko po to drogi kliencie, byś przeżył emocje w 4K albo i więcej. To jest dopiero rozrywka. Najpierw jednak trzeba przejść szereg testów psychologicznych, badań lekarskich (by firma ubezpieczeniowa się nie czepiała), by sprostać planszy gry, jaka za niedługo wtargnie brudnymi buciorami w starannie ułożone życie potencjalnego klienta. CRS to wesołe miasteczko dla bogatych, którzy odcięli się już od wszelkich stresów. Jak widać ludzie z klasy średniej lub niższej mają grę zapewnianą codziennie przez zwykłe otoczenie. Ale nie rozpraszajmy się, wróćmy do planszy, na którą znudzony Nicholas w końcu się zdecydował.
Kości zostały rzucone. Koszula z naszywką van Orton poplamiona. CRS zawsze plami, a klient musi improwizować, jak wyjść z kolejnej trudnej sytuacji niczym McGyver.
Oto Nicholas van Orton jedzie swoim czarnym BMW, z pod którego kół rozpryskują się krople wody. Dziś padało. A może to łzy, wyrażające tęsknotę za czymś? Pasaż nostalgii rozwija się jak szpula z taśmą dawnych zdarzeń. Nasz bohater przekracza bramę rezydencji w Beverly Hills, przejeżdża przez ogród, rzekłbyś „magiczny ogród”, gdzie między konarami błyska światło z projektorów dawnych wspomnień, które niejako ukształtowały Nicka. I oto gdy już po seansie podjeżdża pod swój dom, gra się zaczyna bolesnym zwiastunem. Oto przed domem bohatera, gdzie teoretycznie nikt nie ma dostępu, leży sobie ktoś. Jak się okazuje jest to zwykła lalka, kukła ludzkich rozmiarów. Ten arlekinowy pajac już wcześniej pojawiał się we wspomnieniach Nicholasa z przyjęcia urodzinowego.
Tam między śmiechem i radością, w tym pozornym raju szczęścia i dobrobytu zakradł się wąż melancholii i smutku. Już wtedy było widać, jak ojciec Nicholasa jest wciąż nieobecny. Gdzieś znikał w salonach. Gdzieś odchodził w tą otchłań. Aż wreszcie odszedł na zawsze. Lecz wcześniej nie zapomniał dać synowi w prezencie piękny model żaglowca. A żaglowiec ten zdaje się być symbolem nadchodzącej dorosłości. „Od teraz sam musisz sterować swoim życiem synku i łapać wiatr w żagle”. I Nicholas będzie tym sterem, podczas gdy ojciec odejdzie na zawsze, zniknie w tym ciemnym przejściu, by potem skoczyć. Te wszystkie wspomnienia przywoływane na początku domkną się w finalnej scenie filmu.
Czy odważysz się skoczyć po raz drugi? Skoczyć w życie?
Pajac leży na podjeździe, tak jak kiedyś leżał jego ojciec, gdy skoczył z dachu… Ten pajac o dziwnej, niby sympatycznej, a jednak na swój sposób przerażającej twarzy (jak lalka Annabelle). To twarz cyrkowca-szaleńca, ryzykanta, który nie zna żadnych granic. Żartuje i zabija kolejny wątek niczym Joker. Zajrzyjmy na chwilę do słownika, by upewnić się, że „Błazen” to w języku angielskim „jester”. Słowo to kojarzy się z jestestwem, byciem, eksplorowanie swego jestestwa, swojej istoty pośród podrzucanych kul. Błazen żartuje i objawia prawdę jestestwa królowi, który nie może polegać tylko na grzecznych sługach. Potrzebuje jeszcze jakiegoś żartownisia, łobuziaka na swoim dworze, by mieć dystans do tego wszystkiego, co rozgrywa się w jego królestwie (umyśle).
Z kolei języku niemieckim „Błazen” to „Der Narr”, co z kolei kojarzy się z narracją, którą każdy z nas sobie snuje i wierzy, budując w ten sposób niejako swój los czy nawet przeznaczenie. I jakie wnioski z tych lingwistycznych wariacji i kalamburów? Nasz bohater w starannie skrojonym garniturze o wykwintnie brzmiącym nazwisku Nicholas van Orton lubi mieć zawsze rację. Swoją racją prowadzi swoją narrację niczym dumny król, który boi się na chwilę wyjść ze swojej roli. Czas pozmieniać w jego narracji wątki. Porozrzucać puzzle i kręgle.
Tytułowa „Gra” to sztuka poszukiwania nowej narr-racji w swoim życiu, przepełnionym ciężkim konsumpcjonizmem. Niepozorna zabawka zapowiada w życiu poukładanego Nicholasa van Ortona prawdziwy armagedon. Kości zostały rzucone i będzie się działo, prawie jak w „Jumanji”, choć bez dzikich zwierząt. Tutaj dżunglą będzie miasto i różne zawarte w nim przygody, a pionkami będą postacie, przemykający przez kolejne plansze.
Jedną z takich kluczowych postaci wiodących Nicolasa ku przygodzie jest niejaka Christine (nadobna Deborah Kara Unger), którą na początku poznajemy jako kelnerkę w restauracji, gdzie van Orton zazwyczaj jada lunche. Co ciekawe pojawia się ona jeszcze przez rozpoczęciem oficjalnej gry. I już przyjmuję rolę kelnerki (w scenie z Conradem). Pewna siebie, bezczelna, drapieżna, niebezpieczna idealnie kontrastuje z nadętym van Ortonem i jeszcze wylewa na niego wino w restauracji. Tak właśnie rozpoczynają tą grę, od niefortunnej znajomości, aż to Christine wreszcie poda Nicholasowi truciznę i wyprowadzi go w pole. Beatrycze prowadzi Dantego do piekła.
Po serii różnych zbiegów okoliczności, dziwnych wypadków, akcji van Orton sam już nie wie, czy to wszystko jest zabawą, czy też został wciągnięty w jakąś intrygę, gdzie broń nie jest plastikowa. Mania prześladowcza, psychoza, autosugestia nabierają teraz wyjątkowego znaczenia w tym dziwnym kontekście gry. Podejrzenia van Ortona potwierdza jego przerażony brat, który sam boi się teraz o własne życie. A Conrad zawsze miał wybitny talent do wpadania w kłopoty. Czy CRS to jakaś dziwna organizacja, sekta, mafia? Jak to jest, że potrafią oni kontrolować każdy ruch swojego klienta, widzą go jak na wielkiej planszy, tak jak złośliwi bogowie patrzą na śmiertelników z góry. Gdzie oni są, czemu mi to zrobili?! Pytania rzucane jak strzały do mglistego celu, gdzie podobno urzędują „siły losowe”. Emocje sięgają zenitu, jak na wieżowcu, gdzie van Orton miał biuro. Z tej wysokiej wieży patrzył sobie na życie przeciętniaków z góry. Ale przyjdzie taki moment w grze, gdy Nicholas stanie na krawędzi dachu, gotowy, by skoczyć w wielką głębię.
Istotą Gry jest to, że po jakimś czasie jej trwania uczestnik staje się bardzo podejrzliwy i czuły na wszelkie znaki, plamy na koszuli i znikający atrament na dokumentach, zachowania, dostrzega ludzi, obok których wcześniej obojętnie przechodził. Wszystko ma teraz znaczenie. Podobny mechanizm zobaczymy w filmie „Ale jazda”, gdzie główny bohater, młody bohater przed studiami, szukając swojej życiowej drogi zwraca uwagę na drogowskazy, powiedzenia, symbole, znaki i przede wszystkim nowo spotkanych ludzi, którzy podpowiadają mu, jak dalej zmierzać do celu. Przerwaliśmy nieelegancko planszę na dygresję i oddech. Należało się to naszemu bohaterowi. Bo gra jest wyczerpująca. Paradoksalnie sam van Orton jako wymagający inwestor również chce przerwać „planszę” kariery swego partnera biznesowego, Ansona Beara, prezesa wydawnictwa, które ostatnio nie przynosi oczekiwanych zysków. Bear, choć starszy od Nicholasa, dobry przyjaciel jego ojca również wpadł w pułapkę pracoholizmu. Oddał niemal całe życie swojemu wydawnictwu. Jednak nie można być cały czas szefem, może warto już odpocząć, nacieszyć się jesienią życia. To właśnie takie argumenty z sarkastycznym tonem wypowiada sam Nicholas, chcąc odsunąć Ansona ze stołka. Ale czy sam nie dostrzega, że obraz Ansona Beara w biurze jest niemal lustrzanym odbiciem jego życia. Bear oczywiście jest wściekły, że syn jego przyjaciela jest tak bezwzględny w interesach. Potem jednak okaże się, że miał rację. Że dopiero na emeryturze Anson odżył i zaczął się cieszyć życiem rodzinnym, za co Bear będzie mu wdzięczny. Póki co Nicholas sam musi również zrozumieć, że potrzebuje dłuższych wakacji od rutyny, w jaką popadł. Ale nie chodzi o nudne wakacje pod palmą, tylko o intensywną przygodę, gdzie w każdej minucie bohater poczuje, jakby był na krawędzi.
Pora wrócić do przerwanego wątku. Rzucić kośćmi jak w Jumanji i czekać na kolejną planszę. Zimny Nicholas powoli traci nerwy w tej dziwnej grze, która stawia go w coraz dziwniejszych sytuacjach. To jest największy dramat tego człowieka, że nagle traci kontrolę nad swoim życiem. Starannie wymodelowana fryzura jest potargana, a w oczach miesza się strach z frustracją. Niezwykłe jak pod koniec filmu nasz bohater jest tak roztrzęsiony, przerażony, gdy traci niemal wszystko, pieniądze ale i zdrowy rozsądek, podobnie jak wcześniej bohater „Upadku”. Zdany tylko na siebie, bez swojego BMW, w brudnym ubraniu, ze śladami pobicia, jak włóczęga prosi ludzi o pomoc, zwykłych ludzi, których kiedyś mijał zapewne na ulicy, nie zwracając na nich specjalnej uwagi. Wcześniej Nicholas ledwo się uśmiechał, lekko pod nosem, z pretensjonalną ironią. Teraz płacze i uśmiecha się tak szczerze, jakby doznał wielkiego oczyszczenia. A Conrad w białej marynarce przedstawia go na przyjęciu urodzinowym jako swego brata… marnotrawnego. „Panie i panowie, oto mój brat, Nicholas van Orton”. Wreszcie mogę tego sztywniaka nazwać swoim bratem.
Ale zanim do tego doszło, Nicholas musiał zdecydować się na ten wielki skok, który stanowi w tym filmie motyw przewodni. Zdesperowany bohater podświadomie chce powtórzyć tragiczny los swojego ojca. Mając poczucie, że wszystko przegrał, wreszcie staje na krawędzi wieżowca, by za chwilę oddać się swobodnie w przepaść.
Ten skok z wieżowca to jak przebijanie się przez kolejne warstwy swego dawnego ja, stosy wspomnień i wreszcie przez szklany dach hotelu (ciekawe jaki rachunek sobie życzyli za zniszczenia tego pięknego dachu i jak przewidzieli, że skoczek uderzy w właśnie w to miejsce?). Baaach. Craach. Mieniące się kawałki sztucznego szkła spadają na podłogę wielkiej sali balowej, gdzie czekają już goście. Piękne wejście w nowe życie. Ale skąd CRS wiedziało, że Nicholas wyląduje właśnie w tym a nie innym miejscu? Dokładne obliczenia, współrzędne? Na ironię, jednego z agentów CRS, odpowiedzialnego za zdrowie Nicholasa, zagrał Michael Massee. To aktor, który grał w filmie „Siedem” sennego recepcjonistę w klubie dla fetyszystów. A wcześniej okrył się złą sławą w legendarnym „Kruku”, gdzie zastrzelił prawdziwą amunicją Brandona Lee (niedopatrzenie techników). W „Grze” jednak wszyscy specjaliści od efektów specjalnych nie dopuścili do takich rażących pomyłek i Nicholas van Orton jakoś przeszedł swoją grę.
Choć niektóre interpretacje zakończenia „Gry” podpowiadają, że może jednak Nicholas zginął, dopełnił swego losu jak jego ojciec wcześniej. Ta scena z przyjęcia urodzinowego, gdy wszystko się wyjaśnia przypomina trochę finałową scenę z „Titanica”, kiedy Rose umiera i powraca jako duch na statek, gdzie znów spotyka Jacka i pozostałych pasażerów. Skąd to przypuszczenie, że Nicholas jednak zginął? Przyjrzyjmy się uważnie, gdy Conrad przytula Nicholasa. Widzimy na jego plecach ślady krwi, ranę wylotową. Wcześniej przecież Nicholas go zastrzelił. Czyli pocisk przeszedł przez ciało Conrada? Magia efektów specjalnych CRS czy może jednak… wieczne życie? Umarli się zmartwychwstają. Dosłownie albo w przenośni.
Nicholas van Orton odrodził się na nowo, a rok później, niejaki William Parrish, stojący u progu swego życia wraz Joe Blackiem, jest gotów odejść z czystym rachunkiem i świadomością, że warto było każdego dnia próbować smaków życia.
I co warto było przejść tą dziwną grę, w której człowiek staje na granicy swej wytrzymałości, odrywa się od swojej bezpiecznej przystani? Bierze udział w pościgach, strzelaninach i hotelowych intrygach. Kończy wreszcie pochowany żywcem w mauzoleum, by potem wziąć głęboki oddech i jako brudny, pobity, żebrak ze złotym zegarkiem od rodziców być zdanym na łaskę innych ludzi.
Film „Gra” zadaje nam jeszcze filozoficzne pytanie o to, jaki powinniśmy dostać prezent na swoje urodziny, by trochę zmienić dotychczasową nar-rację życia? Prezent, który nie tyle da przyjemność, co naukę, a nauka zawsze jest bolesna. Tylko tak się nauczysz, jak poznasz inne życie. Przygnieciony wygodą i bezpieczeństwem bohater musi szukać siebie w ekstremalnie niebezpiecznym wesołym miasteczku, aby po wszystkim uśmiechnąć się do siebie w lustrze.
Ale czy gdybyś miał szansę doświadczyć wielkiego, oczyszczającego przeżycia – zdecydowałbyś się na to, zapłaciłbyś za taką przygodę? To inwestycja w siebie, a przecież nasz bohater jest inwestorem.
Nie bój się, podejmij grę, sprawdź co będzie w następnej rundzie. Czyżby było to namawianie do hazardu życiowego? A może nasz świat, zwłaszcza Zachód tak już otoczył się konformizmem, że z nudów nie wie co ma robić i jak szukać prawdziwego życia? Stąd ten apetyt na sporty ekstremalne, eskapadę w Himalaje, a nawet w kosmos albo wreszcie tydzień w klasztorze buddyjskim. Byleby coś przeżyć intensywnie. Może zmęczyliśmy się kolekcjonowaniem tego co namacalne i wreszcie dążymy do tego, by kolekcjonować mocne wrażenia. Nawet jak przesadzimy, to niech będzie krótko i intensywnie.
Scenariusz do gry to dzieło Michaela Ferrisa i Johna Brancato, których talent będziemy potem podziwiali choćby w „Surogatach”. I tu i tam rzeczywistość diametralnie się zmienia, i tu i tam szuka się bezpieczeństwa, luksusu, spokoju, ale taki surogat życia w postaci bogactwa nie zastąpi prawdziwego życia.
Gra grą, a w grze oprócz ciekawej akcji i ironicznych dialogów równie ładnie gra muzyka w wydaniu Howarda Shore’a, który stanął tu przed ciekawym wyzwaniem. Jak oto pokazać w dźwiękach zwyczajne życie bogatego człowieka, a potem podkreślać coraz więcej pęknięć na jego psychice. Fortepian potrafi dodać klasy danej scenie, ale gdy trochę się zafałszuje, naciśnie nie te klawisze, co trzeba, zboczy z aokordów, można wtedy ukazać dekonstrukcję życia bohatera, jego niepokój. Pod tym względem soundtrack „Gry”, w której wiodącym instrumentem jest fortepian, przypomina mi trochę fortepianowy soundtrack Grusina do „Firmy”.
Na pierwszy plan wysuwa się tu główny motyw „Happy birthday, Nicholas”, który w swoich pierwszych nutach kojarzy się trochę z muzyką Maurice’a Jarre’a do „Drabiny Jakubowej”, skąd inąd filmie również traktującym o życiu i śmierci. Smutne, spokojne klawisze otwierają scenę z przyjęcia urodzinowego głównego bohatera, którego widzimy jeszcze jako uśmiechniętego chłopca. Już za niedługo doświadczy on śmierci ojca. Powolny utwór. Niskie dźwięki podbijają rytm i powagę, w które ma się wpisać główny bohater, krocząc delikatnie pod płaszczem swego dobrego nazwiska i majątku, co z kolei podkreślają te wyższe dźwięki.
W innym utworze, opisującym „konfrontację” van Ortona z pajacem, słyszymy te wysokie, wręcz świdrujące, odliczające napięcie dźwięki, gdy Nick wyciąga z ust pajaca kluczyk. Kluczyk do nowego życia. Potem z kolei słyszymy, jak przypadkowe dźwięki fortepianu się rozjeżdżają, jakby rozbijało się coś kruchego, zupełnie jakby małe szkiełka spadały na podłogę, obrazując w ten sposób dezorientację głównego bohatera.
No i wreszcie ten piękny finał, gdy znów Shore łączy motyw otwierający („Happy Birthday Nicholas” z końcowym („Happy Birthday Nicky” – „Pulling back Curtain”), jakby koło tej dziwnej historii się domknęło. Kompozytor w finale dodaje trochę jaśniejszych dźwięków, oddających nadzieję, wzruszenie i radość. Jakby każdy wysoki dźwięk fortepianu był tu niczym łzy szczęścia na tle dostojnych smyczków. Pięknie i z klasą.
A na koniec trochę psychodelii, bo w TAKIEJ grze trzeba naprawdę ruszyć wyobraźnią, szukać niebanalnych połączeń, iść bardziej szlakiem awangardowych poetów ,aniżeli bezpiecznych, utartych narratorów zwykłej powieści
Jefferson Airplane śpiewa na koniec:
Kiedy ludzie na szachownicy wstają i mówią ci gdzie masz iść.
I po prostu zjadłaś jakieś grzyby.
I twój umysł pracuje powoli. Idź zapytaj Alicję.
Myślę że ona wie. Kiedy logika i proporcje
Opadły niechlujnie martwe.
A Biały Rycerz przemawia od tyłu.
I Czerwona Królowa jest pozbawiona głowy.
Pamiętaj co powiedział Suseł: "Karm swoją głowę Karm swoją głowę!"
(https://www.tekstowo.pl/piosenka,jefferson_airplane,white_rabbit.html)
Czym karmić? Nowymi znaczeniami, symbolami, wskazówkami… jak to w grze
To jeden z tych filmów, które są jak zagadka, nigdy do końca nie wiesz, co spotkało głównego bohatera. Film intrygujący na tyle, aby powracać do niego właśnie w takich momentach, gdy czujesz się zmęczony swoją egzystencją. Zawsze warto przeżyć grę, choćby tą filmową, by coś jednak sobie uświadomić.
Carpe diem
Komentarze
Prześlij komentarz