TRUMAN SHOW
Kiedy oryginalny scenariusz trafia do równie niezwykłego reżysera, Petera Weira, a w roli głównej widzimy aktora o sporych możliwościach komediowych i dramatycznych, można być pewnym, że wyjdzie z tego niezwykłe kino. „Truman show” to bez wątpienia jeden z najciekawszych filmów końca dwudziestego wieku, mający premierę rok przed „Matrixem”, kolejnym manifestem wątpliwości wobec otaczającej rzeczywistości.
Najciekawszy film, czyli jaki? Taki, który w swej formie jest jak filozoficzna bajka z bardzo głębokim dnem. Taki, który porusza uniwersalne tematy jak wolność jednostki w tej absurdalnej rzeczywistości, nie zawsze będącej tym, czym się wydaje. Gdzieś w tej jaskini platońskiej, ponad cieniami, jest inne życie, czyż nie? Tylko, czy masz odwagę po nie ruszyć, gdy Big Brother wciąż ma cię na oku? A może to życie w tych znanych scenografiach jest najlepszą wersją tego, co mogłoby nas spotkać? Po co jeszcze dążyć do czegoś innego? Czy nie lepiej usiąść z paczką chipsów i zapasem piwa na kanapie i rozkoszować się nowym programem telewizyjnym?
Trumana Burbanka poznajemy już jako trzydziestoparoletniego mężczyznę pod krawatem, który właśnie zmierza swoim odpicowanym autkiem do pracy w dziale ubezpieczeń. Przed chwilą pożegnał się ze swoją ukochaną, wiecznie uśmiechniętą żoną, która pracuje jako pielęgniarka. A gdy już wyszedł ze swojego pięknego domu ze starannie przyciętym trawnikiem i żywopłotem, przywitał się ze swoimi równie sympatycznymi sąsiadami. I tak dzień w dzień. Niby sympatycznie, miło, a jednak człowiek coś zaczyna podejrzewać. Jest po prostu zbyt dobrze. Może to objawy schizofrenii albo manii prześladowczej? Coś jest nie tak. Czy nie masz czasem wrażenia stary, że bierzesz udział w jakimś tandetnym przedstawieniu? Chciałoby się zapytać swojego najlepszego kumpla. Ale kto wie, czy i on nie bierze udziału w tym spisku? Komu zaufać?
Życie Trumana właściwie jest dość nudne, przynajmniej z perspektywy głównego bohatera, który osiągnął już przyzwoity standard życia. Ma dobrą pracę, przyjaciół, rodzinę. Do pełni amerykańskiego snu brakuje mu tylko dzieci, jak nakazuje schemat. Ale Burbank gdzieś w głębi siebie samego wciąż pozostaje zagubionym chłopcem, rzuconym w ten, a nie inny model rzeczywistości. Rozmarzony chłopiec snuje sobie w wyobraźni wielką wyprawę na Fidżi albo gdziekolwiek, byleby zmienić na jakiś czas otoczenie. Z jednej strony chciałby wypłynąć na pięknym jachcie, po roztopionym złocie ku zachodzącemu słońcu, ale z drugiej strony nasz bohater nosi w swej pamięci traumę wyprawy z dzieciństwa, gdy podczas takiego tragicznego rejsu stracił ojca. To pragnienie ucieczki i strata ojca czynią Trumana na tyle ciekawym bohaterem, że codziennie przyciąga on przed ekrany telewizorów miliony widzów. Znamienne, że Jim Carey dwa lata przed produkcją „Trumana” grał główną rolę w „Telemaniaku”, wcielając się w montera kablówki, człowieka, który żyje swoją pracą dwadzieścia cztery godziny na dobę. Tak bardzo jest samotny, że próbuje za wszelką cenę zaprzyjaźnić się ze swoimi klientami. Była to słodko-gorzka kreacja faceta, który wręcz wariuje z samotności przed szklanym ekranem. W „Truman show” natomiast główny bohater to nieświadomy uczestnik wielkiego reality show, który odczuwa coraz większą pustkę w swoim wyreżyserowanym życiu. Jak zwykle Jim Carey bawi, ale potrafi też wzruszyć. To ta sama półka aktorstwa, co Robin Williams – stand-uper, komik, który między łzami szczęścia wprowadza nutę smutnej refleksji. A za ten wysiłek Carey zresztą dostał Złotego Globa.
Skoro mamy się tu czepiać wszystkiego, tak jak podejrzliwy bohater, który sprawdza każdy element scenografii, to zacznijmy od imienia głównego bohatera. Już w samym „Tru…man” jest coś takiego. No właśnie. Jakbyśmy słyszeli tu „prawdę”, „true” i „man”, co moglibyśmy wytłumaczyć sobie następująco: „Tru(e)man”, czyli człowiek, który zmierza do prawdy, człowiek autentyczny, jedyny prawdziwy pośród tego zakłamanego przedstawienia. Człowiek, który nie spocznie, dopóki nie dotrze do prawdy. Ha, ha. Naciągane słowotwórstwo, w którym każda filozofia i teoria znajdą swoje miejsce. Póki co nasz marzyciel poszukuje innego miejsca dla siebie. „Gdzieś tam daleko, gdzieś ponad tym wszystkim”. Może na Księżycu?
Wpatrzony tęsknym wzrokiem w Księżyc, nawet nie zdaje sobie sprawy, że jest on zamieszkały przez wiele sprytnych istot, które nadzorują każdym elementem rzeczywistości Trumana Burbanka, tak, by on – główna gwiazda tego niezwykłego programu Reality Show, codziennie cieszył miliony osób przed ekranami telewizorów, a przy okazji, żeby sprzedało się parę reklam. Jak pięknie żona Trumana uśmiecha się do kamery pokazując puszkę z danym produktem, podczas gdy Wszechmocny Christoph umiejętnie reżyseruje każdą scenę, tu przybliża, tam oddala, reguluje napięcie i stara się przewidzieć kolejny ruch swojego telewizyjnego dziecka. Przerażające jest to, że Christoph właściwie zna lepiej Trumana niż on sam siebie. Zna jego potrzeby, ambicje i lęki i może nimi odpowiednio żonglować ku zadowoleniu widzów.
Gdyby nie on i jego szalona wizja, Truman wiódłby zwyczajne życie jako zwykły człowiek. Nie byłby gwiazdą. Niczyje dziecko, które miało w perspektywie adopcję lub tułaczkę po domach dziecka. Tu, w studiu telewizyjnym pośród tysięcy aktorów Truman znalazł swój dom. Odnalazł bezpieczne życie, sprzedając swoją prywatność. Lecz na szczęście, jak na razie nie ma świadomości tej straty. Nie jest kimś rozpoznawalnym w swoim otoczeniu. Nikt go nie dręczy autografami i fotkami z jego podobizną. Jest wśród swoich. Każdemu mówi cześć, dzień dobry, a oni odpowiadają mu tak samo. Jak łatwo stworzyć sobie iluzję bezpieczeństwa i swojskości. Takie jest życie Trumana, ale tajemniczy Christoph uważany przez jednych za geniusza, który stworzył prawie idealny mikroświat w studiu telewizyjnym, a przez drugich za hienę żerującą na prywatności Trumana, zdaje się sam nie mieć życia innego niż tu w studiu telewizyjnym, gdzie codziennie przed swoim ekranem śledzi poczynania swego ulubionego aktora. Jak troskliwy ojciec Bóg, opiekuje się Trumanem z góry, podsuwając mu różne przynęty, które mają rozwinąć bohatera lub go nastraszyć, żeby się cofnął, jak szczur w labiryncie. Tu zrobimy sztorm, tu nagle zapalimy słońce, tam podsuniemy kogoś albo odsuniemy na tej szachownicy, by bohater przeżył stratę. Jak łatwo jest sterować człowiekiem i jego emocjami, czyż nie? Ale Christoph nie docenia Trumana. Nie zna jego wszystkich myśli, jakby się mogło wydawać.
Aż strach pomyśleć, kiedy szczur nagle zniknie. Zostanie tylko labirynt pełen domysłów. Co wtedy zrobi biedny Christoph, który poświęcił całe swoje życie na stworzenie tego niezwykłego programu? Co zrobi telewizja, jeśli zabraknie głównego bohatera najbardziej popularnego programu? Czy sprzedadzą się jakieś reklamy? Martw się szef telewizji grany przez Philipa Bakera Halla, który za parę lat znów wróci do tej roli, by pokazać nam, że „Tak się robi telewizję” („Tv set” w reżyserii Jake’a Kasdana)
Truman na szczęście jeszcze nie musi się tym przejmować. On chce tylko sprawdzić granice swojego świata, w którym dotąd żył. Chce się przekonać, czy jest coś innego i czy może żyć inaczej. Wciąż migocze mu w pamięci to wspomnienie o Lauren, dziewczynie spotkanej na studiach, jedynej autentycznej osobie, która zdradziła mu w tajemnicy, że coś jednak tu nie gra w tym życiu/przedstawieniu. I od tej wpadki Lauren przestała grać w tym programie. Zniknęła z życia Trumana jako wariatka, która plecie bzdury. Zabrało ją pogotowie, a Truman przez chwilę to uwierzył. Bał się myśleć, że jednak może być coś innego poza tym światem, że tamta dziewczyna miała rację.
Christoph nie pozwoli, by jakaś idealistycznie nastawiona aktoreczka próbowała wyrwać Burbanka z tej protezy życia, jaką jest studio telewizyjne. Nie można zmieniać środowiska naturalnego. Truman zna tylko ten świat. Wypadł z gniazda i wychował się w złotej klatce bez drapieżników i innych nieprzyjaznych okoliczności. Christoph uważa to za wielki sukces, wychował on Trumana pod bezpiecznym kloszem studia telewizyjnego, nie dopuszczając go do prawdziwego życia, które może być bardziej bolesne, ale może być też ciekawsze, gdyby Truman tam na wolności spędził resztę życia z kobietą, którą naprawdę pokochał… Lauren. Ona już nie ma wstępu do studia, ale wciąż śledzi z niepokojem perypetie Trumana. A zwłaszcza wzrusza się, gdy widzi, że jej ukochany wciąż o niej pamięta, próbując odtworzyć wizerunek Lauren z wycinków gazet. Te oczy, usta, włosy wciąż nie odpowiadają tej wycinance.
CIACH. WIELKIE CIĘCIE
Truman w końcu zdaje sobie sprawę, że padł ofiarą jakiegoś wielkiego spisku, że na każdym kroku ludzie, jak sterowane roboty stają mu na drodze w osiągnięciu danych celów. Zapewne mania prześladowcza tłumaczyłaby te wszystkie spiskowe teorie. Przecież niejeden wariat jest gotów zerwać okowy iluzji. Wystarczy, że bohater zrobi coś inaczej, zwolni kroku, rozejrzy się podejrzliwie, zmieni kierunek, a już nagle pojawia się coś lub ktoś, jakiś element, który ma skutecznie blokować dalsze działanie jednostki, która chce się wyłamać. Zupełnie, jakby ktoś go bacznie obserwował. Skąd się wzięły u licha te samochody na pustej drodze? Co za synchronizacja. Jakby ktoś je uruchomił jednym przyciskiem.
Dziś z kolei za jednym kliknięciem, w poszukiwaniu interesujących nas ofert, w internecie wyświetlają się reklamy spersonalizowane, odpowiadające naszym zainteresowaniom. Wielki Brat Google wie o nas więcej niż mogliśmy się spodziewać. Zaprawdę, rzeczywistość jest niezwykłym mechanizmem, gdzie wszystko tak wspaniale pracuje. Wystarczy jednak, że coś zrobisz nie tak, mechanizm przyspiesza, by nadgonić straty spowodowane twoją autorefleksją. Pojawia się niepokój otoczenia, które chce jak najszybciej wbić cię w tryby, żebyś znów żył w odpowiednim rytmie. Uśmiechnięta dotąd żona Trumana, wyraźnie się niepokoi i zerka w którąś z kamer, szukając ratunku u reżyserów. Zróbcie coś, on przestał działać wedle scenariusza! Biedna kobieta nie wie, jak improwizować i poddać się żywiołowi spontaniczności. Truman to właśnie odkrył i czuje się jak nowonarodzony. Coś się w nim obudziło. To małe przestraszone, wytresowane dotąd zwierzątko zmieniło się w bestię, która uderza coraz mocniej w przeźroczyste ściany klatki, w której się znalazło. I co zrobicie teraz wy wszyscy mądrzy treserzy, no co?!
Truman, który bał się morza ze względu na bolesne wspomnienie o stracie ojca, teraz zdeterminowany jak nigdy przedtem, wyrusza jachtem, licząc, że gdzieś tam jest ten brzeg prawdy… byleby nie była to góra lodowa. Christoph nie daje po sobie poznać, jak bardzo jest zdziwiony. Wciąż zgrywa potężnego Boga, któremu jeszcze żaden aktor w jego teatrzyku nie podskoczył, a tym bardziej główny bohater. Ale nawet wielki kreator musi w końcu się zmierzyć z prawdą. Zamknął w studiu telewizyjnym człowieka i uczynił z niego gwiazdę. Zabrał mu życie i prywatność. Jaką cenę za to zapłaci? Jeśli Truman wyjdzie z tego sztucznego świata, Christoph jako władca iluzji jest skończony. Nie zawaha się użyć wszelkich możliwych sposobów, jak sztuczna burza z piorunami czy sztorm na morzu, by unicestwić Burbanka. Bo lepiej żeby on zginął w tym sztucznym świecie niż poznał prawdziwy świat. A przy okazji taka tragedia też się dobrze sprzeda. Rekordowa oglądalność. Przełomowy odcinek! Nie można zrobić zakupów, bo sprzedawca tak się zapatrzył w Trumana. Prawdziwe życie przestało mieć znaczenie wobec serialu o Trumanie. Przeklęte reality show! Zostało stworzone chyba tylko po to, żebyśmy już zapomnieli o tym, jak bardzo mamy atrakcyjne własne życie. Jak wiele pomijamy cennych detali i spotkań, jak bardzo się śpieszymy z tymi wywalonymi jęzorami, bo już za chwilę nowy odcinek Trumana! Niech cię szlag Christoph! Przestaliśmy już rozmawiać o swoich sprawach, bo cały czas gadamy o Trumanie albo o jakimś innym bohaterze z instagrama albo fejsa, który nagminnie sprzedaje swoją prywatność za lajki. Sprzedajesz plastikowe życie, kradnąc nam życie! A teraz walczysz z Trumanem, który ośmielił się szukać innej rzeczywistości. Kim będziesz Christoph? Sprawiedliwym Bogiem, który każe bohatera za jego ciekawość czy zwykłym mordercą, który coraz bardziej się pogrąża w swoim kłamstwie? A może zakłamywanie siebie to efekt jakiejś choroby? Ed Harris w roli inteligentnego manipulatora pokaże swoje możliwości jeszcze w „Pięknym umyśle”, gdzie będzie starał się przekonać genialnego matematyka, Johna Nasha do tego, że pracuje dla wywiadu i rozpracowuje szpiegów. Tymczasem prawda okaże się zgoła bardziej przerażająca. Postać grana przez Harrisa ujawni się jako wytwór wyobraźni Johna, który coraz bardziej pogrąża się w schizofrenii.
Ale Truman mimo swych podejrzeń nie wydaje się być schizofrenikiem. Bardziej schizofreniczny wydaje się być świat, w którym przyszło żyć głównemu bohaterowi. Świat, w którym jedno kłamstwo buduje kolejne. Świat, w którym wszyscy o sobie wszystko wiedzą i w razie potrzeby mogą donieść jeden na drugiego. A jeśli nawet tego nie zrobią, Wielki Brat dostrzeże ich słabości.
Ale jakże bezpieczny to świat. Taki spokojny, wręcz nudny. Nic tu nie grozi, chyba, że spadnie ci na głowę reflektor (jak w „Birdmanie”). Szkoda się buntować, uciekać w nieznane. Co też może tam czekać na Trumana za tymi niebieskimi drzwiami, które były częścią scenografii nieba? Raj zakłamania ma być gorszy od piekła prawdziwego świata?! Ciemny korytarz i sporo wątpliwości. Może gdzieś tam czeka Lauren, by przywitać bohatera w nowej rzeczywistości? A może to tylko nadzieja? Czy naprawdę tego chcesz? Chcę i nazywam to świadomym wyborem. Ale czy Truman w tym nowym życiu będzie miał spokój? Będzie jeszcze bardziej popularny, będzie wiecznym uciekinierem, który nie może opędzić się od fanów na całym świecie. Czy to nie nadwyręży jego związku z Lauren? A może Truman dostanie nową tożsamość. Ale w takim razie musiałby też poddać się operacji plastycznej, żeby nie zostać rozpoznanym. Na początek odpowiedni zarost i inna fryzura załatwiłyby sprawę. A może za bardzo martwimy się na zapas, zamiast… żyć swoim życiem. Truman już dosyć skradł naszej uwagi. Pora się obudzić i żyć swoim życiem.
Komentarze
Prześlij komentarz