BÓG PRZED SĄDEM
O Boże, Boże cośmy uczynili, żeś taki niezrozumiały dla nas? Czytamy te dziwne wersety ze świętej Księgi. A Księga ta pełna nonsensów, dziwnych metafor i scen budzących grozę. Najpierw Pan Stwórca, bawiący się z człowiekiem w ogrodzie Eden, który nagle jest zdziwiony, że Adam złamał zasady gry, zrywając zakazany owoc. No cóż. Eden się nie sprawdził. Będzie coś innego. Stwórca uparcie testuje różne wersje swojego dzieła. Stwórca paktuje z ludem wybranym i wystawia go na próbę. Stwórca niszczyciel, Bóg paradoks. Bóg zemsty, plagi, kataklizmów, a potem Bóg niewinny, rodzący się w stajence, starający się zrozumieć człowieczeństwo, cierpienie, pokusy i śmierć. Bóg niezwykły, bo proszący o miłosierdzie, niczym zagubione dziecko w tym strasznym świecie. Bóg głoszący swoją poezję miłości pośród twardej prozy zwyczajności. Bóg, którego naiwne słowa, znaczenia muszą być przybite do znaku krzyża, by tak odbiły się krwistą pieczęcią w pamięci świadków nowej ewangelii.
O Bogu rzadko kiedy rozmawiamy tak po prostu. Przypominamy sobie dopiero o Nim, kiedy dzieje się coś bardzo złego lub coś niezwykłego i pięknego. Modlimy się do niego tak na wszelki wypadek, pamiętając zakład Pascala, albo przeklinamy Go za tragedię. Bóg wchodzi do naszej świadomości, gdy doświadczamy skrajnych przeżyć. Bóg to taka wygodna kreacja, adresat naszych trosk, lęków, modlitw. Dla jednych istota zupełnie odległa i niepojęta, którą można obwiniać o wszystko, a dla innych odbicie ich własnej podświadomości. Modlitwy kierowane do Najwyższego mogą być apelem do zjednoczenia wszystkich sił witalnych, aby osiągnąć swój cel. Proście, a będzie wam dane. Zdefiniujcie swój cel, a łatwiej go osiągnięcie. Może te wszystkie nieszczęścia, choroby, jakie nas spotykają są podświadomym pragnieniem zmiany swego życia? Zresztą sama Biblia pod tym płaszczem dziwnych metafor zdaje się być całkiem skutecznym poradnikiem psychologicznym, w którym często pojawia się figura uzdrowiciela przepędzającego (demony) obłęd z nieszczęśników, żyjących przeszłością. Jedyne szczęście odnajdziesz w drodze, rozwoju, w ciągłym poznawaniu, doświadczaniu, nie rozpamiętując dawnych krzywd. Idź za Chrystusem. Łatwo powiedzieć. Uśmiechamy się pod nosem, przyzwyczajeni do swego komfortu. Może to my bardziej komplikujemy Boga, niż On sam? Może wszystko jest prostsze, tylko my jak zwykle za bardzo wszystko analizujemy? Wszak od diabelskich wątpliwości w Edenie zaczęło się nasze piekło, czyż nie?
Ale gdy dzieje się coś bardzo złego, automatycznie czujemy niesprawiedliwość losu. Dźwięczy w nas ta znana fraza. Gdzie był Bóg, gdy wydarzyła ta lub inna tragedia?! Wobec Boga Stwórcy potrafimy być dociekliwymi prokuratorami, którzy na wszystko znajdą paragraf. Ale sami drżymy, mając w podświadomości obraz Boga urzędnika, który skrupulatnie zapisuje w pamięci wszystkie nasze grzechy. A czy grzeszyliśmy wedle własnej woli czy wedle scenariusza Boga? Bóg powinien coś zrobić, no, bo przecież jest Wszechmocny! Powinien nas zmienić w anioły. Powinien zawiesić wszelkie prawa fizyki i logiki i ruszyć niczym Superman, by uratować świat, który pogrążył się w mrokach.
Gdzie był Ten, który nazywa siebie „Jestem który jestem?” — pytają ironicznie racjonaliści, drwią ateiści. Swoją drogą to niebywałe, że ta zacna gwardia myślicieli z orężem rozumu poświęca tyle energii na wojowanie z ideą Boga, którego ich zdaniem nie ma. Wielu ateistów publicystów zawdzięcza swoją sławę temu, że przez wszystkie lata snuli w swoich książkach ideę kontr Biblii, podważając każdą historię przesyconą poetyzmami. Oczywiście, że Boska baśń przegra z racjonalnymi argumentami. Tylko co z tego? Po co marnować energię na ciągłe obalanie Boga? Kiedy można po prostu żyć przyzwoicie, nie zważając na to, czy w abstrakcyjnym niebie policzą nam to do kapitału. Czasem i racjonalista nie mogąc znieść życiowej tragedii, nie wytrzyma pokusy i skieruje swoją frustrację w kierunku Boga, którego istnienia wcześniej nie uznawał. To dobrze widać w pierwszej części cyklu „Dekalog” Krzysztofa Kieślowskiego. Straciwszy syna, zdesperowany ojciec (niegdyś racjonalista) kieruje się do kościoła, gdzie demoluje ołtarz, jakby chciał uderzyć w Boga, skierować swój gniew w jakąś konkretną postać, tak jak Jakub walczący z Aniołem. I pewnym sensie rani Boga, gdy widzimy te łzy z wosku spadające na zatroskane oblicze Matki Bożej.
Koniec końców racjonalista przechodzi próbę Abrahama i Hioba, traci syna, a niejako zyskuje wiarę w Boga, opartą jak na razie na gniewie i pretensjach. To okrutne. Ale kto wie, czy to nie początek wielkiego powrotu do Boga, jako tajemniczej rzeczywistości, której nie da się łatwo obliczyć i zmierzyć.
Mierzyć się z istotą i pojęciem Boga nie warto, bo zawsze wychodzą z tego epifanie bezradności lub teksty pełen przesadnych metafor. Tak jestem hipokrytą, że znów zacząłem pisać o najbardziej Nieopisywalnym Bohaterze. Na tym autokrytycyzmie i poczuciu bezradności wobec wielkich pojęć metafizycznych stoi cała humanistyka. Pojęcie Boga to największy horror metaphysicus, w którym wszyscy uczestnicy tracą tylko energię na wymianę znanych już argumentów i świadectw. Jedni wyłożą w tej partii argumenty Tomasza, inni Augustyna, kolejni ruszą do źródeł Pawła, a potem zwrócą się ku Nietzschemu, by w końcu uderzyć Hitchensem, uznającym to wszystko za jeden absurd.
Jałowe dyskusje lub wielka awantura nad Kimś, kto może jest ponad, a może pośród nas. Ktoś, kto jest jedną wielką możliwością, morzem niepewności, na którym dryfujemy jak rozbitkowie, zadowalający się kolejnymi efektownymi metaforami. Pojęcie Boga, jak żadne inne wywołuje w badaczu wzmożoną produkcję pięknych metafor. Stajemy się poetami, błądzącymi po różnych niezwykłych światach, unikając prozy życia, w której moglibyśmy po prostu żyć przyzwoicie, „po bożemu”, po prostu uczciwie względem siebie i innych, bez zbędnego teoretyzowania na temat samego Boga. Choć o Absolucie niewiele się dowiemy z takiej dyskusji, to możemy się przynajmniej pocieszyć, że weszliśmy w twórczy, głęboki dialog, spór z inną osobą. Ani się nie obejrzeliśmy, a idea Boga połączyła nas na tę parę godzin, byśmy wymienili swoje argumenty, jak ciosy w pojedynku, pożartowali, pokłócili, zadumali i coś razem przeżyli.
I taką pozornie bezsensowną, jałową dyskusję, a raczej sąd nad Bogiem podjęli przed laty więźniowie obozu koncentracyjnego. Różni stanem i wiekiem, różni w swoich poglądach, priorytetach, charakterach, oddani Bogu lub nienawidzący Go całym sobą. Skupieni w jednym baraku, ubrani tak samo w pasiaki jako przedstawiciele ludu wybranego Izraela, który po raz kolejny przeżywa wielkie cierpienia. Dlaczego? No właśnie. Oni, jak żadni inni mają święte prawo zapytać wprost, dlaczego muszą tak cierpieć i dlaczego Bóg nie zemści się na ich oprawcach? Dlaczego nie zakończy tej destrukcji? A może to jeden wielki, długotrwały proces ewolucji ludzkości: od barbarzyństwa, przez uczenie się szacunku do siebie i wreszcie stworzenie kiedyś wielkiej wspólnoty bez podziałów. Lud Izraela ma tu ponieść wielką ofiarę, by tak wstrząsnął następnym pokoleniami ludzi i przestrzegł ich, jak łatwo stworzyć na świecie piekło. Ale nie łatwo być ofiarą. Nie łatwo mieć świadomość, że swoje życie trzeba niejako oddać na ołtarzu historii, aby w ten sposób dać świadectwo. W takim razie trzeba zapomnieć o swojej indywidualności. Zrozumieć, że jest się częścią większego organizmu, narodu, któremu akurat teraz przyszło cierpieć dla przyszłych pokoleń.
Wygłodzeni, zmęczeni, brudni, ostrzyżeni, odarci z godności więźniowie postanawiają zrozumieć swoją dramatyczną sytuację i odnieść ją do wyroków najwyższego Pana. XX wiek, wiek dumnych, cywilizowanych ludzi, znających z kart historii niejedne barbarzyńskie, krwawe wydarzenia, zapisał w swoich archiwach najbardziej wstrząsające wydarzenia wojny światowej. Okazało się nagle, że cywilizowani ludzie są w stanie po raz kolejny przekroczyć swoje granice i dla wypełnienia ślepo rozkazów, uczynić innym ludziom piekło na ziemi. Właśnie po takich wydarzeniach jak wojna światowa i obozy koncentracyjne często zadawano sobie pytanie o istotę Boga, o jego miejsce w tym ludzkim piekle. Czyżby nagle Bóg zapomniał o świecie, zrobił sobie przerwę, tak jak wtedy, siódmego dnia, albo stracił zupełną kontrolę nad swoim dziełem? A może po prostu stracił cierpliwość do tego świata? Może gdzie indziej, w innej czasoprzestrzeni jest inna wersja naszego świata. Lepsza, piękniejsza? Może jesteśmy tym niedoskonałym eksperymentem Boga? Może wolna wola to największe przekleństwo dla ludzkości? Albo jest to największy trik sprytnego Stwórcy, który już przygotował odpowiednie scenariusze, by wypełnić swój genialny plan. (Nie męczy was to może i może).
A może po prostu na tym polega edukacja ludzkości. Aby na swojej przelanej krwi uczyć się na błędach? Kolejny kielich goryczy. No cóż, wojny nadal trwają i daleko nam jeszcze do wyśnionej jedności. Może ludzkość potrzebuje co jakiś czas takich dramatycznych wstrząsów, aby nie popadać w pychę? Tylko czemu zawsze za tą edukację mają płacić życiem zupełnie zwykli ludzie, a nie tyrani, przywódcy, czy jak ich tam nazwać? A może ci wszyscy tyrani, zbrodniarze, okrutni politycy są również częścią planu? Niewdzięcznym narzędziem do zadawania bólu ludzkości, która musi się opamiętać w swoich zapędach. Jedni są ofiarami, drudzy katami, by tak zrealizować kolejną bolesną lekcję?
Może i może, morze możliwości i interpretacji, w których za chwilę utoniemy. Te i wiele innych teorii na temat tego, skąd przybyliśmy, dlaczego jesteśmy tutaj w tym obozie koncentracyjnym i dokąd zmierza cała ludzkość, kompiluje w swojej sztuce teatralnej Frank Cottrel Boyce. Co ciekawe to autor specjalizujący się w literaturze dziecięcej i pełnej humoru. Tu mierzy się z tematem najcięższego kalibru: zagłady Żydów. Jednak nie prezentuje nam tu czegoś tak oryginalnego jak „Życie jest piękne” Benginiego. Akcja tej sztuki rozgrywa się na dwóch płaszczyznach: teraźniejszej, gdzie wstrząśnięci turyści przybywają do Auschwitz, by poznać historię tego miejsca oraz przeszłej, gdzie widzimy więźniów zmagających się ze swoim dramatem.
Nie jest to zbyt wygodny temat na produkcję telewizyjną, zwłaszcza, że niewiele się tu dzieje i nie zmieniają się nawet plenery. Zmieniają się za to twarze, emocje, głosy, szepty, krzyki wyrażane podczas dyskusji na temat Boga w czasach wojny. Teologia miesza się z filozofią i Torą. Dzieło jest zbyt przegadane, a wręcz przytłacza swym patetyzmem. Ale nie ma co narzekać. To nie ma być szybka rozrywka, ale dzieło prowokujące do refleksji.
Wśród obsady możemy zobaczyć Ruperta Gravesa, który potem zyskał popularność jako inspektor Lestrade w serialu „Sherlock”. Tu także wciela się w detektywa-prokuratora, więźnia Mordechaia, starającego się zrozumieć poczynania Boga Paradoksu, Stwórcy i zarazem mordercy, pozwalającego na rzeź. To właśnie bohater grany przez Gravesa inicjuje sąd więźniów nad Bogiem, podczas gdy jego ojciec, Kuhn, stary pobożny Żyd (Jack Shepherd) przestrzega syna przed takim ostrym kategoryzowaniem. Nigdy nie wiadomo, jak się odwrócą losy, o czym srogo się przekonał więzień Baumgarten (Stellan Skarsgård), który dotąd był posłusznym apostołem hitleryzmu, dopóki się nie dowiedział, że jest Żydem, a zatem jest także wrogiem Rzeszy i musi skończyć w więzieniu. To Baumgarten zasiada przy stole jako sędzia i nadzoruje porządek całego procesu sądowego. Pyta specjalistę od Tory, który relacjonuje działanie Boga, spisane w świętej Księdze, udziela głosu świadkom lub ich strofuje, gdy rozmijają się z tematem. Bo mimo wszystko porządek podczas procesu musi być. Wstrząsająca jest relacja więźnia Liblego (Eddie Marsan), który opowiada o tym, jak stanął przed najstraszniejszym dylematem swego życia. Spośród swoich trzech synów miał ocalić jednego. Taką moralną torturę zaproponował mu pomysłowy oficer niemiecki. A co z pozostałymi synami? Z racji tego, że byli bliźniakami mogli trafić do doktora Menegelego, który przeprowadzał nad bliźniętami okrutne badania. Ofiary jego eksperymentów może żyły w lepszych warunkach, lepiej jedli i spali w czystych ubraniach, ale niejednokrotnie cierpieli o wiele bardziej, będąc królikami doświadczalnymi nieobliczalnego naukowca. Czy Lieble zrobił dobrze, że uratował jednego syna, a tamtych dwóch odesłał?
Czy to jest ta wolna wola? Dlaczego niemieccy oficerowie mieli większą wolną wolę niż żydowscy więźniowie? Odbija się to pytanie ze szczękiem, a nadzorujący barakiem więzień (Lorcan Cranitch) uśmiecha się ironicznie. Jedyny najmądrzejszy, który wiedział, że mimo wszystko warto trzymać z wrogami, nawet jeśli jest się więźniem. On w tym baraku jest niczym Bóg, nadaje i odbiera sens. Ze swoją gorliwością i upodobaniem do regulaminu jest w trochę lepszej pozycji niż jego współtowarzysze. Może uniknie tej strasznej śmierci? Póki co pilnuje dyscypliny. Na każdego może donieść i jednocześnie ze wszystkimi dzieli obozową nędzę. Tu nie ma przyjaciół i miłosierdzia. Liczy się przetrwanie! Wszyscy tu pytają o Boga, jego sprawiedliwość, działania, wreszcie jego obecność wobec tej klęski ludzkiej cywilizacji. Czyżby miłosierny Bóg miał się zmienić w Boga zemsty, który ma zniszczyć oprawców, wykonujących posłusznie rozkazy? Tego oczekujecie? I kto wtedy wygra? Cisza na sali. Trzeba podjąć wyrok wobec Boga? Skazać go! Jest winny! Zaniedbał obowiązków! Ale przecież Bóg już kiedyś zawisł na krzyżu za nasze grzechy. Czy można go jeszcze bardziej poniżyć? A może w tej czarnej godzinie warto mu jeszcze raz zaufać? Mimo wszystko.
Może warto zapytać na przekór, gdzie w tym wszystkim był tak naprawdę człowiek ze swoją wolną wolą? Do czego doprowadził? Na przekór słowom cynicznego strażnika, gdzieś zawsze pośród tego brudu, głodu, szaleństwa, pojawia się empatia. Człowieczeństwo mimo wszystko. Co za paradoks, jakie piekło musi sobie urządzić człowiek, by uwierzył, że człowieczeństwo jednak zawsze zwycięży. Spisane gdzieś w tych świadectwach ocalałych świadków. I cywilizacja ze swoimi wartościami na nowo się odrodzi. Przynajmniej chcielibyśmy w to wierzyć, gdy ciągle na naszym niebie ołowiane chmury i wojenne prognozy.
Komentarze
Prześlij komentarz