DROGA ŻYCIA
To nie pierwszy taki projekt rodzinny Emilia Esteveza i Martina Sheena. W roku 1996 panowie nakręcili film „Wewnętrzna wojna”, gdzie Emilio grał weterana wojny w Wietnamie, który nie może pogodzić się ze swoim ojcem (Martinem). A przecież powinien wykazać się zrozumieniem wobec syna-weterana, skoro sam był na wojnie w Wietnamie, doświadczając „Czasu apokalipsy”. Motyw tej wojny pojawił się także w filmografii Charliego Sheena, w jego mocnym debiucie: „Pluton”, w reżyserii Olivera Stone’ a (1986), a rok później, w 1987 roku Charlie spotkał się ze swoim ojcem, Martinem na planie „Wall Street”, gdzie również panowie grali ojca i syna, którzy popadają w konflikt, dotyczący pojmowania sukcesu na tle wysokich biurowców kapitalizmu. Trzy lata później, w roku 1990 Martin zrealizował swój film „Karna kompania”, wcielając się w okropnego pułkownika, który stara się uprzykrzyć życie pewnemu żołnierzowi, w którego właśnie wcielał się Charlie. Charakterem nieco przypominał sfrustrowanego alkoholika ze „Zranionych dusz”, który swoim nałogiem niszczy całą rodzinę. Widać, że się wczuł w tą rolę. Nie jest przecież tajemnicą, że sam Martin miał spore problemy z alkoholem. W 1985 roku, Emilio zagrał w pamiętnym „Klubie winowajców” Jamesa Hughesa, wcielając się w ambitnego sportowca, który odczuwa coraz większą presję ze strony wymagającego ojca[Z1] . I również Charlie znalazł rolę w kolejnym filmie Hughesa: „Wolny dzień Ferrisa Buellera”, gdzie zagrał wyluzowanego łobuziaka, który zbyt często bywa na komisariacie policji, co okazało się prorocze dla późniejszych problemów osobistych samego aktora. Te wariacje filmowe w jakiś sposób ukazują nam cień prawdy o rodzinie Sheenów i jak kostki brukowe układają się przed nami w „Drogę życia”. To być może najbardziej osobisty projekt Sheenów, traktujący o wierze, sensie umierania i relacjach ojcowsko-synowskich – a wszystko to na długim szlaku św. Jakuba, prowadzącym do Santiago de Compostella.
Tom Avery (Martin Sheen) jest okulistą, pomaga ludziom widzieć lepiej świat, ale sam z trudem potrafi zrozumieć (zobaczyć) wybory swego syna, Daniela – nonkonformisty, który nawet nie chce mieć telefonu komórkowego. Ma już dosyć uniwersytetu i pisania doktoratu, chce teraz czytać świat z prawdziwych znaków. Zwiedził już trochę, ale wciąż pragnie przeżyć jakieś intensywne doświadczenie duchowe, odbyć wędrówkę życia. Trochę to przypomina historię Chrisa McCandlesa, który po ukończeniu college’ u ruszył w podróż życia, by nasycić się różnymi doświadczeniami. Niestety ta podróż skończyła się dla niego tragicznie. I podobnie jest w tej historii. Daniel decyduje się na Santiago de Compostella. Niestety ginie na samym początku drogi, we francuskich Pirenejach. I tam, gdzie kończy się droga żądnego przygód syna, musi się zacząć droga sceptycznego ojca. Pod wpływem chwili Tom podejmuje decyzję, aby dokończyć pielgrzymkę syna, wyruszyć z nim szlakiem św. Jakuba. Niezwykły to szlak, na którym spotykają się ludzie z różnych kultur i wyznań, młodzi, starzy, niekoniecznie praktykujący, stali bywalcy niedzielnych nabożeństw. Poszukujący swojej życiowej drogi. Upojeni kolejnym kilometrem głośno rozmawiają, śpiewają albo prostu milczą. Na tle zgarbionych sylwetek z wielkimi plecakami przewijają się piękne widoki, strumienie, rzeki, wioski, wille, zachody słońca, stare kościoły, noclegownie, schroniska, gdzie każdy się zna, bo każdy idzie tą samą drogą.
Zamknięty w sobie Tom, pogrążony w żałobie i myślach rusza wraz z innymi, jako jeden z wielu. W plecaku ma prochy syna i na każdym ważniejszym przystanku rozsypuje je, by tak zaznaczyć obecność Daniela. Nie długo cieszy się samotnością, gdy na jego drodze pojawia się sympatyczny, jowialny Holende, Joost (Yorick van Wageningen), który intensywnie pielgrzymując, chce po prostu zrzucić trochę kilogramów. Ale jak na razie za każdym kilometrem raczy się wysokokalorycznym posiłkiem. Obaj razem tworzą ciekawy duet, który wzajemnie się uzupełnia. Bo najciekawsza jest ta różnorodność pielgrzymów, którzy mimo różni idą razem. Tom jest raczej introwertykiem i to w żałobie, ale może podświadomie pragnął spotkać kogoś, kto chociaż w minimalnym stopniu go rozbawi, podroczy się z nim przez parę kilometrów. Ale na tej drodze to nie koniec spotkań. Z Jostem mogło być trochę komediowo i słodko, ale w końcu trzeba dosypać trochę goryczy. Pojawia się tajemnicza, pretensjonalna, szorstka Sara (Deborah Kara Unger), kobieta po przejściach, która chcąc nie chcąc przyłącza się do Toma Kichote’a i Joosta Pansy. Ale Tom ma powoli dosyć takiego towarzystwa. Poczciwy Joost i zimna Sara są jak dwa bieguny, między którymi odbija się główny bohater, który raz bywa żartobliwy to znowuż zamyka się w sobie i pragnie uciec. Zresztą to grupa bez zobowiązań, w każdej chwili każdy może iść swoją drogą i tempem. Tom, choć najstarszy idzie najszybciej, by po prostu się odłączyć od dwójki współtowarzyszy. Prędzej czy później i tak na którymś z przystanków wpadną na siebie. A żeby było jeszcze ciekawiej i refleksyjnie, co jakiś czas w drodze Tomowi towarzyszy duch jego syna, Daniela, jeden z wielu pielgrzymów. To już ciekawy temat, który warto, by opisać. To remedium na kryzys pisarski, jaki przechodzi właśnie Jack (James Nesbitt), Irlandczyk, kolejny nowo napotkany pielgrzym. To prawdopodobnie pierwowzór Jacka Hitta, autora książki „Pielgrzymowanie w nowych czasach”, na podstawie której powstał tenże film. Kiedy Jack dowiaduje się o tragedii Toma, postanawia to wykorzystać na swój artystyczny użytek. Tym bardziej, że podróż obfituje w coraz to ciekawsze zdarzenia. Oto zamknięty w sobie dotąd Tom po kilku szklankach wina wyrzuca z siebie wszystkie pretensje, jakie miał do towarzyszy, a Jackowi zarzuca, że tylko zgrywa się na prawdziwego pielgrzyma z całym stosem kart kredytowych. Wkracza policja dochodzi do bójki. Tom musi wytrzeźwieć, uspokoić emocje. Znów wracają demony Martina, który niegdyś zmagał się z alkoholizmem. Teraz jest uzależniony do swoich współtowarzyszy, którzy wpłacają kaucję. Avery czuje tylko wstyd i zarazem jest wzruszony, że po tym wszystkim jego towarzysze wciąż są z nim. Jack w zamian chce tylko wykorzystać historię Toma jako kanwę do swojej książki.
Jak to mówią, na tej drodze nic nie dzieje się bez przypadku. Może każdy z nas w kryzysowym momencie życia potrzebuje takiego redaktora pisarza, który uporządkuje emocjonalny bałagan, wskaże nam ciekawe aspekty danej sytuacji, abyśmy nie tylko narzekali, rozpaczali, ale i docenili to. Bo nie sztuką jest iść po tej drodze, co z każdym kilometrem dochodzić do jakiejś konkluzji, rozumieć więcej w swoim życiu.
Akcja pielgrzymki jest łaskawa dla samego pisarza, który wreszcie ma o czym pisać, ale irytująca dla Toma, który zostanie okradziony przez młodego cygana i na jakiś czas pożegna się ze swoim plecakiem i urną z prochami Daniela. Takich przygód będzie co nie miara i prawdopodobnie one będą najlepiej wspominane przez pielgrzymów niż sam cel podróży czyli Santiago de Compostella.
Rewelacyjne kino drogi, z ciekawą historią, gdzie wszystko zaczyna się od śmierci, żałoby, którą trzeba rozchodzić podczas „długiego marszu”, a przy okazji zobaczyć życie i ludzi w zupełnie innej perspektywie. Być może to najlepszy przepis na życiowy kryzys. Ruszyć w drogę, zaufać Drodze (jak mówi Pismo Święte), by rozłożyć swój ból na wiele różnych scenerii i spotkań z nowymi ludźmi, którzy także noszą w sobie ból.
Komentarze
Prześlij komentarz