PAN KLEKS

 


Jeśli dana książka zasiała w wyobraźni czytelnika jakąś ideę – na przykład nakręcenie filmu na jej podstawie, to można śmiało powiedzieć, że proces lektury przeszedł wzorowo. Taką twórczą lekturę w stosunku do Przygód Pana Kleksa zastosował Krzysztof Gradowski, którego niedawno żegnaliśmy.

Zresztą to nie dziwne, że akurat wobec takiej książki wyobraźnia filmowca pracuje na zdwojonych obrotach. Jan Brzechwa ze swoją poetycką arcywyobraźnią potrafi kumulować w swoich bajkach niezwykłe obrazy, a gdy jeszcze są one podbite niezwykłymi ilustracjami Jana Marcina Szancera, to dochodzi do niezwykłej alchemii obrazu i słowa. Tyle że pan Brzechwa jako scenarzysta raczej nie zaszedł by daleko. Jakoś nie odczuwam w tych jego bajkach napiętej struny narracji. Jego bajkowa proza bliska jest temu, co zastosował już wcześniej Bruno Schulz w swoich „Sklepach Cynamonowych”. Tam kumulują się obrazy, skojarzenia, wizje, sny. Czytelnik zdaje się być upity tymi uroczymi nonsensami, jakby szedł w wielkiej chmurze, która zasnuwa jasny ogląd całej historii. Oto opowieść się zaczyna, a potem KLEKS, który jeszcze rozmazuje całą treść. Nie możemy tam liczyć na prosty schemat drogi od a do z. Ale czemuż jesteśmy tacy roszczeniowi? Po prostu dorośliśmy, zapominając już, jak to fajnie czasem pobłądzić między furtkami do różnych bajek i dygresji.

Cykl filmowy o Panu Kleksie to chyba jedna z nielicznych PRL-owskich produkcji, w których twórcy idą tak bardzo na całość pod względem fantazji. Tylko spójrzmy na te rekwizyty, scenografie, postacie: raz komputery, maszyny, potem statki kosmiczne, animacje, dalekie, orientalne krainy, sztuki walki jak z filmu: „Wejście Smoka” (w końcu Pan Kleks to także Franek Kimono), tajemnicze ogrody, zamki (choćby Jaskółcze Gniazdo na Krymie), czarodzieje, wilki. A propos tych wilków. Nie można zapomnieć tej upiornej sceny, gdy aktorzy z maskami wilków maszerują pośród mgieł, a w tle słychać ciężką muzykę zespołu TSA. Cała ta scena jest niczym preludium do hammer horrorów, bo rzeczywiście za chwilę wilki urządzą niezłą rzeź Królowi i jego poddanym, podczas gdy książę Mateusz z pomocą Czapki Bogdychanów zamieni się w Szpaka i odleci gdzieś daleko. Wnikliwi widzowie dopatrzą się tutaj aluzji do Armii Zomo, która napada na polskie państwo z Koroną, niszcząc jego dawną świetność. A może to inna bajka? Dalej w tym uniwersum kleksowej bajki zobaczymy jeszcze kosmitów, księżniczki, podwodne stwory, Braci Grimm, pana Andersena, a między poszczególnymi scenami będą się przewijały wesołe piosenki, skomponowane przez Andrzeja Korzyńskiego. Baśń z musicalem! Co za odważny misz masz, a może też akt desperacji, by w tej szarzyźnie zrobić coś tak kolorowego i wesołego z „ekonomicznym rozmachem”.

Nic dziwnego, że Gradowski musiał długo czekać, by ten projekt ruszył z kopyta i rozpoczął się ze słynnym wejściem Studia Filmowego ZODIAK. Pozyskiwanie budżetu na taką produkcję trwało siedem lat. Nieznany reżyser, niepewny temat. Kto wyłoży kasę na taki surrealistyczny projekt pełen wymyślnych strojów i efektów specjalnych? Gdy zaintrygowani sponsorzy i towarzysze z partii odwiedzili plan filmowy, gdzie wszystko było jeszcze w powijakach, zaprezentowano im nagraną piosenkę o Kaczce Dziwaczce. Zabawna piosenka na tyle się spodobała gościom, że postanowiono powtórnie rozważyć zwiększenie budżetu na produkcję o tajemniczym Kleksie. Trzydzieści sześć lat po wydaniu, książka Jana Brzechwy przejrzała się w pstrokatym filmowym lustrze.

Ale przecież w tych skromnych latach osiemdziesiątych, nasi sąsiedzi z Królestwa Brytyjskiego też nie robili oszałamiających ekranizacji „Opowieści z Narnii”. Taki był budżet, takie były możliwości efektów specjalnych, skromnie, może czasem tandetnie, ale był w tym jakiś urok, swoista umowa z odbiorcą, który nie był wtedy tak jeszcze przytłoczony głośnymi efektami specjalnymi. Mógł zatem więcej sobie dookreślić, dopełnić pewne elementy wyobraźnią i bawić się jak nigdy przedtem.

Dawno, dawno temu, jeszcze przed J. K. Rowling i jej słynnym Harrym Potterem, żył sobie Adaś Niezgódka – nastolatek o dwóch lewych rękach, taki niezdara, z którymi z niczym nie potrafi sobie poradzić i zrobić na czas. Samo nazwisko już wiele mówi o naszym bohaterze, jakby wyrażało niezgodność intencji do czynów – typowy konflikt neurotyczny. Adasiowi wyraźnie brakuje dyscypliny, a może bardziej „terapii”. Może jakaś szkoła z internatem? Szczęśliwie się składa, że właśnie Akademia Pana Kleksa przyjmuje uczniów i co dziwne tylko tych o imieniu zaczynającym się na literę „A”. Bo „A” to początek wszelkiej przygody. Bo „A” to Adam nazywający zwierzęta w Edenie. Jeszcze jakieś skojarzenia?

Historia Adasia Niezgódki zaczyna się niemal jak typowy mit o młodym człowieku, poszukującym cennego skarbu, jakim jest wiedza i samoświadomość. Dokonać tego może z pomocą mistrza, czyli brodatego dziwaka, który w odpowiednim momencie podda swego ucznia próbie i wskaże właściwy kierunek. Te nawiązania do mitologii i filozofii Dalekiego Wschodu zobaczymy jeszcze w postaci Doktora Paj-Chi-Wo, wyśmienicie odegranego przez Wiesława Michnikowskiego, który musiał sobie trochę podciągnąć powieki, by uzyskać efekt skośnych oczu. A z kolei biedny Piotr Fronczewski musiał nosić tą łaskoczącą czuprynę i brodę. Mało brakowało, a z tą peruką i brodą zobaczylibyśmy Jana Kobuszewskiego, który jednak musiał zrezygnować z tej roli z powodów zdrowotnych. I chyba dobrze się stało. Fronczewski jako Kleks! Nie ma takiego drugiego. To wymowne spojrzenie, jakaś dostojność i mądrość rysująca się na twarzy, a zarazem dobrotliwość, wyrozumiałość podkreślona uśmiechem.

Dziś Adaś Niezgódka też zapuścił brodę, choć nie tak obfitą jak jego mistrz Kleks, a i włosy ma starannie ułożone. A tak w ogóle jest fizykiem, doktorem, inżynierem i naprawdę nazywa się Sławomir… Wronka. A propos skrzydlatych bohaterów tej baśni. Gdzie się podział drogi Szpak Mateusz… ja tylko słyszę z radia Michała… Szpaka. Ale to już inna bajka. Wybaczcie mi moi drodzy te dygresje i gierki słowne. Ale tak mniej więcej mistrz Brzechwa lubił zwodzić czytelników, odciągając ich od głównego celu opowieści-podróży. A my wciąż stoimy przed kolorową bramą Akademii. Wpuści nas kto? Czas zmienić imiona na zaczynające się na literę „a”. Aaaaaaaaaaa! Powiedział doktor, sprawdzając nasze gardła…

Wreszcie Adaś Niezgódka, niepogodzony ze sobą i z otaczającym światem, trafia do akademii, by tu pobierać naukę i rozwijać się na wielu rożnych polach. Jak się zdążymy przekonać, Akademia ta jednak nie jest typową szkołą. Na uwagę zasługuje jej lokalizacja. Położona w wielkim parku przywołuje na myśl stare uniwersytety zlokalizowane poza miastem, gdzie jest spokój, cisza, gdzie czuć atmosferę podobną do tej z obrazu „Szkoła Ateńska” Rafaela. Wszak oryginalna myśl potrzebuje przewiewnej scenografii. W filmie Gradowskiego akademię odegrał tu Pałac w Nieborowie, gdzie w nim i ponad nim krąży sobie Ambroży Kleks. Doktor chemii, filozofii, medycyny, uczeń doktora Paj-Chi-wo, a do tego jeszcze profesor matematyki i astronomii na Uniwersytecie w Salamance. Raczej umysł ścisły, który zupełnie inaczej podchodzi do edukacji niż wskazywał by system.

To uczony i czarodziej. Można by zaryzykować stwierdzenie, że to taki protoplasta profesora Dumbledore’ a. Co za ironia. Okazuje się, że mieliśmy już w naszym smutnym PRL-u takiego kolorowego czarodzieja, ale dopiero pani Rowling ze swoim Harrym Potterem rozwinęła ten motyw, oczarowując czytelników na całym świecie. Fakt, że Rowling zbudowała bardziej epicką opowieść niż Brzechwa swoimi poetyckimi wizjami, a poza tym miała także szczęście do całkiem udanych ekranizacji pełnych efektownych scenografii, rekwizytów i świetnych aktorów. W ekranizacji Gradowskiego to przede wszystkim aktorzy z pierwszej ligi zwracają na siebie uwagę jak Fronczewski, Bista, Niemczyk, czy mistrz drugiego planu: Zbigniew Buczkowski. Można by się przyczepić do nieco sztywnej gry dzieciaków-debiutantów na dużym ekranie. Ale to w końcu produkcja dla dzieci, gdzie każdy gra trochę przesadnie.

Pstrokate, jarmarczne scenografie i te kukiełki, pseudo mapety, próbujące przekonać widza, że są żywe — to wciąż ma swój urok, choć pewnie robiło większe wrażenie w czasach komuny, zaraz po stanie wojennym, czyli w odpowiednio szarym kontekście. Chyba to jest ten klucz do filmowej bajki Pana Kleksa, że zapisała się ona tak ciepło w pamięci wielu obecnych czterdziestolatków czy pięćdziesięciolatków. Kolorowy, nieco kiczowaty, niezgrabny świat bajki Kleksa był i tak sto razy lepszy niż ta szara, komunistyczna rzeczywistość. Może taka jest siła każdej bajki. Im nudniej w życiu, tym większa wiara w bajkę, którą czytamy i uzupełniamy swoją wyobraźnią. Pewne filmy muszą trafić na odpowiedni grunt, by ponieść publiczność. Tak było choćby z „Gwiezdnymi Wojnami”, które w latach 70-tych i 80-tych leczyły Amerykanów z ich dołującej rzeczywistości, w jakiej roznosiły się jeszcze echa afery Watergate oraz wojny w Wietnamie. Gradowski mimo licznych kompromisów między wizją, a wykonaniem, rozbudził wyobraźnię widza, który jak w teatrze, pokolorował kontury świata przedstawionego swoimi skojarzeniami.

Takie silne skojarzenie, które w późniejszych latach zaczęło mi świtać podczas seansu Kleksa, (gdy przestałem zwracać uwagę na te kolorowe scenografie) to odwołanie do znanej figury mistrza i uczniów, więc także do samej Ewangelii. Może przesadzam. Ale tylko spójrzmy. Kleks jak oświecony mąż poszerza granice umysłu swoich uczniów za pomocą metafory, która łączy tak odległe brzegi w bajkowym świecie pełnym nonsensów. Tak przebiega nauka w akademii. Gdy nadchodzi wreszcie wigilia, nastaje koniec bajki. Przejęci uczniowie, wreszcie dojrzali, czują, że to ostatnie chwile z mistrzem, zupełnie jak na ostatniej Wieczerzy. A Mistrz musi ponieść ofiarę i ulotnić się jak ptak lub zamienić w guzik, dzięki któremu zapniemy kurtynę do starego świata i włączymy guzik z nową rzeczywistością i jeszcze innym skojarzeniem. Mam tu na myśli: „Stowarzyszenie Umarłych Poetów”, (również oparte na figurze mistrza i ucznia) zwłaszcza te sceny, gdy Keating przeprowadza lekcje w plenerze, puszcza muzykę Beethovena, każe wypowiadać na głos różne sentencje i kopać piłkę z całych sił. Pan Kleks z kolei podrzuca piłkę-globus, a chłopcy podbijając ją, uczą się geografii.

Ale oczywiście te wszystkie naiwne zabawy, wspólne przygotowywanie posiłków, ściąganie snów z lusterek, sielankowe scenki w ogrodzie i pioseneczki o Kaczce Dziwaczce byłyby nie do zniesienia, gdyby nie obecność wrogów. Każdy wybitny Mistrz musi mieć wrogów, bo dzięki nim może jeszcze bardziej się rozwijać. A tymi wrogami Kleksa są Golarz Filip i jego szpieg, „syn”, lalka Alojzy Bąbel, który ma za zadanie zniszczyć od środka bajkę o akademii pana Kleksa.

Ale dlaczego to Golarz, fryzjer ma być wrogiem numer jeden? Nożyce, strzyżenie. Czy czegoś nam to nie przypomina. Uwaga, bo za chwilę ktoś odetnie wątek. Można by się tu doszukiwać na upartego jakiejś analogii z cenzurą. Że oto Golarz Filip to ten, co zawsze strzyże równo i goli gładko na rekruta kolejnego członka armii-społeczeństwa, gdzie wszyscy mają być porządnie skrojeni. Podczas gdy odstające, długie włosy, najbardziej kojarzone są z epoką hippisów. Długie włosy to synonim chaosu, rozczochrane włosy niespokojnych naukowców, „myśli nieuczesane”, które powoli rozbijają starannie zaprojektowany system. Pan Kleks ze swoją brodą i obfitą czupryną ma coś właśnie z tego hippisa, otwartego na każdą ciekawą ideę. Z jednej strony uczony, z drugiej artysta, który wymyka się schematom. Niesforny kleks na starannie przygotowanym tekście, który zmusza do zmiany wszystkiego. Golarz Filip chciałby go ogolić na zero, żeby tak go upokorzyć i zniszczyć. I zniszczy przy pomocy Alojzego/Adolfa bajkę o akademii, ale to nie znaczy, że zniszczył samego Kleksa. To kolejne stadium ewolucji naszego bohatera, który już w kolejnej bajce odradza się w nowych scenografiach. I za każdy razem jest na tyle miłosierny, aby dać szansę swojemu przeciwnikowi, Alojzemu Bąblowi i znów walczyć z nim w kolejnych bajkach.

W filmie wygląda to trochę inaczej. Golarz Filip (Leon Niemczyk) jest zdolnym konstruktorem humanoidalnej lalki o jakże niewdzięcznym imieniu: Adolf, imieniu, które zawsze będzie kojarzyło się ze zgrozą niszczenia. Alojzy Bąbel to z kolei inna postać, odgrywana przez mistrza drugiego planu, Zbigniewa Buczkowskiego, który w latach osiemdziesiątych zyskał sobie renomę grania cwaniaczków i przestępców. W tej bajce nie może być inaczej. Alojzy będzie cały czas przeszkadzał panu Kleksowi, bo przecież taka jest jego rola: prowokować wielkiego uczonego do wielkich czynów i dzięki temu prowadzić opowieść, która nas zainteresuje. Z kolei Lalka-chłopiec, Adolf, niczym szpieg ma wkroczyć w bajkową akademię pana Kleksa i zniszczyć ją od środka. To poniekąd zapowiedź późniejszych konfrontacji Pana Kleksa z potęgą technologii, uosabianą przez okrutnego Wielkiego Elektronika – srebrnego Henryka Bistę. (Ciekawe ile trwał makijaż aktora?). A może kryje się w tym jakaś posępna diagnoza tego, jak technologia dzisiaj spłyciła wyobraźnię odbiorcy, który się już tak nie wysila jak kiedyś. Paradoks, bo i przy tej genialnej technologii i efektach specjalnych można tworzyć naprawdę niezwykłe światy, co dobitnie pokazał nam George Lucas.

„Podróże Pana Kleksa” to właśnie okazja, by trochę pozwiedzać różne przedziwne krainy. To chyba jeszcze lepsze niż lekcja geografii-footballu, którą widzieliśmy w „Akademii…”. W „Podróżach…” oczywiście motywem przewodnim jest droga, a na niej łatwiej kreślić całą narrację misji bohaterów, którzy jak Argonauci ruszają z jednego punktu do drugiego, by zdobyć nagrodę. A czemuż to w ogóle musieli wypłynąć? Oto zabrakło atramentu w krainie Bajdocji i nie sposób kontynuować wielkiego festiwalu bajek. Jak to się stało. Najcenniejszy surowiec tej krainy, cenniejszy niż gaz i ropa, znajdował się w beczce, która dryfowała sobie na morzu, oddalona kilkaset metrów od pałacu wielkiego Bajarza. Tą sytuacją bezczelnie wykorzystał Alojzy Bąbel, który podpłynął na swoim statku i zrobił w beczce dziurę. Popłynął atrament do morza, jak łzy biednego władcy Bajdocji. Nie ma atramentu, nie można pisać bajek, a bez nich nie ma sensu żyć. Tu nawet gawędziarze nie wystarczą. Wszystko musi być zapisane, niczym akt prawny. Rety, co za biurokracja!

I kto pomoże w tej sytuacji? Kapiący na papier atrament? Tak, tu tylko pomoże Kleks… Pan Kleks. Na poszukiwania innych źródeł atramentu zostaje wysłana specjalna ekspedycja, co od razu się kojarzy z „Drużyną Pierścienia”. Pan Kleks ze swoimi magicznymi mocami i mądrością jest niczym Gandalf, a z kolei Kapitan na statku (Michał Anioł) to Aragorn, tracący głowę dla Meluzyny, podwodnej księżniczki. Jest jeszcze żartobliwy Bosman (Janusz Rewiński) trochę jak Gimli, no i najmłodszy z załogi, kilkunastoletni Pietrek, kojarzący mi z Frodem, który w kulminacyjnym momencie wykaże się największą odwagą. Ale oczywiście jest jeszcze zdrajca w tej drużynie, wspólnik Alojzego Bąbla, niejaki Bonifacy, którego zagrał Jerzy Bończak. Potem Piotr Fronczewski odpłaci mu się słodką zemstą w „Konsulu”. Ale to rzecz jasna inna bajka. 

 

Co do tych odległych krain, które odwiedza nasza drużyna, to oczywiście w książce jest ich znacznie więcej. Na uwagę zasługuje przylądek Aptekarski, gdzie urzęduję wielki Pigularz. Za plenery posłużyła tu Armenia i jej ruiny różnych świątyń, w tym Garni. Żartobliwie można by napisać, że to Przylądek Dilerów, gdzie wielki Aptekarz zaleca wszystkim naokoło tabletki i pigułki, aż odlecą w ten niezwykły bajkowy świat, statkiem będącym skrzyżowaniem żelazka i czajnika. To właśnie tym niezgrabnym wehikułem nasza drużyna pokona armię robotów Wielkiego Elektronika, strzelając do nich rozgotowanym makaronem. Pamiętajcie Gluten zabija!

 


Podobają mi się w tej produkcji kontrasty między naturą, pejzażami Bułgarii, Węgier, a futurystyczną wizją na Wyspie Wynalazców (Krzemowa dolina) oddaną przez industrialne scenografie Petrochemii w Płocku, zakładów PKN ORLEN, lotnisku w Erywaniu (Armenia), czy słynną restauracją wieżę w Bratysławie (Słowacja) – widać, że „Podróże…” to film z większym rozmachem. To oczywiście skutek sukcesu „Akademii Pana Kleksa”. Sponsorzy, producenci doszli do wniosku, że Gradowski umie robić filmy kasowe, więc warto w niego inwestować, warto inwestować w filmy dla dzieci, gdzie nie będzie polityki i tych innych niewygodnych spraw, które by potem przysparzały cenzorom niepotrzebnej pracy. Choć pewnie na upartego zawsze można by się przyczepić do jakiejś sceny. Wyobraźnia władzy potrafi dorównać wyobraźni artystów, czyż nie? Jak się znajdzie atrament, to oprócz bajek kolejne paragrafy i wyroki można spisywać. A gdzie ten atrament? Był cały czas na miejscu. Biedni wędrowcy tak się męczyli, znosili wszelkie niewygody, stracili statek, towarzyszy. Pan Kleks nieustannie elektryzował swoją brodę, by znaleźć właściwy kierunek, a atrament się gotował tuż pod królestwem Bajdocji. Wystarczyło wywiercić dziurę, postawić pompę i nalewajcie sobie drodzy bajarze do kałamarzy. Znów sprawdza się stara zasada bajkowej gramatyki, że poszukiwany cel jest bardzo blisko. Ale dopiero wyprawa do dalekich krain, niebezpieczne przygody dają bohaterom oświecenie, by szukać tuż obok siebie i przy okazji dowiedzieć się czegoś o swoich słabościach i zaletach.

 

 


Rozmach „Podróży pana Kleksa” kojarzy się trochę z tym, jaką ewolucję przechodziły „Gwiezdne wojny” od „Nowej nadziei” po „Powrót Jedi”. Oczywiście, że to zupełnie inna półka produkcyjna i inny budżet, ale nie bez powodu przywołujemy tu znowu „Gwiezdne Wojny”, bo Podróże Pana Kleksa nie odbywały się tylko na ziemi, powietrzu, na morzu, czy pod wodą, ale także w kosmosie. I dlatego w 1988 roku Gradowski pośle Pana Kleksa w gwiazdy, tyle że bez narracji Jana Brzechwy, a wedle własnej odważnej wizji. Znów zobaczymy zimne, futurystyczne scenografie, komputery, maszyny, roboty, które już widzieliśmy na Wyspie Wynalazców, kojarzące się z wystrojem Gwiazdy Śmierci w („Nowej Nadziei”). A na dokładkę zobaczymy jeszcze Kulę Szpiegulę z głosem Ireny Kwiatkowskiej, która żadnej pracy się nie boi. Ta kula do złudzenia przypomina małą kulę, którą posługiwał się Lord Vader podczas przesłuchań. A wszystko to stanowi tło dla poczynań wielkiego Elektronika, który aż się prosi, żeby dostać kleksem po gębie.

Ale po kolei, tak jak we wcześniejszych częściach Kleksa, tak i tu reżyser stosuje zabieg „podwójnej baśni”. W „Akademii…” chłopiec usłyszał bajkę od bajarza, zasnął i wczuł się w nią, by odegrać Adasia Niezgódkę. Z kolei w „Podróżach pana Kleksa” chłopiec w szpitalu usłyszał bajkę o pewnej podróży naszego uczonego, zasnął i odbył podróż w świecie własnej fantazji. Dziecięcy, niepozorni bohaterowie przechodzą ze zwykłej szarej rzeczywistości do niezwykłego świata bajki, gdzie mają szansę się wykazać odwagą. I tak jest również w trzeciej części przygód pana Kleksa. Do domu dziecka przybywa jego dawny wychowanek, Jacek Bronowski (Jan Jankowski), który w Stanach zrobił sporą karierę jako inżynier, a teraz jest współwłaścicielem największej firmy informatycznej MBM (prawie jak IBM). Teraz, po latach chce się odwdzięczyć tym wszystkim ludziom, którzy pomogli mu jakoś przeżyć ten smutny okres bycia sierotą. Niczym święty Mikołaj przywozi on dzieciakom różne prezenty, a przede wszystkim komputer marki MBM o nazwie LUCAS (czyżby znowu nawiązanie do Star Wars). Ten prezent to także znak nowych czasów. Nie jakaś tam głupia zabawka, ale narzędzie pełen możliwości, które coraz chętniej jest wybierane jako prezent dla dziecka: do szkoły, do rozrywki, do życia!


Jako, że jest wigilia i wszystkie zwierzęta mówią ludzkim głosem, więc czemu by komputer nie mógłby przemówić ludzkim głosem do dzieci i pokazać im na swoim wielkim ekranie, co będzie się działo za jakieś trzydzieści lat, czyli mnie więcej w tym okresie, w którym wystukuję te słowa. Futurystyczna wizja, którą kreśli tu Gradowski jest właściwie bardzo bliska naszym obecnym czasom. Z opowieści LUCASA dowiadujemy się, że wszędzie dominują w każdej szkole komputery i komunikatory (zwłaszcza podczas Koronawirusa). Tak właśnie jest w szkole imienia Stanisława Lema, gdzie dzieci oznaczone numerkami, przypisane są do swoich komputerów, przy pomocy których wykonują określone zadania i przesyłają je potem niczym raporty do kierownika szkoły, niejakiego Kudłacza (Emilian Kamiński). A Kudłacz, choć może pochwalić się równie imponującą czupryną co pan Kleks, to jednak jest bardziej restrykcyjny w traktowaniu uczniów. Dla niego najważniejsza jest dyscyplina: „sztywno równo i posłusznie”, zupełnie inaczej niż w „Akademii Pana Kleksa”. Ale i w tej nudnej szkole od czasu do czasu mogą się zdarzyć ciekawe przygody.

Podczas prób do przedstawienia bajki, znika Agnieszka, uczennica wcielającą się w rolę księżniczki na ziarnku grochu. Dlaczego zniknęła? Nie sposób tego wyjaśnić tu na Ziemi, gdzie zaawansowane technologie dopiero raczkują. Ale gdzieś ponad tym wszystkim stoi wielki umysł, dawno niewidzianego Wielkiego Elektronika, zwanego też Imperatorem (znów otwiera mi się skojarzenie do Gwiezdnych Wojen), który jak wiadomo uciekł rakietą w poprzedniej części „Podróży Pana Kleksa”. Długo błąkał się w kosmosie, aż znalazł schronienie na planecie Mango. Trochę to przypomina ucieczkę C3PO i R2D2 kapsułą na planetę Tatooine. Na Mango Wielkiego Elektronika przyjął dobroduszny, baron Carmello (Bohdan Smoleń), któremu tylko muzyka i cukierki w głowie. Jego żona (Maryla Rodowicz) wciąż męczy go, aby napisał Rock Operę, w której ona zaśpiewa główną partię. Póki co na planecie Mango słychać wesoły szczebiot papingów (wielkich ptaków). Nie trudno takiego marzyciela jak Carmello zmanipulować. Elektronik chcąc się jakoś odwdzięczyć i tym samym wydłużyć sobie pobyt na planecie Mango, postanawia wreszcie sprawdzić swój rewolucyjny proces fantomizacji – czyli przeniesienia danej osoby lub rzeczy w konkretne miejsce. Wie dobrze, że baron Carmello pragnie mieć córkę, księżniczkę, którą codziennie będzie obsypywał cukierkami i kosztownościami. Nic prostszego. Wystarczy przeszukać wszystkie możliwe szkoły i przenieść z nich tą jedyną małą księżniczkę.

Tak się właśnie składa, że Agnieszka grająca księżniczkę w szkolnym przedstawieniu, ubrana w satynową suknię, od razu zwraca uwagę Barona Carmello, który pragnie mieć ją na dworze. Ta mała jest niczym brakujący puzzel w jego układance życia rodzinnego. Wygląda to tak, jakby bogaty, próżny człowiek poszedł na zakupy i wybrał sobie tą a nie inną lalkę, która odgrywać będzie teraz rolę jego córki. Agnieszka przenosi się na planetę Mango, a Wielki Elektronik ma na jakiś czas spokój. Dalej może kontynuować swoje eksperymenty i badania. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że porwaniem Agnieszki wywołał z lasu dawno niewidzianego antagonistę, niejakiego pana Kleksa.

W tej zimnej, industrialnej rzeczywistości, w której dzieciaki przed chwilą zgrywały zadania domowe na dyskietkach (dziś pewnie na maila nauczyciela) nikt nie jest w stanie wytłumaczyć zniknięcia Agnieszki. Wtedy to robot Bajtek, który pełni rolę nauczyciela, podpowiada swoim uczniom, by zwrócili się do pana Kleksa, który przebywa gdzieś daleko w pewnym rezerwacie, niczym uciekinier z tej zimnej cywilizacji. Dzieci przesiąknięte już mocno techniką nagle muszą z pokorą wrócić do zupełnie innej rzeczywistości i szukać ratunku u mistrza-outsidera, który jakoś nie mógł się odnaleźć w tym nowym świecie pełnym komputerów. 


Wobec tego dramatycznego zdarzenia, jakim było zniknięcie uczennicy, zawiązuje się grupa nieustraszonych, która ma za zadanie rozwiązać zagadkę i uratować dziewczynkę. A drużyna ta, podobnie jak w „Podróżach Pana Kleksa”, składa się oczywiście z pana Kleksa, dziwnego stwora o równie dziwnym imieniu: Melośmiacz, pełniącego tu rolę rozśmieszania towarzystwa. A kogo tu jeszcze rozśmieszać? Odważnego ucznia Groszka, który podkochuje się w Agnieszce i czuje się w obowiązku ratować swoją księżniczkę. Przyda mu się zatem pomoc jego ojca, Maxa Bensona, doświadczonego pilota statków kosmicznych. Co ciekawe Ojca Groszka gra tu Jan Jankowski, który wcześniej wcielał się w postać bogatego wychowanka domu dziecka, pana Bronowskiego. Wydaje się, że to przestawienie ról wyraża pragnienie Groszka z domu dziecka, by przeżyć prawdziwą przygodę ze swoim ojcem.

Poza głównym tematem odbicia Agnieszki z planety Mango i pokonania Wielkiego Elektronika, pobrzmiewa tu jeszcze legenda o tajemniczej, Szmaragdowej Szkatułce, która niejako definiuje nam istotę Pana Kleksa, jego wiedzę i mądrość. Okazuje się, że Szmaragdowa szkatułka w kształcie pagody była darem od przybyszów z innej planety dla Cesarza Chin z dynastii Ming, który wraz ze swoim dworem pomógł zagubionym przybyszom, gdy ich statek miał awaryjne lądowanie na Ziemi. Potem ta szkatułka należała do doktora Paj Chi Wo i była w niej zawarta tajemna wiedza obcych cywilizacji i inne ciekawe sekrety, które o mały włos nie znalazły się w łapach Wielkiego Elektronika.

Co do ostatecznej konfrontacji między Panem Kleksem a Elektronikiem, to ta rozgrywka nie prezentuje się zbyt efektownie, porównując ją do wcześniejszych pojedynków w „Akademii Pana Kleksa” czy w „Podróżach Pana Kleksa”, gdzie są wybuchy, świsty, błyski. Oto śpiący Wielki Elektronik, uśpiony przez kołysankę Papingów zostaje zaskoczony przez Kleksa i wysłany w jakiś nieznany wymiar czasoprzestrzenny. Hurra! Pan Kleks znowu wygrywaaaaa. Jakie to słodkie i nudneee.

Ale już tak nudne nie są industrialne scenografie, a nade wszystko efekty dźwiękowe skomponowane w studiu eksperymentalnym polskiego radia przez Bohdana Mazurka, z pewnością trochę nawiązujące do dźwięków Bena Burta z „Gwiezdnych wojen”. A za muzykę odpowiada tu Andrzej Korzyński, nie żałujący eksperymentów na słynnej Yamaszce DX7, która zarówno dobrze oddaje futurustyczne klimaty (co także usłyszymy w muzyce Henryka Kuźniaka do filmu „Seksmisja”) jak i te dalekowschodnie, orientalne (piosenka doktora Paj-Chi-Wo) Bajdocja. Dźwięki, muzyka, ale nade wszystko piosenki, spełniają tu dużą rolę w bajkowej narracji (jak u Disneya), czyniąc całe dzieło Gradowskiego także bajką musicalową z dobrze opracowaną choreografię tańczących aktorów, między którymi śpiewają Zdzisława Sośnicka, Maryla Rodowicz, Beata Kozidrak czy Małgorzata Ostrowska, czyli czołówka wokalistek popowo-rockowych z okresu lat osiemdziesiątych. Do tego Piotr Fronczewski mający już spore doświadczenie, śpiewając przecież jako Franek Kimono, Bohdan Smoleń, czy Marek Piekarczyk (piosenka nadchodzącej armii Wilków).

Pan Kleks zachwycał mnie jako dzieciaka. To było święto, gdy TVP emitowała w słoneczną sobotę „Akademię…”, ale dziś gdy oglądam te filmy, targają mną sprzeczne emocje – z jednej strony sentyment, z drugiej pokusa, by obejrzeć je z nowymi efektami specjalnymi i lepszym montażem. Myślałem, że po rekonstrukcji, remasterach i wydaniu na Blu-ray twórcy zdecydują się na taki krok, tak jak to zrobił George Lucas, dodając komputerowo różne nowe stwory i poprawiając choćby eksplozję Gwiazdy Śmierci. Ale z drugiej strony czy warto to zmieniać? W gruncie rzeczy te wszystkie niezgrabne kukły udające morskie potwory, te pstrokate animacje mają w sobie jakiś urok i razem tworzą ten specyficzny bajkowy świat.

Pan Kleks jeszcze powrócił w 2001 roku na ekrany telewizorów, by świętować swój Triumf. Tym razem jednak Krzysztof Gradowski wraz ze Studiem Miniatur Filmowych zdecydował się na znacznie więcej animacji niż poprzednio. Ale za to postanowił kontynuować tradycję współpracy międzynarodowej, by w tej produkcji Polska, Irlandia i Szwecja tworzyły nam bajkową atmosferę. Cała produkcja jest o tyle wyjątkowa, że nie zobaczymy tu już Golarza Filipa czy Wielkiego Elektronika, baaa, nawet Piotr Fronczewski się tu nie pojawia, tylko jedynie udziela głosu swojej animowanej wersji. Więc kogo tu oglądać?! Pytamy zdesperowani. Ale gdy się dobrze przyjrzymy, zobaczymy znajome twarze Zbigniewa Buczkowskiego jako Alojzego Bąbla i Jerzego Bończaka (niegdyś Bonifacy) w roli wąsatego dozorcy Weronika. Wydaje się, że pan Bończak powtarza tu rolę niewdzięcznego dozorcy Prokopa z serialu „Dom 2”, ale jednak jest bardziej sympatyczny. Natomiast główna rola przypadła tu Jarosławowi Jakimowiczowi, czyli Cichemu z „Młodych wilków”. Jakimowicz ze swoją hollywoodzką urodą jest zazwyczaj drewniany lub przesadza na ekranie, to jednak w tym filmie dla dzieci sprawdza się całkiem przyzwoicie. Gra tu Tomasza Miłkowskiego, rysownika, twórcę komiksów, który cierpi na brak twórczej weny. Powtórna lektura książki o Panu Kleksie rozpala w nim wyobraźnię i zaczyna tworzyć nowe, niezwykłe historie ze swoim ulubionym bohaterem z dzieciństwa. Tomek coraz bardziej ucieka w świat fantazji, podczas gdy obok czeka na niego Agata (Alicja Gradowska), wybranka jego serca. W tym twórczym pojedynku Tomek będzie musiał poprowadzić nową historię Kleksa do końca, pomagając odnaleźć zaginionych rodziców Adasia Niezgódki, zacnego absolwenta Akademii naszego brodacza, pokonać złośliwego Alojzego Bąbla (który oczywiście jak zwykle się uchowa) no i jeszcze znaleźć Adasiowi odpowiednią żonę, Rezedę. Ten ostatni punkt bajki także nakłada się na życiową decyzję samego Tomka, który postanawia się oświadczyć Agacie i dorosnąć do bardziej odpowiedzialnego życia, by teraz małżeństwo było jego cudowną bajką.

„Triumf Pana Kleksa” to swoisty hołd reżysera dla bajkowej wyobraźni Brzechwy, która jest jak pigułka na porost bajkowej wyobraźni”, jak poradnik dla każdego twórcy, który czasem nie potrafi przekroczyć granic w swej racjonalności i dorosłości. Najtrudniej znowu być dzieckiem, które bez problemu przekracza kolejne bajkowe krainy, czyż nie? Najtrudniej robić kleksy, gdy już opanowałeś do perfekcji kaligrafię i pismo techniczne dorosłości. W świecie Pana Kleksa jeden obraz rozbudza kolejny i zawsze zdesperowany artysta jest w stanie się czegoś uczepić, wejść w jakąś furtkę niezwykłej krainy, którą już potem sam dookreśli, tak jak to w filmie robi Miłkowski.

Przyjemna to produkcja. Kreskówki przynajmniej pozwalają na bardziej efektowne sceny i dziwacznych bohaterów, którzy są bardziej dynamiczni niż aktorzy w niewygodnych strojach. Ale to już nie ten Kleks co kiedyś. Ma się wrażenie, że stracił on coś na swojej epickości. Nowe czasy, rok 2000. Kogo jeszcze może zachwycić ten brodaty dziwak, gdy dzieciaki wolą gry komputerowe? Szkoda nawet dla niego zakładać peruki. Poza tym Piotr Fronczewski wtedy zyskał sławę zgryźliwego Jacka Kwiatkowskiego w „Rodzinie zastępczej”.

Minęło od premiery tego dzieła dwadzieścia dwa lata. A pan Kleksa znów powraca, by czarować nam szarą rzeczywistość ze znacznie lepszymi efektami specjalnymi. Oto szykuje się nowa ekranizacja Kleksa, gdzie tytułową rolę ma zagrać człowiek, który wcielił się już w Zbigniewa Religę czy Ryszarda Riedela, czyli Tomasz Kot. Miejmy nadzieję, że nie będzie to kot w worku, a postać Kleksa odzyska dawny czar. Ale czy oczaruje on widzów przyzwyczajonych już do głośnych, efektownych produkcji wielkich wytwórni z Ameryki?

O tym dowiemy się w następnym odcinku.

 



























 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH