FLATLINERS. ZA NIEBIESKĄ LINIĄ
Flatliners? Czyli „płaskolinie”? Wybrańcy losu, surferzy na płaskiej fali, zawieszeni między życiem a śmiercią, którzy nie doświadczają już dołów i wyżów, smutków i radości kapryśnego losu. Prosta linia, co za ulga, bez nadziei i innego niepotrzebnego narkotyku, by lepiej, lżej i słodko. Prosto do celu… przez swoje grzechy aż do nicości lub wiecznego życia.
Joel Schumaher w połowie lat osiemdziesiątych wyreżyserował kinowy hit „Ognie św. Elma” z energetycznym motywem przewodnim Johna Parra „Man in motion”. Film opowiadał o grupie przyjaciół, studentów, którzy wkraczają niepewnym krokiem w dorosłość. Było śmiesznie, a kiedy trzeba refleksyjnie. Pięć lat później Schumacher mając obok siebie Michaela Douglasa w roli producenta (trzy lata później panowie spotkają się na planie „Upadku”), z ciekawym scenariuszem Petera Filardiego, grupą świetnych aktorów młodego pokolenia, nakręcił film „Flatliners”, gdzie również akcja rozgrywa się w środowisku akademickim. Tu jednak błyskotliwi studenci medycyny nie roztkliwiają się nad swoją przyszłością, która raczej z punktu zawodowego powinna być różowa. Z racji tego, że są najlepszymi studentami, nie muszą się przejmować takimi drobnostkami, jak zdać dany egzamin? Mogą za to poświęcić więcej czasu na zajęcia dodatkowe, na przykład eksperymenty ze śmiercią kliniczną. Czego nie robi się dla dobra nauki?
Twórcy „Flatliners” ukazują nam życie studenckie jako wyjątkowy czas, kiedy młody człowiek ma prawo, a może nawet obowiązek intensywnie doświadczać wszystkiego, aby tak przygotować się do mocnego wejścia w rutynę życia. Jedni balangują, inni zakładają legendarne kapele lub firmy, opracowują rewolucyjne teorie, roznosi ich potencjał i twórcza energia, ale jeszcze inni nie wahają się w tym wyjątkowym karnawale kreatywności eksperymentować ze śmiercią, by paradoksalnie poczuć życie intensywniej. W końcu studia to pewnego rodzaju stan zawieszenia, przedsionek ukryty między pięknymi teoriami a dorosłym życiem. To jakaś kraina, w której można do woli sprawdzać swój potencjał, między intelektualnymi dyskusjami, a awangardowymi eksperymentami. Bycie na studiach to doświadczenia z pogranicza sztuki. Trzeba być trochę artystą, by mieć oryginalne pomysły na swoje projekty badawcze.
Oto pytanie drogi studencie, czy wierzysz w krainę myśli intelektualnej położoną poza grafikiem, w którym zdobywasz punkty ECTS? Czy chce ci się tam iść i odkrywać inne tajemnice, niepotwierdzone w podręcznikach? Czy chcesz tylko na studiach powtarzać cudze opinie, czy może chcesz eksplorować nieznane dotąd rejony i być na swój sposób pionierem, choć nie zawsze zrozumiałym, nawet przez profesorów? W końcu w przypadku takich dziedzin jak chemia, biologia, medycyna, czy fizyka, eksperymentowanie jest wręcz pożądane u studentów.
A nawet jeśli na odważnie postawione pytania odpowiedź by nie przyszła, to przynajmniej pozostaną wspomnienia tych niezwykłych przedsięwzięć, szalonych czasów studenckich, w których próbowaliśmy podwinąć kieckę Nobliwej Pani Prawdzie. Szczerze pisząc, zazdroszczę bohaterom tego filmu, że przeżyli taką, mrożącą krew w żyłach przygodę, która uzdrowiła ich duchowo i którą będą jeszcze wspominali na stare lata, doceniając za każdym razem ten moment życia, w którym się znajdują.
Dziś jest dobry dzień na umieranie
Zagadka stara jak świat. Czy istnieje coś po śmierci? To pytanie szczególnie absorbuje Nelsona (Kiefer Sutherland), zdolnego studenta medycyny, któremu nie wystarczy status wybitnego lekarza. To taki typ zimnego geniusza i szalonego naukowca. On chce wiedzieć więcej i nie zawaha się sprawdzić, czy faktycznie to, co opisywali bohaterowie książki Raymonda E. Moody' ego „Życie po życiu” jest prawdą. A zdecydowana większość osób, które przeżyły śmierć kliniczną i postanowiły się o tym opowiedzieć, podkreślała, że doświadczyli umierania jako podążania za światłem. Dusza była w jakimś stanie zawieszenia. Osoba umierająca niejako widziała siebie, czyli ciało, ale widziała też poszczególne sekwencje ze swego życia. Te bolesne, te wstydliwe i te szczęśliwe. I nagle w tym dobrze zmontowanym filmie ze wspomnień wszystko do siebie pasowało i zyskiwało nowy sens. Tak, jakby nigdy nic nie wydarzyło się na marne. O złośliwym księgowym, który wypomina nam nasze upadki i ogniach piekielnych jakoś nikt nie wspominał, bo może jest tak, jak przedstawił to Lewis w „Ostatniej bitwie” narnijskiego cyklu, mianowicie, że sami skazujemy się na piekło bądź na niebo. To my w gruncie rzeczy jesteśmy dla siebie najsurowszymi sędziami, którzy sobą gardzą lub mają do siebie empatię. I zapomnijmy też o puszystych chmurkach i ptasim mleczku w niebiosach. „Ludzie za wiele się spodziewają po niebie, które jest gdzieś daleko” – powiada pastor w filmie „Jęk czarnego węża”. Piekło możemy sobie zgotować już na ziemi, topiąc się w żalu, gniewie i zmarnowanych szansach. Z kolei niebo może być efektem afirmacji codzienności, naszej wdzięczności za wszystko, co nas spotyka. Bo wszystko jest po coś. To tylko kwestia czasu, kiedy zobaczymy sens. Pytanie, co dzieje się w tym przedsionku i co jest dalej? W ostatniej scenie, jak za mgłą. Lekarze widzą tylko płaską linię na ekranie, sygnał staje się ciągły. Ktoś jeszcze próbuje z defibrylatorem, z elektrowstrząsami. Ciało podskakuje, jakby ten ktoś miał łaskotki, jakby już miał wyskoczyć z łóżka i znów opada jak worek. Nic. Raport, czas zgonu. Falujące, białe prześcieradło opada powoli na zwłoki, które jeszcze parę minut temu były Kimś. Koniec przedstawienia.
Jak to jest zatem wrócić z zaświatów? Ambitny Nelson pragnie tego dokonać za wszelką cenę, ale oczywiście potrzebuje jeszcze kilku odważnych studentów, którzy będą mu towarzyszyli podczas jego zgonu i przeprowadzą sprawną reanimację. Więc kto odważy się zawalczyć z Kostuchą? Zupełnie, jakbyśmy kompletowali drużynę super-bohaterów albo kompletnych świrów.
Na pierwszy ogień, niech to będzie kobieta, piękna, nieprzystępna i niezależna Rachel Manus, czyli Julia Roberts, koleżanka z roku, w której Nelson się podkochuje i chce, aby dziewczyna była świadkiem jego bohaterskiego powrotu do życia. Pikanterii dodaje tu fakt, że w czasie kręcenia „Flatliners”, Julia Roberts i Kiefer Sutherland byli ze sobą w związku.
Tuż obok Rachel, pochyla się doktor Joe Hurley (William Baldwin), kobieciarz, żartowniś, lekkoduch, a także operator, który będzie filmował eksperyment swoją kamerą, by zrobić z tego niezły reality show („Kto pierwszy do grobu?”). Joe do końca wierzy, że Nelson w decydującym momencie stchórzy i anuluje ten eksperyment. Jak bardzo się pomyli. Dalej, wśród dzielnej załogi: kłania się nam przemądrzały, ironiczny Randy Steckle (czyli jowialny Oliver Platt), który wprowadza trochę humoru (jak w „Trzech muszkieterach”), gdy wszystkim krew stanęła w żyłach. Ten lekarski kitel jeszcze wróci do Olivera Platta w serialu „Chicago Med.”. To zresztą nocne Chicago (jak z „Ostrego dyżuru”) posłuży jako plenery w „Flatliners”. Póki co na miejsce eksperymentu nadchodzi ktoś jeszcze. Piąty członek załogi: David Labraccio (Kevin Bacon), ateista, idealista, wolny duch, który poza medycznymi wyżynami lubi wspinać się też na górskie szczyty. Student, który ostatnio sobie dorobił etykietkę wyklętego, bo zbyt nadgorliwie podszedł do przypadku pewnej pacjentki, której w efekcie nie zdołali uratować. No cóż, na razie musi odpocząć od studiowania. Decyzja komisji uczelnianej brzmi: zawieszenie w prawach studenta, ale nie w kwestii eksperymentowania, czyż nie? Sceptyczny Dave zjawia się jako ostatni w sali, w której już stoi łóżko z uśpionym Nelsonem. To David, który nie ma nic do stracenia, przeważa szalę i decyduje się na eksperyment, podczas gdy Hurley i Steckle wciąż nie mogą uwierzyć, że specjalnie kogoś uśmiercają. Ale oto śmierć stała się faktem, encefalograf pokazuje prostą linię. Nelson umarł. Co za wariat. Po co mu to? Dla sławy, dla dobra nauki, dla odpowiedzi? Prosta linia się wydłuża, jak czas, który sobie ustawili. Minuta poza życiem. Prosta linia. Dokąd prowadzi ta niebieska ścieżka? Zadają sobie pytanie. Nelson w tym czasie biega (w zaświatach) jako dziecko, bawi się z kolegami i psem. Dręczą pewnego chłopca. Pojawiają się migawki z dzieciństwa, okresu, który bardzo mocno rzutuje na nasze dorosłe życie. Nie czas na zabawy. Pora wracać. Defibrylator, zastrzyk. Dreszcze i ciarki, bo czy na pewno wróci?! Pot na czole i pretensje, co myśmy najlepszego zrobili? Wyrzucą nas z uczelni. Skończymy w kryminale! Ale nie, czekajcie! On wraca. Skacząca linia. Znajomy sygnał. Pik, pik, pik. Jest. Uparty Nelson otwiera oczy, cieszy się, że Rachel jest tuż obok i widziała jego bohaterski czyn. Ma też satysfakcję, że jest Dave, który dosyć nieufnie podchodził do tego eksperymentu. No widzisz Dave, mówiłem, że się uda. I jak miło, że Joe to uchwycił na swojej kamerze. Szkoda tylko, że ta kamera nie miała wglądu w myśli Nelsona. Bo właściwie cały eksperyment wygląda dość słabo, nawet w tej upiornej scenerii w stylu „laboratorium Frankensteina”, remontowanego budynku uczelni. Pacjent zasnął, umarł, płaska linia i tyle. Reanimacja. A potem wielki powrót, faza R.E.M., otwarcie oczu i witaj z powrotem.
Jak się czujesz? Trochę roztrzęsiony. Nie ma się co dziwić. W końcu wrócił z krainy cieni jak Frodo, owinięty w koc, blady i majaczący. Coś tam musi być, coś widziałem. Autosugestia — podsumowuje z uśmiechem Dave. Ale Nelson się upiera, że teraz czuje wszystko wyraźnie dookoła, jak dobrze nastrojony instrument. Jakby nigdy wcześniej nie odczuwał życia tak jak teraz. Co za oczyszczające doświadczenie. I gdyby tylko na tym się skończyło. Ale minuta to wciąż za krótko, by się przekonać, co było po drugiej stronie. Jakieś wspomnienia z dzieciństwa. No i co z tego. Czy chodzi o powrót do arkadii? Wciąż mnóstwo pytań. Nelson nie odpuszcza i zamierza po raz kolejny wybrać się w zaświaty. Ta ciekawość jest jak narkotyk. Jest ktoś jeszcze chętny? Zaraz, chwileczkę?! Nie będziemy eksperymentowali ze śmiercią! Protestuje moralista Steckle. Ale już się ustawia kolejka chętnych do śmierci klinicznej. Kto następny? Kto odważy się na dłużej. Trwa licytacja. Każdy chce być sławny. Przebić linię życia i śmierci. To jest dopiero osiągnięcie! Joe Hurley postanawia wyjrzeć zza drzwi życia, tuż za nim ateista Dave, który wreszcie COŚ poczuje, a potem wreszcie Rachel, która chciałaby się przekonać, czy jej zmarły tragicznie ojciec trafił w lepsze miejsce? Steckle sobie odpuści takie ryzyko i zadowoli się obserwacją pozostałych. Jedyny rozważny w tym towarzystwie, który ironicznie komentuje poczynania kolegów na przenośnym dyktafonie: „mieliśmy nieźle nasrane w głowie”. „Dobrze, że nie zdecydowałem się na ten eksperyment, bo teraz ścigałaby mnie moja była niańka”.
Powroty z zaświatów może są łatwe, gdy jest się lekarzem. Ale potem zaczyna się koszmar. Każde z naszych bohaterów dręczone jest przez grzechy z przeszłości. Gdy przekroczyło się granicę śmierci i nagle powróciło, grzech również powrócił w formie koszmarów, wizji, w których można dostać „po mordzie” od, kogoś, kto już dawno nie żyje. Dziwne? A jednak Nelson po raz kolejny szyje sobie ranę po mocnym uderzeniu kijem hokejowym. Kto go tak urządził? Kolega z dzieciństwa, który podobno już dawno jest w grobie. W rolę tego niepozornego chłopaka, Billy’ ego Mahoneya wcielił się Joshua Rudoy, znany wcześniej choćby z filmu „Harry i Hendersonowie”. Zawsze mnie to zdumiewa jak twórcy tego filmu potrafią sprawić, że niepozornie wyglądające dziecko może okazać się koszmarem dla dorosłego człowieka. Dzieci są tym, co w nas najgorsze i najlepsze zarazem. Jak widać, grzechy mają różne twarze, od niewinnych dzieci po seksowne lica blondynek i brunetek słodko mruczących nad uchem upadłego grzesznika.
Kobieciarz Joe jest prześladowany przez tłumy kobiet, które kiedyś zdradził. Dave ma coraz większe wyrzuty sumienia wobec koleżanki, którą obrażał w szkole, a Rachel ma wizje związane z samobójstwem ojca, który nie mógł sobie poradzić z traumą po wojnie w Wietnamie. To Labraccio, ten ateista, sceptyk jako pierwszy rozumie, że kluczem do wyjścia z tego koszmaru będzie zadośćuczynienie, pokuta, żal za własne grzechy. Łatwe jest to dla kogoś, kto ma szansę realnie przeprosić pokrzywdzoną osobę, ale jeśli skrzywdziło się osobę, której już nie ma? Z tym dylematem pozostaje Nelson, który to wszystko zaczął. Może znów trzeba wracać do zaświatów, by ponieść tam karę, odebrać cios od pokrzywdzonej osoby? Ale czy potem można jeszcze wrócić? I jakim staniesz się człowiekiem po tym wszystkim?
Choć „Flatliners” to horror, w którym śmierć stanowi główny motyw, to jednak zombie czy duchów podobnych do tych z „Poszukiwaczy zaginionej arki” czy „Ducha” tam nie uświadczymy. Zdziwieni? Film bardziej kieruje się w stronę psychologii niż krwistego horroru. I dobrze, bo wyszłaby z tego raczej karykatura niż film, który pobudza wyobraźnię i refleksję. Trzeba przyznać, że oprócz bardzo dobrej historii i doboru świetnych aktorów, twórcy starannie zadbali o wizualną stronę filmu, mam tu na myśli tą dbałość o kolory, głównie niebieski, który dominuje w większości scen, przez co ma się wrażenie, że bohaterowie żyją w jakimś półśnie. Oprócz niebieskiego, pojawia się także czerwień (w scenach wspomnień Rachel) i sepia. Od chłodu, zimna, w których wszystko umiera przez czerwień uczuć, namiętności, krwi, życia, aż ziemistą sepię, kolor ziemi, która grzebie nas na wieki.
Zbliżenia, szybkie ujęcia, przejścia. Niezwykłe zdjęcia Jana de Bonta z muzyką Jamesa Newtona Howarda tworzą tą niepokojącą atmosferę „Flatliners”. Sporo tam wizji, retrospekcji, czasem bardzo zwyczajnych: tu sparaliżowany pies, tam graffiti na ścianie, zakapturzony chłopiec, który nagle bije jak Mike Tyson, tam twarz ojca tak podświetlona, że już po chwili nie widać ludzkich rysów i ta niepozorna dziewczynka wyłaniająca się z ciemności, by wyzwać Dave’ a od najgorszych. Twórcy umiejętnie bawią się detalami, zbliżeniami, scenografią.
Już w otwierającej sekwencji witają nas posępne posągi z rzeźby „Fontanna czasu”. Te surowe wnętrza trochę w stylu art. deco przypominają mroczne Gotham City z projektów Antona Fursta. Za oknami listopad i Halloween. Ożywają potwory w strojach przebierańców i tańczą kościotrupy do piosenki Dave’ a Stewarta „Party Town”. Jakieś dreszcze przechodzą po plecach, gdy widzimy tą płaskorzeźbę nad drzwiami, przedstawiającą człowieka siłującego się z kościotrupem. Nie bez znaczenia jest tu detal, który ściskają obie postacie, jakby chciały go zagarnąć na swoją stronę. Mowa tu o lasce, owiniętej wężami i zakończonej skrzydłami. Wygląda ona jak Kaduceusz, ale ze względu na fakt, że pojawia się w filmie traktującym o sprawach medycznych, to może być także laska Eskulapa, czyli symbol medycyny. Ten kto dzierży tą laską, jest w stanie wyrwać się z objęć śmierci.
Na uwagę zasługuje również wystrój kampusu uczelnianego i szpitala. Dziwny to budynek, który zupełnie nie przypomina centrum medycznego przesyconego bielą, czy zielenią, co raczej kojarzy się z muzeum lub katedrą. Ten trop muzeum jest właściwy, bo w rzeczywistości za lokalizację posłużyło tu Muzeum Nauki i Przemysłu w Chicago. Skojarzenia z katedrą również mają tu pewne uzasadnienie, gdy spojrzymy na malowidło w pełnej krasie, które pojawia się w napisach końcowych. Przedstawia ono Boga z Kaplicy Sykstyńskiej, ale tym razem pod nim znajduje się Prometeusz z ogniem. Tradycja Chrześcijańska miesza się tu z mitologią grecką. Ale sens jest jasny. Jakiś śmiałek odważył się wykraść boską tajemnicę i spotka go za to gniew Boży. Michał Anioł, podobnie zresztą jak jego rywal, Leonardo da Vinci stąpali po cienkiej granicy i często w nocy przekradali się do prosektorium, gdzie dokonywali sekcji, by poznać tajemnicę ludzkiego ciała. Nasi bohaterowie również dokonują tego niebezpiecznego eksperymentu w nocy, na terenie uczelni, która właśnie przechodzi remont. Wszędzie stoją rusztowania, a malarze przygotowują się, aby odnowić malowidło przedstawiające Boga, podczas gdy Nelson wraz z kolegami siłuje się ze śmiercią, bo taka jest natura lekarza. Nauka to ciągły remont dawnych sklepień przestarzałych tradycji. Nie bez przyczyny Jan de Bont kieruje naszą uwagę na malowidło: „Lekcja doktora Tulpa” Rembrandta. Twórcy zgrabnie mieszają barwami, nastrojami, obrazami i tradycjami, przypominając, że przed aroganckim Nelsonem jeszcze wielu innych próbowało wykraść Boską tajemnicę. Warto tu wspomnieć, że Eugenio Zanetti, który jest odpowiedzialny za stronę wizualną tego filmu tworzył również obrazy/scenografie do filmu „Między piekłem a niebem”, gdzie mamy szansę zobaczyć odważne wizje tego, co może być po śmierci.
Z posępnych scenografii sanktuarium medycyny, gdzie dominuje sepia i niebieski półmrok, wchodzimy do zimnego apartamentu Nelsona. Trzeba przyznać, że to mieszkanie jest aż nazbyt uporządkowane, nawet jak na najlepszego studenta medycyny. Czysty, biały, oszczędny klasyczny wystrój już podkreśla status szanowanego lekarza bez żadnych problemów i kryzysów. Właściwie w tym mieszkaniu wszystko jest białe i jasne jak diagnoza wydana przez wszechwiedzącego doktora Nelsona Wrighta. Nelson ma nawet pełen wieszak białych koszul, które co chwila zmienia. Biel idealnie podkreśla profesjonalizm głównego bohatera, ale na tej bieli, jak na ekranie najłatwiej widać niesprane jeszcze grzechy i niebieskie wizje powracającego zza grobu kolegi, który jednak nie okazuje się być tylko hologramem, skoro przerażony Nelson wita w lustrze nowe sińce na twarzy. Jakże to inny Nelson od tego, którego widzieliśmy na początku. Jasna, skandynawska uroda Kiefera Sutherlanda mieni się czerwieniami i błękitami nowych sińców, jakby złośliwy malarz próbował nowego make-upu.
Inaczej mieszka Dave Labraccio, nieokrzesany lekarz, buntownik, alpinista, którego mieszkanie to taka przytulna, niechlujnie urządzona dziupla, trochę nawiązująca do wystroju starej chaty, w której każdy może się zatrzymać, jeśli poczuje zmęczenie. Z tego przywileju nie omieszkała skorzystać Rachel, zmęczona wspomnieniami o ojcu. A tym nieostrożnym krokiem wzbudziła ona jeszcze większą zazdrość u Nelsona, który ma poczucie, że jego starannie ułożony plan wymyka się spod kontroli. Tego doświadczenia nie da się tak po prostu zmierzyć, jakby chciał Wright. Bardziej sprawdza się tu podejście swobodnego Dave’ a, który mimo tego, że jest ateistą, w porę znajduje klucz, by pokonać koszmary. A do tego nie potrzeba wcale profesjonalnej wiedzy medycznej, a raczej odwagi, empatii, charakteru, skruchy, zdolności przyznania się do błędu i daru wybaczania, tak jak w przypadku Rachel, która chce wybaczyć ojcu-samobójcy i z każdym kolejnym uratowanym pacjentem, uratować także jego?
I może podobnie jest z Nelsonem. Może wypadek Billy’ ego spowodowany przed laty, stał się głównym powodem, dla którego wybrał on medycynę. Może z każdym uratowanym pacjentem, Nelson będzie próbował odkupić swoją winę, jakby ratował samego Billy’ ego? Powiało chłodną filozofią. Czas się okryć i kończyć ten tekst.
Śmierć w tym filmie to nie tyle sztywny człowiek, płaska linia, grób, szczerząca się Kostucha, co raczej nasze winy, grzechy i koszmary, nasz osobisty upadek, wstyd, pogarda wobec samych siebie, które w pewnym momencie tak mocno nami władają, że codziennie jak Nelson witamy naszą twarz jeszcze bardziej skatowaną niż na obrazie Ecce Homo. Nie poznajemy siebie. Nie żyjemy, a przemykamy przez życie w poczuciu strachu. Może tak naprawdę to my jesteśmy największymi sędziami nas samych i łatwo możemy siebie pogrążyć, fundując sobie najgorsze doświadczenie: śmierci za życia.
Komentarze
Prześlij komentarz