CO Z TYM BOBEM? CZYLI SŁODKA ZEMSTA PACJENTA
Zawsze zastanawiałem się, czy psychiatrzy są krystalicznie normalni, by przez soczewki swej mądrości leczyć różnorakie manie, jakie dręczą zwykłych śmiertelników. Utarł się już żart, że jak wybierasz studia z zakresu psychologii lub psychiatrii, to faktycznie masz problem ze sobą. Chcesz przede wszystkim wyleczyć siebie. Ale i dobrze kombinujesz, wszak ten cały świat zmierza do szaleństwa, a ludzie coraz mniej siebie rozumieją i słuchają. Muszą dopiero wynająć kogoś, kto przez godzinę ich wysłucha i coś podpowie. Czas pomyśleć o prywatnej praktyce, konfesjonale dla zagubionych dzieci XXI-wieku.
Psychiatra, pan i władca, ten co z dystansem porządkuje ludzkie emocje, ustala strategie, wzory i całą gramatykę zachowania danego pacjenta. Codziennie słyszy to rozpaczliwe pytanie: „Och wszechmocny, jak mam dziś żyć?!” Jestem wolny, mogę wszystko, a jednak nie potrafię nic zmienić. Nie potrafię być wolny i swobodny, bo jednak wolność prze przeraża. Muszę się zawsze czegoś bać.
Wielki pan w fotelu rozkłada ręce i wymyśla nową terapię. Od terapii do terapii moje przeznaczenie się rysuje. Aż czasem kusi taka słodka myśl, jak taki opanowany psychiatra, tłumaczący w telewizji dane procesy, doświadcza bólu, przerażenia, skrajnych emocji, gdy staje pod murem. Wszak psychiatra to człowiek, prawda? Człowiek, czy nadczłowiek? Taki psychiatra z traumą może byłby bardziej empatyczny (jak to widzieliśmy w filmie „Pokój syna” czy w Teatrze Telewizji „Kuracja”) a może i mniej zdystansowany? Na te wszystkie wątpliwości stara się nam odpowiedzieć Frank Oz, słynny lalkarz, obsługujący Mistrza Yodę w „Imperium kontratakuje”, który tym razem postanowił wyreżyserować komedię o psychiatrze i pacjencie.
Doktor Leo Marvin (Richard Dreyfuss) sprawia wrażenie specjalisty, któremu żadne szaleństwo nie jest straszne. Niejednemu potworowi odciął głowę (a nawet kiedyś walczył z rekinem w słynnych „Szczękach”) i od razu napisał o tym książkę, w której przedstawia nową, rewolucyjną terapię. Przynajmniej tak rewolucyjną, aby doktor mógł wystąpić w telewizji i pochwalić się swoim nowym patentem na pogmatwane emocje. Ze starannie przyciętą brodą, pod krawatem, prowadzi swoją praktykę na najwyższym piętrze szklanego wieżowca, z którego widać piękną panoramę miasta, jak i wszystkich ludzi, niczym mrówki, mające zawsze te same problemy. Aż z tego padołu łez, na sam szczyt wdrapuje się niejaki Bob (Bill Murray jeszcze przed „Dniem świstaka”, „Człowiekiem, który wiedział za mało” i już po „Ghostbusters”), pacjent pełen fobii, lęków i natręctw, ale nadzwyczaj świadomy swego kryzysu.
Doktor Leo wciąż górujący nad tym rozczochranym nieszczęśnikiem jeszcze nie zdaje sobie sprawy, że ten niepozorny, poczciwy Bob zmieni tak diametralnie życie lekarza. Oto pacjent pełen fobii zafunduje psychiatrze życie pełne niespodzianek. I żeby było jeszcze śmieszniej, Bob przeżywszy kryzys psychiczny sam stanie się wybitnym specjalistą z psychiatrii (z własnej autopsji), robiąc tym samym konkurencję zadufanemu w sobie Marvinowi.
Komentarze
Prześlij komentarz