ZWYCZAJNI LUDZIE
ZWYCZAJNI LUDZIE. ROBERTA REDFORDA STUDIUM ŻAŁOBY
Kiedyś, dawno temu budowałem dom z klocków. Coś mi nie pasowało w konstrukcji i ciągle zmieniałem dane elementy, aż w końcu budowla runęła. Rozpłakałem się, ale te łzy oczyściły atmosferę. Teraz mogłem się przyjrzeć każdemu elementowi bardzo dokładnie i zastanowić, gdzie też dochodzi do tarć? Musiałem zacząć od nowa. To się właśnie nazywa psychoterapia. A zabiera nas w nią doktor Robert Freud Redford, dla którego ten film jest debiutem reżyserskim. To adaptacja powieści Judith Guest pod tym samym tytułem. A adaptującą się do nowej rzeczywistości jest rodzina Jarrettów, którzy muszą się zmierzyć ze śmiercią syna i brata, który zginął podczas sztormu na jachcie.
Choć film został nagrodzony Oscarem, to jednak nie jest to kino, które tak bardzo rzuca na kolana. Zresztą filmy o emocjach, psychoterapii i rodzinnym rozpadzie nigdy nie są łatwe w odbiorze. Pozornie poukładana rodzina Jarretów, gdzie głowa rodziny, Calvin (Donald Sutherland) jest prawnikiem, próbującym podtrzymać dobrą atmosferę w domu, jego żona Beth (Mary Tyler Moore) jest wzorową żoną, gospodynią, kobietą aż nazbyt dbającą o etykiety, przypominającą trochę zimną arystokratkę, która nie zamierza przyznawać, że coś jest nie tak.
No i na końcu syn Conrad, spokojny, zamknięty w sobie chłopak, który zbyt wiele od siebie wymaga. Wciąż biczuje się za tą tragedię na morzu, wciąż żałuje, że przeżył, podczas gdy jego starszy brat, Buck, ulubieniec matki zginął na jachcie. Ta ciężka emocjonalnie rola otworzyła młodziutkiemu Timmothy’ emu Huttonowi drzwi do popularności i ambitnych projektów kinowych. Conrad teraz dopiero dostrzega, że jego matka zawsze była wobec niego chłodna i zasadnicza, podczas gdy jego brata uwielbiała. Teraz gdy go nie ma, zupełnie zgasła. Ojciec nadrabia wszystko uśmiechem i żartami przy obiedzie, matka dzieli się jakimiś plotkami z miasta, ale i tak atmosfera się nie klei. I choćby nie wiem, jak się starano zatuszować całą sprawę pozorną normalnością, to jednak wciąż odczuwa się pustkę, wobec której trzeba przyjąć jakąś strategię. Coś gdzieś świszczy, drży, jakieś drobne utarczki, krzywe spojrzenia, wszystko jest stłumione, jakby cała rodzina znajdowała się na wulkanie, który za chwilę wybuchnie.
Conrad tęskni za szpitalem psychiatrycznym, gdzie nie musiał niczego udawać, mógł więcej rozmawiać z podobnymi mu ludźmi, na przykład z Karen, która też już opuściła to miejsce i mierzy się z rzeczywistością. Szpital był innym światem, może nawet rajem, ukrytym gdzieś poza tą zimną rzeczywistością. Conrad trafił tam po próbie samobójczej. Jakoś się podniósł, ale w jego błękitnych oczach wciąż gości ta melancholia i zagubienie. Nie mogąc liczyć na to, że wróci do szpitala, decyduje się na psychoterapię. To zresztą ciekawy przypadek bohatera, który jest bardzo świadomy tego, że coś jest nie tak z nim i jego otoczeniem, że musi rozwiązać pewne zagadki z rodzinnych relacji, wyjąć zatknięte głęboko drzazgi, o których rodzice nie chcą pamiętać i mówić. Conrad drżącym głosem wspomina rodzicom o cenie jednej sesji terapeutycznej, 50 dolarów. Ojciec jak zwykle z entuzjazmem przystaje na propozycję terapii, nie rozumiejąc, czemu syn tak się przejmuje kwestiami finansowymi. Matka z kolei jak zwykle reaguje chłodno. Chciała już zapomnieć o przygodach ze szpitalem psychiatrycznym, a tu teraz prywatna terapia.
Tym, który ma pomóc Conradowi w bolesnej wędrówce do siebie jest doktor Berger, w którego wciela się Judd Hirsch, późniejszy profesor Johna Nasha w filmie „Piękny umysł”. Berger próbuje sprowokować grzecznego, niepewnego siebie chłopca do wyrażenia emocji, do płaczu i gniewu. Bo w końcu w gniewie człowiek skupia wszystkie swoje siły. Jeśli chce ci się płakać, to płacz, jeśli chcesz krzyczeć, to krzycz! No dalej, powiedz mi coś niemiłego! Conrad krzyczy, nawet obraża obojętnego psychiatrę. Dzięki temu wreszcie odnajduje swój głos, który dotąd był gdzieś stłumiony przez te dramatyczne okoliczności. Uczy się dokonywać świadomych wyborów. Rezygnuje z treningów na basenie, bo coraz bardziej go to nuży. Za to zwraca się ku śpiewaniu w chórze, by tak wyrazić swój wewnętrzny głos. Śpiewanie sprawia mu coraz większą przyjemność, może także z powodu koleżanki Jeanine Pratt, w której się zakochuje. A to kolejna okazja, by jeszcze bardziej się otworzyć.
„Zwyczajni ludzie” to opowieść o tym, jak śmierć członka rodziny odwraca całe życie rodzinne do góry nogami. Oto przewrócił się filar i wszystko runęło. Jak teraz to wszystko ustawić. Gdzie będą filary, kolumny, ściany, meble? Czy my tu mówimy o urządzaniu wnętrza, czy może o urządzaniu rodziny na nowo? Gra pozorów i świateł czy generalny remont, gdzie będziemy się dusić od kurzu dawnych wspomnień. Będziemy krzyczeć, bić, ranić, będziemy bluźniercami w ogrodzie, który kiedyś był naszym rodzinnym kręgiem. Aż w końcu opadniemy z sił od gniewu, wrzasków. Poczujemy, że nasze maski już odpadły i przytulimy się do siebie jak nigdy przedtem. Czujesz? To naprawdę ja, to naprawdę ty. Zwyczajni ludzie, którzy nie muszą udawać bohaterów. Żyjemy po tej apokalipsie. Nowy rozdział, nowy świat.
To film, który na pewno nie daje przyjemności. Raczej oczyszcza. I oczywiście nie ma tu całkowitego Happy Endu. Podczas gdy Calvin coraz bardziej angażuje się psychoterapię rodzinną, by tak pomóc synowi, Beth nie zamierza rozdrapywać starych ran, poza tym nie chce etykiety wariatki. Wyjeżdża na jakiś czas z domu, by wszystko uporządkować. Pytanie czy wróci? Może dla niej rodzina bez jej starszego syna już przestała mieć jakikolwiek sens.
Ten rodzinny rozpad zobaczymy potem w takich filmach jak „Pokój Syna”, „Jedna prawdziwa rzecz”, „33 sceny z życia”, czy „Więcej niż słowa”. Nota bene w tym ostatnim filmie również pojawił się Timothy Hutton, w roli Bruce’a Komiskego, pomagającego rodzinie Farerich zbudować szpital dziecięcy imienia ich zmarłej córki Marii.
Komentarze
Prześlij komentarz