OSTATNIA RODZINA. BEKSIŃSCY, KTO PIERWSZY DO ŚMIERCI?
Ukryte pragnienia, uśpione gdzieś tam na cmentarzach wypartych spraw. Czekają, by kiedyś wstać i wgryźć się w nas znowu niczym wampiry. Odrzeć nas z tych ugrzecznionych postaw. Obudzić w nas szczerość. Taką szczerość, jaką dzielą się z nami właśnie Beksińscy w swoim zaciszu domowym, w którym ścierają się różne sprzeczne uczucia, od miłości po nienawiść. Raz potwory, raz czułości. Aż cała ta saga rodzinna historia, podzielona na rozdziały, gdzie na końcu zawsze ktoś umiera, dobiegnie do niezwykłego finału. Właśnie na końcu tej rodzinnej sagi ktoś obcy ulega swoim żądzom, by zadać ostatni cios i podpisać się krwią.
ZTZ. Zofia, Tomasz, Zdzisław. Ich troje. Trójkąt doskonały, trójkąt Bermudzki pełen tajemnic. Historia tej rodziny jest zarazem mroczna, fascynująca i wreszcie przygnębiająca. Niektórzy nawet nazwali ich „polską Rodziną Addamsów”. Ale właściwie dlaczego? Czy chodzi o te upiorne scenografie, fascynacje wampiryzmem, o te posępne, ciemne obrazy, które mogłyby zdobić rezydencję Addamsów? Idźmy dalej i jeszcze zróbmy im psychoanalizę. Przecież już się nie obronią. Można o nich pisać, ile tylko się da. Snuć te chore opowiastki o klątwach i koszmarach. Aż zatrze się zupełnie ten widmowy portret autentyczny. Jaka to prosta diagnoza. Syn ze skłonnościami do depresji, który nigdy tak naprawdę nie dorósł pod skrzydłami mamusi, martwiącej się o wszystko i ojciec wciąż uciekający w swoje mroczne światy, przeczuwając koniec końców. Pejzaż po apokalipsie. Jakby już chciał końca, jakby w tej kołysce widział śmierć. Niech to się skończy, ten niepokój o wszystko i wszystkich. To drżenie w skroniach, ten mruczący wulkan. Śledziona, czarna żółć, bolący żołądek, w którym kumulują się te wszystkie emocje. No i wreszcie apogeum, samobójstwo, a potem morderstwo. Dokonało się. Śpijcie spokojnie. Oto portret rodziny nadzwyczajnej, może dysfunkcyjnej (a któraż rodzina nie jest dysfunkcyjna!), kochającej się, próbującej znieść ten ciężar jakiejś dziwnej melancholii, świadomości własnego schyłku. Może coś jest w tym nazwisku. „Beksa?”, czyli płaczliwym, nadwrażliwym, melancholijnym? I powoli się uśmiechać do własnej śmierci.
A to porównanie do Addamsów? No i co? To przecież rodzina dobrze się bawiąca, umiejąca rozmawiać ze sobą na głębokie tematy. Rodzina, która do końca pozostała razem na tym samym osiedlu Sonaty, by czekać, aż symfonia grozy dobiegnie końca. Czegoż chcemy od tej rodziny? Już o większych patologiach czytaliśmy w gazetach. A Beksińscy to intelektualiści, patrzący na życie trochę spod ciemnych szkieł. W samych Addamsach też doznajemy tego pozytywnego zaskoczenia, że mimo tych strasznych scenografii czy jaskrawego upodobania do tortur, to w gruncie rzeczy bardzo porządna, kochająca się rodzina, spędzająca ze sobą każdą chwilę. Przez swoją dziwność i tragiczne losy, Beksińscy stali się atrakcyjnym towarem, który można przerobić na książki biograficzne, zebrane korespondencje, albumy. A powstało ich wiele. A nawet rozpętała się przy tym niezła awantura, o to, który portret jest prawdziwy oraz jakich pędzli i ujęć używa autor biografii, by przekazać kawałek prawdy. Najpierw odważył się to zrobić Piotr Dmochowski. Jeszcze za życia wszystkich Beksińskich postanowił opublikować ich historię, czym naraził się pani Zofii i Tomkowi. Dmochowski nie tylko doceniał malarstwo Beksińskiego, który jakoś sam nie potrafił wejść z przytupem na salony, ale również cenił te niezwykłe rozmowy i korespondencję z artystą, która wręcz ocierała się o sztukę epistolografii. To trzeba było wydać! Piotr Dmochowski to w historii Beksińskich dość ciekawa postać. Ktoś z zupełnie innego świata. Polak z zagranicy, z Francji (niby swój a nie swój) przybywa do komunistycznej Polski, by poznać niezwykłego twórcę, który w przeciwieństwie do swoich posępnych obrazów jest dość wesołym człowiekiem, mieszkającym w zwykłym bloku, a nie w starym zamczysku, pełnym szczurów i trupów. Dmochowski jest trochę jak intruz, który wkracza w ten niezwykły mikroorganizm Beksińskich i nie tylko zajmuje go malarstwo, ale także życie osobiste Zdzisława, jego relacje z najbliższymi. Marszand jest zdumiony tą atmosferą zwyczajności, w której powstają te mroczne obrazy. Aczkolwiek potem przekona się, że i w tej zwyczajności są pewne mroki, jak choćby wahania nastrojów Tomka, o którego drżą rodzice. Piotr Dmochowski jest jednym z pierwszych, który przekroczył tą granicę domu Beksińskich, stał się ich wybawieniem, zapewniając dochody ze sprzedaży obrazów, ale poza obrazami zobaczył też w tej rodzinie jakiś rodzaj fenomenu, który do dziś fascynuje.
Potem była książka Magdaleny Grzebałkowskiej, traktująca przede wszystkim o Tomku i Zdzisławie, na którą zdecydował się odpowiedzieć dziennikarz muzyczny, Wiesław Weiss. On w przeciwieństwie do Grzebałkowskiej znał Tomka, dzielił z nim pasje muzyczne i chciał walczyć o jego prawdziwy portret. Ta misja nabrała jeszcze większego rozmachu, gdy na ekranach kin zagościła „Ostatnia rodzina”, w której wszyscy bohaterowie pod płaszczykiem artystycznej wizji zostali bardzo przejaskrawieni. Ale nie ma się co oburzać. To w gruncie rzeczy film, będący esencją tego wszystkiego, co widzieliśmy w wideo pamiętnikach, archaicznych vlogach Zdzisława Beksińskiego. Wszystkie te skomplikowane relacje trzeba było wyłożyć widzom w ciągu półtorej godziny. Nawet jeśli w tym filmie razi ta jaskrawość, gęstość emocji między bohaterami, to jednak warto tu oddać sprawiedliwość twórcom w odtworzeniu tej rzeczywistości z przed kilkudziesięciu lat, gdzie wtedy wszystko przebiegało trochę wolniej jak na zacinającej się taśmie magnetofonowej. Podpatrywanie życia Beksińskich w „Ostatniej rodzinie” przekłada się również na specyficzny sposób filmowania bohaterów, stylizowany na amatorskie nagranie domowe. Każda ze scen w tym filmie kręcona jest w większości z jednego ujęcia, a nie z kilku. Zupełnie, jakby ktoś zapomniał wyłączyć kamerę, pozostawioną w korytarzu, przed którą właśnie bohaterowie grają daną scenę, co trochę może męczyć nas — podglądaczy. Ale to sprzyja intymnemu nastrojowi całej produkcji. Jesteśmy jakby częścią tej rodziny, zaglądamy głęboko w trudne relacje, słuchamy rozmów, czujemy to rodzinne napięcie.
Ale między tymi monotonnymi zdjęciami znalazło się także miejsce na trochę efektów specjalnych, jak choćby scena katastrofy lotniczej, czy zdjęcia przed blokiem, gdy Zdzisław idzie w deszczu do Tomka, aby sprawdzić co u niego. Również ciekawy jest zabieg z wykorzystaniem archiwalnego odcinka programu „Wieczór z wampirem”, gdzie to Dawid Ogrodnik siedzi na miejscu prawdziwego Tomka, odpowiadając na pytania redaktora Jagielskiego. Mowa ciała Tomka, jego błędne, zagubione spojrzenie i wywijanie chudziutkimi rączkami, odnajdują się w grze Ogrodnika. Gorzej z tym delikatnym, drżącym głosikiem przerażonego dziecka. Złośliwi mówią, że Ogrodnik w swojej gestykulacji nie wyszedł chyba jeszcze z roli „Chce się żyć”. Padły zarzuty, że filmowy Tomek jest zbyt wybuchowy, zbyt histeryczny. Zbyt przesadzony! No świr, który nie potrafi zrozumieć, że świat nie został stworzony do jego marzeń. Beksa, która płacze z powodu wszystkiego i rozwala wszystko dookoła. Ofiara swojego ego, która nieustannie rani najbliższych. No ale przynajmniej nie jest to nudny bohater. Intryguje nas, gdy go podpatrujemy, nie wiedząc, czego się spodziewać.
Jakże ta żywiołowość kontrastuje do postaci stoickiego ojca, Zdzisława Beksińskiego (w „Ostatniej rodzinie” zagrał go Andrzej Seweryn), malarza, który umiał sprytnie połączyć pracę twórczą z zarobkową. Przemienił swoje demony w sztukę. Twórca żyjący w swoim świecie, a mimo to stąpający twardo po gruncie, by ogarnąć wszystkie sprawy z rachunkami i zakupami. Nawet nie specjalnie interesował się tym, co jego koledzy po fachu wyczyniali na płótnach. Bo po co wiedzieć, czy ktoś jest lepszy, czy może gorszy – to deprymuje. Lepiej się zamknąć w swojej wyobraźni i wyciskać z niej na paletę kolejne ciemne barwy. Gdy patrzy się na wywiady z Beksińskim, w ogóle nie odczuwa się, że to jakiś wielki artysta, który odcisnął swoje piętno w malarstwie. Zwyczajny facet z założonymi rękami, z lekkim uśmiechem, który odpowiada dziennikarce krótko na temat i z autoironią. Nie bije od niego żadna ekstrawagancja czy ekscentryzm, jak choćby od Salvadora Dali’ ego. Oszczędny, robiący zakupy ma zapas i ciągle martwiący się o brak pieniędzy. Nie zafundował sobie willi z basenem, ale jak przystało na głowę rodziny, zadbał o godny byt dla swoich bliskich, którzy jednak zostawili go zbyt wcześnie. Ostatni z Beksińskich na posterunku. Mimo, że spokojny, opanowany, stoicki, to jednak wciąż niezadowolony z siebie. Te założone cienkie rączki, próbujące otulić to wątłe ciałko. Te małe, przymrużone, śmiejące się oczka, próbujące dostrzec w sobie coś więcej, w kolejnym fotograficznym autoportrecie. Wciąż drążący w swoim ja, ze skłonnością do introspekcji, najlepszy psychoanalityk i zarazem kat dla samego siebie, który leczy się własną sztuką. Choć najchętniej malowanie obrazów zamieniłby na robienie filmów. Zawsze chciał być reżyserem. Ale jego ojciec nalegał, aby skończył bardziej porządny kierunek. Skończył architekturę, a potem zajmował się także projektowaniem i wzornictwem. Jednak na swoje życie rodzinne nie znalazł żadnej porządnej architektury, wzoru uczuć, który mógłby opanować. Gdy już zrobił tysiące zdjęć i namalował kilkaset obrazów, wreszcie na pocieszenie kupił sobie kamerę, by z pasją rejestrować te wszystkie gęste emocje, jakie kłębiły się w jego rodzinie. Uwaga Tomek nadchodzi! Czas włączyć kamerę. Będzie oscarowa kreacja jednostki zmagającej się z egzystencjalnymi rozterkami. Tam kuchnia, tu pokój, tam pracownia. O, ktoś przeszedł. Akcja! A potem znów widok na siebie. Ach, jaki jestem zakompleksiony i zarazem niedopieszczony. Jeszcze jedno ujęcie mej osoby. Może dlatego wciąż snuje te post-apokaliptyczne wizje, mroczne, dziwne, straszne, pełne trumien, czaszek. To świat, w którym już nie ma lepszych, piękniejszych od Zdzisława Beksińskiego. Tu może odetchnąć spokojnie. Świat minął, są tylko zgliszcza. I na te zgliszcza spogląda Tomek, rozkoszujący się coraz bardziej dekadentyzmem. Mieszkanie Beksińskich jest pełne takich mrocznych okien na ścianach, zza których widać posępny świat. Ale i smutne blokowisko na osiedlu Sonata i ulicy Mozarta jakoś nie działa zbyt kojąco. Dalekie to od tego drewnianego dworku w Sanoku, gdzie był ogród, gdzie była przestrzeń dla własnej wyobraźni. Wielkie płótno nieba, na którym można było malować nieskończone wizje.
Tomasz, również czuły na sztukę, zwłaszcza na muzykę i poezję w tekstach piosenek, doskonale umiał przekazywać intencje twórców na antenie radia, tworząc niesamowity klimat. Ale sam nigdy nie nie komponował, nie napisał książki. Może gdyby się postarał, wydałby kiedyś swoje felietony i eseje. Wszystkie emocje znalazłyby ujście w czymś nowym, a autor poczułby ulgę. Może gdzieś w głębi miał kompleks niespełnionego artysty. Bardziej wolałby two-rzyć jak jego ojciec, niż opowiadać o twórcach. Jeszcze w dzieciństwie malował różne obrazki, jako nastolatek tworzył komiksy z fotografii-kolaży, na których był on i jego koledzy. A potem jednak zarzucił te plastyczne zabawy, jakby się obawiał się, że dwóch artystów Beksińskich to jednak za dużo. Tomasz poza sztuką, porzucał jeszcze wiele innych rzeczy, jak choćby anglistykę albo był porzucany przez te nieszczęsne kobiety, femme fatale. Rzucał jeszcze do celu, jakim było szczęście, aż w końcu któregoś dnia uznał, że nigdy nie trafi w samą dziesiątkę. Tomasz, ten niewierny, dotykający rany swej egzystencji, ten neurotyczny, histeryczny, nieprzystosowany, archaiczny w swym sentymencie do maszyny do pisania (gdy dookoła komputery). Romantyk szukający życia pośród ruin i starych cmentarzy. Jego fantazja i wrażliwość były błogosławieństwem w pracy prezentera, a stały się przekleństwem dnia codziennego, gdy po nocy pełnej poezji trzeba wstać, wytrzeźwieć ze snów i mierzyć się z codziennością. Za oknem betonowe wieże, a w środku to małe mieszkanko wypełnione szczelnie płytami, które można by wziąć na bezludną wyspę. Wszystkie starannie ułożone, ukazują pedantyzm właściciela, który woli dbać o swoje płyty niż o siebie samego, swoje zdrowie, wygląd. Żadnej ryski, żadnego przetarcia, a okładek, książeczek płyt najlepiej nie wysuwać, jeszcze się zagniotą. Tam płyty, tu kasety VHS. Ciągłe składanki ulubionych scen i piosenek. Milion drzwi do różnych fantastycznych światów, do których Tomek nieustannie uciekał, nie mogąc znieść tego, co było za oknem. To istne muzeum za życia. Eksponat przy eksponacie Tomka, który już od dawna chciał być duchem, kimś ponad tą ciężką materią. Klepsydra na drzwiach jego pokoju wciąż wisi i przypomina o nieuchronnym końcu. Kiedyś to zrobi, kiedyś to przerwie. Boże, czemu to się nie stało w czasie tej katastrofy lotniczej w 1988 r. w Białobrzegach. Było tak blisko. Biały brzeg. Biała Pani, kres. A jednak przeżył, bez poważniejszych obrażeń. Przez kolejne jedenaście lat będzie się męczył z wyrokiem na życie. Ale czy to życie takie straszne? Dla kogoś, kto żył muzyką, bycie prezenterem radiowym i opowiadanie o swoich ulubionych płytach z pasją to musiała być wielka radość. Dzisiaj to już zawód archaiczny, bo przecież bez problemu możemy znaleźć dany utwór w sieci i nie potrzebujemy już wielkiego pana redaktora, który wprowadzi nas w twórczość danego zespołu. Nie potrzebujemy tego całego spektaklu. Ale Tomek chyba tego potrzebował, by mówić do jakiejś niewidzialnej publiczności o tym, jak dany utwór wpłynął na jego życie. W nocy najłatwiej o takie zwierzenia. Zewsząd budzą się demony Goyi i wyobraźnia poety pracuje na zdwojonych obrotach.
A poza tą słodką poezją, jeszcze łyk Coca coli, by poprawić nastrój, bo alkohol i narkotyki, jakoś nigdy nie ciągnęły Tomka. Ale nadmiar cukru jeszcze bardziej pogłębia minorowy nastrój. Na tą słodką melancholię, Tomek znalazł sposób w postaci ostrych dań. Ostro, aż pali! I dobrze, przynajmniej coś człowiek czuje w tym swoim kamieniu. Niech to z siebie wypoci, wypłacze. Tomek lubił słodko i ostro. Podobnie jak ojciec. W „Ostatniej rodzinie” mamy parę scen, jak panowie Beksińscy zajadają się, że aż nie dobrze się robi. Jedzą tak szybko, jakby ktoś im miał za chwilę wyrwać ten talerz. Tak szybko jedzą, tak wcinają, jakby byli głodni wszystkiego, a najbardziej tej esencji życia. Cierpliwa Zosia dolewa Coli i podaje keczup. Pod koniec filmu zobaczymy jak ojciec i syn (już po śmierci Zosi) ścigają się ze sobą w jedzeniu chińszczyzny przed telewizorem. Tomek wygrywa i oddaje ojcu kasetę z mową pożegnalną. Najadł się już za wszystkich. Wygrałem! Czas odejść od stołu. Na zawsze.
Wypijana litrami Cola zrobiła w zębach Tomkach niezłe spustoszenie – szczerbaty książę Tomasz zakłada kły wampira, by tak wgryźć się w istotę życia i wyssać ostatnie soki z zakazanego owocu. Nie przejmuje się tym, co ludzie gadają. Niemodny, niechlujny! Wolny od ludzkich opinii. Zazwyczaj w dresie, w bluzce Tom and Jerry. A gdy okazja wymaga bardziej eleganckiego stroju, to w czarnej pelerynie i kapeluszu. Zupełnie, jakby chciał grać w jakimś niezwykłym filmie. Z Tomkiem rzeczywiście jest coś nie tak – tak myślimy, gdy oglądamy występ Dawida Ogrodnika w filmie „Ostatnia rodzina”, gdzie bohater przypomina trochę nadpobudliwego, histerycznego dzieciaka. Ale jest też najbardziej energetyczną postacią w tym filmie. Jest enigmą, która fascynuje. Nieprzewidywalny, dziki i dlatego tak bardzo chce się go oglądać. Chodzi tu i tam, rzuca, czym popadnie, kopie, wpada w furię, a w jego błędnym, lękliwym spojrzeniu już zachodzi słońce. Czarne błyszczące oczka, w których drżała radość i smutek, stają się martwymi punktami. „Dark side of the moon”.
Tomek wciąż próbuje walczyć o swoją niezależność, ale przeczuleni rodzice, zwłaszcza matka martwią się o niego i jego depresyjne, „zaduszkowe” nastroje. Gdy Tomek się nie odzywa, nie przychodzi na obiad, już coś się psuje, zwalnia maszyna życia rodzinnego. Nikt nie może się na niczym skupić. Planety krążą inaczej, a pierścień w Saturnie dziwnie wiruje. Żołądek boli. Nic nie wychodzi. Tomciu co się dzieje? Czy dziś będzie nasz koniec świata? Może to rozstanie z małą ojczyzną Sanokiem, przeprowadzka do zimnej, betonowej stolicy, gdzie człowiek czuje się taki mały z tym wszystkim, co go przytłacza? Nie dość, że w ostatnim czasie Tomek wyprowadził się z rodzinnego miasta, to teraz opuścił rodziców. Było za ciasno w tym mieszkaniu, które przypominało trochę szpital, gdzie dogorywały dwie matki Zdzisława i Zofii. Gdzie tu jeszcze miejsce dla niespokojnego Tomka, który szuka wielkiej miłości.
Zazwyczaj w nocy wychodzi na żer jak wampir, wtedy pracuje, wtedy się próbuje kochać z nowo spotkaną dziewczyną. A po wszystkich klęskach zapada w głęboki sen, gdy za oknem już dzień. Każdy, normalny, przeciętny obywatel w tym czasie pracuje, podczas gdy Tomek tuli się do poduszki, rozkoszując słodkimi snami. Aż tu nagle wpada zaniepokojony ojciec. No co jest?! Zrywa się przerażony Tomek. Ojciec myślał, że go zastanie leżącego na podłodze w stanie krytycznym. Tabletki albo coś innego. Nie, chyba tabletki najskuteczniejsze. Ale nie, nie tym razem. Tylko kiedy? Kiedy nadejdzie taka chwila, gdy syn jednak się załamie i zdąży zrobić to, co zaplanował. Zosia wypala nerwowo kolejnego papierosa i bierze tabletki uspokajające. Nie może wytrzymać. Wpada do Tomka. Włamuje się do jego świata. Robi porządki, przekłada rzeczy. Chcę się zaopiekować synem, wziąć na siebie jego ból egzystencjalny. Ale on ma dosyć. Niby osobno, a jednak wciąż razem, pod bezpiecznym kloszem, na tym samym osiedlu. Może gdyby mieszkał dalej, poczułby się w pełni niezależny, ale wtedy pewnie rodzice nie odratowali by go po drugiej próbie samobójczej i kariera redaktora Beksińskiego skończyłaby się znacznie wcześniej.
Nasz syn jest wyjątkowy, bo nie chce żyć, bo nie widzi sensu w tej bajce. Może za dużo mu podkładaliśmy pod nos tych wszystkich różnych rzeczy? A teraz on sam nie potrafi walczyć o siebie, o to, by być szczęśliwym. Bo przecież we wszystko trzeba włożyć sporo pracy. Jest zbyt roszczeniowy. Jestem tu na świecie i należy mi się pakiet szczęścia i wielkiej miłości. Czyż nie?! Halo, czy ktoś mnie słyszy?! Tylko w Trójce, przy mikrofonie. Choć i tu zdarzają się słuchacze, pytający o jakieś bzdury. Rodzice są tu ratownikami, którzy nieustannie mają świadomość, że Tomek to chodząca bomba zegarowa. Kiedy wybuchnie, zrani tak wiele osób. Ale gdyby to się stało, nastał by wreszcie spokój i ulga. Tomek gdzieś tam, a oni opłakujący syna, godzący się z pustką. Nie, jeszcze nie teraz. Zosia uparcie walczy o syna, który z roku na rok coraz bardziej się poddaje. Wzruszająca jest scena w „Ostatniej rodzinie”, gdy cała rodzina Beksińskich przebywa w pracowni Zdzisława. Tomek siedzi strapiony, nieobecny, Zosia tuż obok, przygląda mu się troskliwie. Zdzisław przechadza się po pracowni, staje w końcu przy oknie z założonymi rękami. Chce patrzeć na wszystko z góry, jakby go to nie dotyczyło. Rodzice jednak próbują po raz kolejny wyciągnąć rękę do syna, który nie potrafi sobie dać rady z ciężarem życia. Wygląda trochę jak dziecko specjalnej troski, patrzący błędnym wzrokiem gdzieś przed siebie. Roztrzęsiony coś mówi o niespełnionej wielkiej miłości, o ideałach, podczas gdy matka spokojnie przemawia do niego aksamitnym, troskliwym tonem, tłumacząc, że ideałów nie ma. Miłość to taka zwyczajna proza życia synku i bardzo długo się do niej dochodzi. A ty wciąż chcesz poetyckich wersów, wielkich uniesień. Tomek coś mamrocze o zemście, o klaustrofobii, o tym że najlepiej byłoby się zabić. Matka z kolei mówi o darze życia, którego on nie szanuje.
Chciałoby się go zatrzymać, chwycić za ramię, zawołać „poczekaj, nie wierz poetom, nie idź za nimi. Odetchnij realnością”.
Ale nie smutkiem!
Odetchnij wolnością. Możesz być już kimkolwiek chcesz.
Już wyrwał się kruk czarny z sieci życia.
Jak ginąć, to tylko u progu nowego stulecia. Jakby na złość nowym czasom.
A kim byłby Tomasz Beksiński w XXI wieku. Epoka radia, w którym słuchało się z taką powagą niezwykłych płyt, już minęła. Dziś są podcasty. Dziś liczy się treść. Jakiś poradnik, lekcja, felieton czytany. Może Tomek byłby takim podcasterem, składającym na komputerze (do którego pod koniec życia wreszcie się przekonał) swoje ulubione kawałki. Jak teraz wygodniej, prościej szybciej. Nie trzeba się męczyć z taśmą, która ciągle się podwija i zaciska jak węzeł na szyi.
Gdyby.
Ale nie.
Te elektroniczne zimne czasy nie sprzyjają romantykom.
Oddycha spokojnie Zdzisław Beksiński. Właśnie przekroczył próg mieszkania swego syna. Teraz się nie śpieszył. Już za późno. Wreszcie się to skończyło. Ta ciągła obserwacja okien mieszkania Tomka. Czy aby się świeci? Teraz pali się znicz. Już po pogrzebie Tomka i Zosi. Już nie ma nic do stracenia. Jest sam. Już nie musi się martwić, czy zdąży, czy uratuje. Węzeł w brzuchu się rozwiązał. Nie ma Tomka. I chyba lepiej. On by nie wytrzymał po śmierci ojca. A tak zginął po Zosi. A Zosia przynajmniej nie musiała przeżywać straty po synu. Zimna kalkulacja losu. Przewracające się kostki domino. Kojąca pustka. Został najspokojniejszy, Zdzisław, oswojony z tymi wszystkimi demonami i wspomnieniami.
Kolejna przewijana taśma. Zamyślona Zosia. Nieco melancholijna, z tymi swoimi błękitnymi oczami, otaczającą swoją opieką jedynego syna, a obok niej mąż, spokojny, jak skała, na której można wybudować dom. Kłopot w tym, że ta skała znajduje się nad morzem niepokojów, które wciąż szaleje. Sztormy, burze. Woda uderza o brzegi. To te emocje, to życie, które przeraża. Zosia wie, że nie uchroni swego syna. Zapala nerwowo kolejnego papierosa niczym pochodnię w tych ciemnościach psychiki, którą trudno już zgłębić. Tomek się krzywi. Nie znosi papierosów. Zosia gasi, odgarnia dym. Pozory się kończą. Czyżby poniosła klęskę. Tylko przedłuża dzieciństwo Tomkowi, by ten mógł słuchać więcej rocka, który jednak nie okaże się tak mocną skałą-opoką dla zagubionego wędrowca we mgle uczuć.
Właśnie umarła druga babcia. Kolejny rozdział sagi Beksińskich za nami. Zostało nas troje, jak w Genesis po odejściu Hacketa — podsumowuje ironicznie Tomek, rozglądając się po cmentarzu, szukając pewnie dla siebie ciepłego schronienia. Zawsze lubił spacerować po cmentarzach i spoglądać na zdjęcia tych, których już nie ma. Ciekawe, jak żyli i jakie mieli marzenia? Szczęściarze. Nic już nie muszą udowadniać, o nic nie muszą się starać, zabiegać o jakąkolwiek akceptację. Miał rację ten Jan Andrzej Morsztyn, trup ma zawsze lepiej. Cmentarz, co za spokojne i kojące miejsce. Nic się tu już nie zdarzy.
I znów Zdzisław przewija utracony czas na taśmie. Właśnie skończyła się ceremonia pogrzebowa. Zdzisiek, Zosia, Tomek. Piękny portret na cmentarzu. Na kogo teraz wypadnie? Kostka toczy się po planszy. Właśnie Zosia coś poczuła. Strażniczka domowego ogniska, jeszcze broniąca tradycji, ale już zmęczona tym wszystkim. Zosia to ogniwo spajające Zdzisława i Tomka. Gdy chce zrobić zdjęcia synowi i mężowi pod zamkiem w Czersku, nie może ich objąć w jednym kadrze. Są za daleko od siebie. Są tak bardzo różni. W kadrze Zdzisław, zwyczajny pan w wielkich okularach, a gdzieś dalej, pośród ruin zamku, Tomek niczym wampir, ubrany w pelerynę i kapelusz. Znów pewnie chciałby grać w jakimś filmie grozy. Ale ta scena też dobrze obrazuje, jak nie można w jednym filmie, książce objąć całej tej rodziny i ich skomplikowanych relacji oraz dziwactw.
W nowym kadrze, zdjęcie rentgenowskie i diagnoza: „tętniak aorty”. Nowy element w portrecie Zosi. Może także nowy element w malarstwie Zdzisława. A może to ten czerwony balon z napisem „nevermore”? Wyrok i zarazem pokusa spokoju. Podobno można operować. Nieznośna nadzieja. To też niezła bomba zegarowa, która powstała z tych wszystkich stresów, jakie przez lata dręczyły Zosię. Przez te wszystkie lata była ona dla nich służącą, opiekunką i psychologiem. Służyła matce, teściowej, mężowi, synowi. Gotowała, prała, sprzątała i wspierała, a gdzieś po kryjomu spychała siebie na dalszy plan. Czy oczekiwała nagrody, szacunku? Na jednym z nagrań Tomek przyznaje, że on nie został „wyprodukowany”, by spełnić określoną rolę, na przykład w wyrażaniu miłości do matki. On wręcz ma za złe, że rodzice go sprowadzili na ten padół ziemski. Zosia spogląda swoimi wielkimi, błękitnymi oczami w dal. Chce się jej płakać. Może już nie warto oczekiwać od syna miłości, gdy tak bardzo się go przytłoczyło nadopiekuńczością. Teraz wreszcie los się o nią upomniał. Po co się męczyć w tym dziwnym tworze, jakim jest rodzina, gdzie nikt nie potrafi sobie pomóc, a każdy się rani. Wszyscy stoją jak na rufie Titatnica, czekając na koniec. Chociaż Zdzisław przynajmniej wybrał sobie wygodny fotel, podczas gdy Tomek wolał usiąść na kaktusie i być niespokojnym przez całe życie.
Po raz kolejny kostka wypadła. Sześć lat życia zostało Zdzisławowi po śmierci Tomka i Zofii. Znów malowanie, fotografia, zabawa z komputerem. Ale to już nie to samo. Dla kogo to i po co? Niezwykłe wrażenie robią te przedostatnie sceny w filmie „Ostatnia rodzina”, gdy po śmierci Tomka, samotny Zdzisław samotnie egzystuje w swoim mieszkaniu. To coś zrobi na komputerze, poprzekłada rzeczy, potem się położy, podczas gdy w tle słychać tą przejmującą muzykę Atanasa Valkova, temat „Last family”. Dźwięki jak ze smutnego Adagio Barbera, tworzą tą niezwykłą melancholijną atmosferę. Na tle padów atmosferycznych, prześwitują drżące skrzypce podbijające ból w tej zwyczajności i samotnej starości, jaka pozostała Zdzisławowi.
Ale wciąż są wspomnienia. Zdzisław się uśmiecha. Ale miał rodzinę. Rodzinę, jak żadną inną. Żona‑przyjaciółka i zarazem gospodyni, z którą mógł prowadzić intelektualne rozmowy i syn kumpel, dyskutujący z nim na najdziwniejsze tematy. Aż trudno uwierzyć, że teraz oni są w tym olbrzymim, czarnym grobowcu. A już za chwilę, po włączeniu magicznego przycisku „play” wszystko się odradza, jakby cofnął się czas. Słychać te rozmowy, żarty, kłótnie między Tomkiem, Zosią, Zdzisiem.
Przezorny Zdzisław Kolekcjoner rodzinnych momentów zawsze może ich jeszcze zobaczyć, usłyszeć. Odtworzyć te chwile, gdy rozmawiali ze sobą, gdy próbowali się zrozumieć, tam w mieszkaniu i na wycieczce w ruinach zamku. On ma ich wciąż przy sobie, utrwalonych na taśmach, niczym kawałki duszy, ukryte w różnych miejscach, by tak główny bohater baśni nigdy nie zginął. Starannie ułożone na regale, kaseta obok kasety, żeby został jakiś ślad. Oręż przeciw nicości. Zupełnie jak u Tomka w mieszkaniu. Pedantyczny układ przedmiotów, by tak opanować swoje nieuzasadnione lęki, które wprowadzają chaos myśli.
Uwaga Beksińscy. Nagrywamy! Tylko, czy oni są rzeczywiście w tym autentyczni, czy może cały czas udają przed kamerą inną rodzinę? A może już tak się przyzwyczaili do kamer i mikrofonów (jak z Big Brothera), że im to nie przeszkadza. Nagrywają i żyją, zapewniając sobie po cichu nieśmiertelność. Za nimi ściana pełna kaset, zupełnie jak w jakimś studiu, laboratorium, gdzie można przywołać przeszłość. Ca za ironia, że rodzina, która nagrywała swoje życia na taśmach VHS, teraz w dobie transmisji live, vlogów, robi taką karierę na YouTube, mimo, że już nikt z nich nie żyje. Za każdym odtworzeniem, odradzają się w swoich dyskusjach i znów stają się bohaterami „albumu wideofonicznego”. Oto wielkie marzenie Zdzisława o byciu reżyserem w jakimś stopniu się spełnia. Reszta to umiejętny montaż Dominika Jagodzińskiego. Słyszymy jak Zdzisław i Zosia zwierzają się że spodziewają się dziecka, a już po paru minutach słyszymy, jak mały Tomek śpiewa piosenkę. Widzimy zdjęcia tego małego uśmiechniętego chłopczyka, którego potem dopadnie melancholia, depresja albo jakaś inna choroba duszy, która nie da mu żyć.
A żywot Zdzisława przerwie coś innego. Jakby te wszystkie straszne wizje z obrazów skumulowały się w jednym akcie morderstwa ze szkarłatnym kolorem. Zdzisław tak szczery w swoich wywiadach, listach dziennikach, gdzie nie wahał się pisać o swoich obsesjach i sekretach, nagle ujrzał portret grozy o twarzy chłopaka, którego znał niemal od dziecka. Przychodził on ze swoim ojcem, majstrem i pomagał Beksińskiemu w pracach remontowych i porządkowych. Aż nagle ten chłopak zadał śmiertelny cios swemu pracodawcy. Uwolnił swoje żądze, uległ demonom i zabił. Kilkanaście pchnięć nożem.
I tak odszedł ostatni z Beksińskich. Tragedia skończona. Gdziekolwiek jesteście Beksińscy, mam nadzieję, że jesteście razem i cieszycie się na nowo swoich niezwykłym towarzystwem.
Zapalam świecę, nastawiam płytę. „Epitaph” King Crimson.
Komentarze
Prześlij komentarz