AUTOSTOPOWICZ (HITCHER 1986) NA AUTO...STRACIE ŻYCIA

 







 

 

Czyli kolejny spektakularny „pojedynek na szosie”. Tym razem jednak osaczony kierowca staje oko w oko ze swoim prześladowcą, okazuje mu serce, podwozi go w czasie okropnej ulewy, patrzy w jego błękitne oczy, ale nie potrafi odgadnąć jego mrocznej duszy i wciąż jest zdumiony, jak taki jeden człowiek może wprowadzić tyle chaosu?

 

Gotowi? Zapnijcie pasy. W radiu „Riders on the storm”, za oknami ciemno i deszcz. No to ruszamy. Po wszystko i po nic.

 

Dla mnie ten film to idealny i oczywisty przykład kina drogi i zarazem kina, w którym młody bohater doświadcza bolesnej inicjacji wejścia w prawdziwe życie, gdzie nikt nigdy nie jedzie zgodnie z przepisami ruchu drogowego (zasad moralnych). Może przesadzam, ale jeśli jesteś zbyt idealistycznie nastawiony do życia, to prędzej czy później znajdzie się ktoś taki na twojej drodze, kto wywróci twój świat do góry nogami. Będziesz musiał jeszcze raz te wszystkie porozrzucane fragmenty poukładać wedle swoich priorytetów i wartości. Póki co rozkoszuj się widokami za szybą.

Miło jest tak jechać pustą szosą o wschodzie słońca, zwłaszcza gdy jest się młodym. Wokół bezkresne pola. Pejzaż sprzyjający przemyśleniom. Nic nie przytłacza, nic nie rozprasza. Za kilkadziesiąt kilometrów kolejny kierunkowskaz i znów pustkowie. Miło wtedy odpocząć od tego całego zgiełku miasta. Taką podróż inicjacyjną zafundował sobie choćby Chris McCandles, dwudziestotrzyletni absolwent college’u, którego historię spisał Jon Krakauer, a w 2007 roku Sean Penn nakręcił o nim film „Wszystko za życie”. Przed studiami prawniczymi chciał wyjść na chwilę z torów, jakimi miał jechać przez resztę życia, powtarzając ten sam schemat co inni, wpisując się w model życia ambitnego yuppie. Chris jednak za bardzo zboczył z trasy, a nawet pozbył się samochodu by wieść życie włóczęgi, aż w końcu dopełnił swego kresu na Alasce, umierając w wyniku zagłodzenia.

Podobną trasą inicjacyjną wybrał młody bohater filmu „Ale jazda (Interstate 60)”, gdzie jest parę odniesień do kultowego „Autostopowicza”. Podróż przez nieistniającą autostradę numer 60 jest dobrą okazją, aby poukładać na swojej życiowej drodze odpowiednie znaki i priorytety. Jednak historia Neala kończy się znacznie lepiej niż historia McCandlesa. On odnajduje swój cel i ku niezadowoleniu ojca, nie zostaje ambitnym prawnikiem, tylko artystą.

Jim Halsey jednak wyjeżdżając z domu nie zakładał, że odbędzie aż taką podróż inicjacyjną. Po prostu miał dostarczyć samochód pewnemu facetowi w Californii. Podobnym torem idzie „Erratum” Marka Lechkiego, gdzie główny bohater ma dostarczyć klientowi samochód, a w wyniku nieszczęśliwego wypadku, jego podróż nabiera charakteru podróży sentymentalnej do własnego domu i opuszczonego ojca, z którym musi stara się odnaleźć wspólny język.

Halsey przemierza pustą szosę o czwartej nad ranem. Stara się nie spać, ale powieki mu się kleją do oczu, aż słyszy sygnał nadjeżdżającej ciężarówki. Czy to jawa, czy sen? Czas się zbudzić. Pozornie służbowa podróż staje się metaforą drogi życia, na której trzeba się mieć nieustannie na baczności. Uważaj, kogo spotykasz. Jedni są drogowskazami, drudzy zgubą. No i też powtarzano, że warto pomagać ludziom, czyż nie? Taka okropna pogoda. Aż żal się robi tych, co muszą przemierzać tą trasę samotnie i w deszczu. Tajemnicza sylwetka z wysuniętą ręką niczym kierunkowskaz za chwilę zmieni twoje życie o 360 stopni.

Przemoczony, w pomiętym płaszczu (w stylu Columbo) budzi litość i coraz bardziej intryguje. A gdy spogląda swoimi błękitnymi oczami i dziwnie się uśmiecha, po plecach przechodzą ciarki. Już po paru minutach od spotkania nieznajomego, Jim czuje, że zabrał ze sobą niewłaściwego faceta, który sobie wyznaczył za cel usuwanie zbędnych kierowców, jadących utartymi szlakami. Facet ewidentnie wynalazł patent na zakorkowane ulice. Tyle, że tutaj na tych peryferyjnych szosach jakoś mało samochodów, a czasem nawet się zdaje, że więcej tu opuszczonych aut przy szosie niż jadących na samej drodze. Te stojące wozy należą najczęściej do ofiar tajemniczego autostopowicza, który bezczelnie złapał okazję, chwilę się przejechał po czym pozbawił życia swoich dobroczyńców. Jakby był pasożytem, który zabiera z każdym kilometrem kolejnych kierowców, by tak pokonać swoją trasę. Aż nagle trafia na Johna.

Liczne niedomówienia, żarty, którym sprzyjają cienie na twarzy. Raz tajemniczy rozmówca jest bardzo poważny a innym razem wybucha śmiechem jak Joker. Trudno nadążyć nad jego emocjami. John stara się panować nad kierownicą, ale wciąż czuje na sobie to zimne spojrzenie rozmówcy. Te dziwne oczy wyłaniające się z ciemności, a po chwili już jakaś latarnia muska światłem twarz nieznajomego, który zapala papierosa, by jeszcze bardziej zamglić swój wizerunek. Aż z tego mroku, dziwnych żartów, podejrzanych spojrzeń wysunie nóż i zacznie grozić. Czujesz te emocje? Nóż przy skroni albo oku.

Ile krwi z ciebie zejdzie? Ile krwi teraz się w tobie gotuje? Jak z tego wybrniesz? Wziąłeś na pokład szaleńca. Czy oddasz mu stery swojego życia?

 

O co mu tak naprawdę chodzi? Co ja zrobiłem? Pytanie jak z „Procesu” Kafki.

 

O to wszyscy pytają. Ale rzadko który potrafi udzielić właściwej odpowiedzi. O co ci chodzi? Pierwsze właściwe pytanie w tej drodze obłędu, którą czasem pokonujemy tak lekko bez zastanowienia. Aż tu nagle pojawia się ktoś, kto zmusza nas do silnej refleksji nad tym, dokąd zmierzamy i kim jesteśmy na tej drodze, którą pozornie wybraliśmy. Kto pokona Hitchera, ten dowiedzie swojej prawdy na drodze życia.

Autostopowicz rzuca wyzwanie Jimowi. „Powstrzymaj mnie przed zabiciem”. Jim żyje tylko dlatego, że autostopowicz imieniem John Ryder (Rider?) tego chce. Zginą wszyscy dookoła na tej piekielnej drodze, zginą, kobiety, dzieci, wredni i sprawiedliwi policjanci, ale ty wciąż będziesz żył, coraz bardziej upokarzany przeze mnie mój młody człowieku. Powstrzymaj mnie, albo dalej wpadaj w moje sidła.

Kim jest Ryder? Nie ma aktu urodzenia i jak sam twierdzi: pochodzi z Disneylandu. Może jest zagubionym androidem, który wystawia na próbę młodego człowieka? Pokaż na co cię stać mały, uwolnij swoją bestię. Niech mnie przestraszy, niech mnie zabije. A może jest człowiekiem w średnim wieku, który chce sprawdzić odporność młodzieńca na mocne wrażenia. Myślisz, że jesteś młody i cały świat stoi przed tobą otworem. No to pokaż swoją siłę. Zadałem ci zagadkę. Spróbuj ją rozwiązać smarkaczu! A może jest znudzonym człowiekiem, który ma już za sobą wszystko i jedyne co mu pozostało to autodestrukcja i samobójstwo z fajerwerkami. Może jest kimś, kto na tej metaforycznej drodze życia szuka kogoś ciekawego, a znajduje tylko nudnych typów, żyjących wedle określonych schematów. Zaskoczcie mnie ludzie albo gińcie jak psy! Albo jest człowiekiem, który już nie może znieść swojego odbicia i szuka kogoś odważnego, kto stawi mu czoła i wreszcie go powstrzyma, uratuje innych przed nim i uratuje jego samego, przerywając ten morderczy korowód.

To spore wyzwanie. Tylko rozejrzyj się Jimmy. Jak to jest przemierzać szosę, na której wszyscy ludzie, których poznałeś, po chwili giną z ręki szaleńca? Znalazłeś się na drodze tornada. Demon zniszczenia depcze po twoich śladach. Dotąd dla ciebie życie było czymś normalnym. Zwykłą jazdą samochodem bez większych kłopotów. Teraz zaczynasz doceniać każdy przebyty kilometr. Teraz uświadamiasz sobie, że chcesz żyć

Zdumiony Jim spotyka na tej drodze kogoś, kto chce go zniszczyć. Tak bez powodu. Ale również spotyka w przydrożnym barze kogoś, kto mu wierzy i chce mu pomóc. Może to przyjaźń, może coś więcej. Kolejne cenne doświadczenie na drodze życia. Tym kimś jest zupełnie obca dla niego młoda kelnerka o imieniu Nash, która marzy, żeby się wyrwać z tej dziury. I oto nagle do restauracji przybywa chłopak w skórzanej kurtce, śmierdzący benzyną, który twierdzi, że jest prześladowany przez jakiegoś szaleńca. Co za odmiana w tej monotonii. Przygoda wisi w powietrzu. Nie wiedzieć czemu, Nash wierzy temu brudnemu chłopakowi, który równie dobrze mógłby być jakimś włóczęgą lub właśnie mordercą. Przygotowuje mu nawet śniadanie: cheeseburgera z frytkami. Zupełnie jak w domu. Zmęczony przerażającą rzeczywistością mężczyzna wraca do ciepłego domu, gdzie czeka na niego ukochana, podająca mu posiłek. To taki typ dziewczyny, z którą można pogadać od serca i poczuć wielką ulgę, że jest ona obok. Może Nash czuje sympatię, słabość do Jima? Może w nim widzi szansę, by się wydostać z tej dziury, nawet jeśli by to była wielka ucieczka przed tajemniczym Ryderem i policją, która wciąż myśli, że to Jim Halsey jest tym podejrzanym, zabijającym każdego na swej drodze. Nie zabraknie pościgów policyjnych i helikoptera ze snajperem. Miło być popularnym. Ale żadna policja nie powtrzyma Rydera, dla którego te wozy policyjne są jak zabawki z figurkami policjantów działających zawsze tak samo. Za chwilę wylądują one na jednej kupie, która stanie w ogniu. Niegrzeczny chłopiec się znudził zabawą.

No dalej młody, powstrzymaj mnie przed zniszczeniem. Przyłóż lufę pistoletu do mojej skroni. Przeciwstaw się temu zniszczeniu! Ryder będzie uderzał w coraz czulsze punkty Jima, aż w końcu uderzy w niewinną Nash, która w tej dziwnej przygodzie Jima zaczęła coś dla niego znaczyć. Ta niewinna relacja, jeszcze nieskalana grzechem w przejezdnym motelu. Ta wyjątkowa dziewczyna przeżyła z nim najbardziej niebezpieczną przygodę w jego krótkim życiu. Ta obca dziewczyna, która podała mu śniadanie, pozwoliła zadzwonić na policję. Zaufała mu, mierzyła do policjanta z pistoletu, by tak uratować osaczonego Jima. Zdobyła się na więcej niż można było oczekiwać. Zapłaciła za to najwyższą cenę.

Jimmy musisz zrozumieć, że na tej strasznej drodze nie można się tak bardzo do tego wszystkiego przywiązywać. Kogoś lubisz, czy kochasz, kogoś ostrzegasz, wiedz, że jutro Ryder się upomni o tą osobę. Musisz to w końcu zrozumieć chłopcze, że nikt nie powstrzyma tego potwora, tylko ty sam. To twoja droga, na której musisz stoczyć pojedynek. Spojrzeć jeszcze raz w te błękitne, złośliwe oczy, przejechać tą bestię, rozstrzelać, uwolnić swoje demony, a o zachodzie słońca poczuć wreszcie spokój.

Nareszcie przeżyłeś coś tak intensywnego. Poczułeś strach, ból, gdy dookoła widziałeś trupy jak na wojnie, chwilę zwycięstwa, gdy pierwszy raz wyrzuciłeś tego nieznajomego z samochodu, przyjaźń, gdy przyjąłeś dar od tej dziewczyny i wreszcie gniew, który zjednoczył w tobie rozedrgane dotąd siły. Skupiłeś się w sobie, by posłać te ostre pociski prosto w jądro ciemności. Jesteś już wolny, tak jak kiedyś David Mann, pokonujący kierowcę ciężarówki 


 

„Autostopowicz” ma tą niezwykłą ascetyczną, pustynną atmosferę samotnej szosy, co zrealizowany piętnaście lat wcześniej słynny „Pojedynek na szosie”. Spielberga Uwagę zwraca minimalizm w dialogach i ujęciach. Twórcy oszczędzają nam tu zbyt drastycznych scen. Ktoś właśnie zginął, widać jego porzucony samochód. Pokazują tyle, ile trzeba, rozstrzelani policjanci, czy ten odcięty palec jako frytka, nie więcej, nie mniej, by w tej historii nie popaść w zbyt tani horror z krwawą jatką, która by przytłoczyła świetne, dramatyczne kreacje aktorów.

Trzeba to przyznać otwarcie, że Rutger Hauer ze swoimi wytrzeszczonymi, błękitnymi oczami doskonale pasuje do psychopatów bez skrupułów. Siedzi w tej roli Rydera wygodnie jak jeździec w siodle. Wyrazy uznania również należą się młodemu C. Thomasow Howellowi, który grając w tym filmie miał równo dwadzieścia lat. Wcześnie dał się poznać w „Wyrzutkach” Francisa Forda Coppoli. Świetnie pokazał metamorfozę od miłego chłopaka, który żartuje i pomaga nieznajomym po zdecydowanego mściciela, który musi walczyć o siebie na tej okrutnej drodze życia.

„Hitcher” to także mocny debiut scenopisarski Erica Reda, który w chwili premiery tego filmu liczył sobie dwadzieścia pięć lat. Ironią jest fakt, że Red czternaście lat później spowodował poważny wypadek, wjeżdżając swoim samochodem w przydrożną restaurację, zabijając dwoje klientów. Przytłoczony tym wypadkiem, sam próbował popełnić samobójstwo, sprawa zakończyła się odszkodowaniem dla rodzin ofiar wypadku.

 

Nigdy nie wiesz, kiedy autostopowicz wejdzie na twoje pozornie prostą drogę i jak wszystko wywróci dookoła.

 

Chwytliwy pomysł z tajemniczym nieznajomym, który urządza prawdziwe piekło na autostradzie, został odświeżony po dziewiętnastu latach. W 2007 roku Dave Meyers wrócił z „Autostopowiczem” na ekrany kin. Pytanie tylko, po co właściwie do tego wracać, skoro sam film jest niemalże kopią (niestety gorszą) tego, co widzieliśmy w oryginale. Tym razem dwoje studentów Jim i Grace, wybierających się nad jezioro Laka Havasu, zabiera ze sobą tajemniczego autostopowicza, by po paru przebytych kilometrach przekonać się, że zabrali niewłaściwą osobę, która zrobi wszystko, by uprzykrzyć im podróż i ozdobić ją krwią. Zdecydowanie w tej wersji twórcy nie żałują drastycznych scen, choćby tej z rozerwaniem człowieka na połowę.

Sean Bean jakoś specjalnie nie zaskakuje swoją kreacją, jak w przypadku Boromira. Jest zwyczajnym twardzielem, sadystą, który strzela tu i tam. Nie ma tej zagadki, tego obłędu w twarzy co Hauer. Ale z drugiej strony właśnie ta zwyczajność autostopowicza jest jego największą bronią. Z początku budzi zaufanie, by potem nagle wyciągnąć nóż i przyłożyć go do skroni przerażonego kierowcy. A resztę już znamy. Nowe wcielenie Rydera nie odpuści, dopóki ta osoba, którą wybrał nie przerwie jego działania.

Bądźmy pewni, że Ryder znowu powróci. Jego powłoka cielesna jest słaba, ale duch zawsze wraca, by po raz kolejny wystawić kogoś na próbę.

 

Strzeżcie się i trzymajcie mocno kierownicę.



 

 

 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

YUMA, CZYLI ROBIN HOOD Z NIEMIEC DO POLSKI

NIEPOKONANI. PRZEZ ŚNIEGI, LASY, PUSTYNIE I DALEJ