NIEWINNI CZARODZIEJE JUTRO I W ÓSMYM DNIU TYGODNIA. NIEWINNE CZARY MARY PRZED ZBYT KOLOROWYM ŻYCIEM
Nie wiem czemu, ale zawsze „Niewinnych czarodziei”, „Ósmy dzień tygodnia” i „Do widzenia do jutra” traktuję jako swoisty tryptyk o miłości w czasach ciężkiej, czarno-białej komuny. Właśnie, te czarno białe filmy ukazują te ulotne momenty, gdy naiwni, młodzi zakochani próbują spełnić swoją wspólną bajkę, znaleźć swoje miejsce na tle tych przygnębiających scenografii miasta, które wciąż leczy rany po wojnie. Rozpadające się budynki i szorstcy ludzie dookoła, wobec których zakochani są jak przerażone dzieci, nie chcące jeszcze dorosnąć i zgorzknieć jak tamci. Ratują się kawiarniami, teatrzykiem studenckim, grą cieni i świateł, muzyką jazzową, tańcami, wspólnymi spacerami, wypadami do centrów handlowych, gdzie i tak ich na nic nie stać, odpoczynkiem na Bielanach i snuciem wizji wspólnej ucieczki z tego przytłaczającego miasta. Młodzi zakochani jak żadni inni wierzą jeszcze w potęgę jutra, która może przynieść tak wiele nowych, niespodziewanych rozwiązań w ich bajce. Może jutro wreszcie będzie nowe mieszkanie, ten mały raj, w którym zaznają rozkoszy bez uczucia wstydu.
Dziś się cieszą jak dzieci, biegają między figurami na wystawie, a jutro może będą gdzieś daleko. A może. Chwila zawahania, nutka sceptycyzmu. Jutro już nigdy się nie zobaczą. Tak właśnie Jacek boleśnie przeżywa rozstanie z niedawno poznaną Francuzką, Margueritte, którą poznał na spacerze w Gdańsku. Tak, po prostu. Jedno spojrzenie, prośba, poczęstunek. Każdy powód jest dobry, by przez chwilę iść za dziewczyną. Od słowa do słowa. Raz francuski potem polski. A jednak rozumieli się doskonale. Ponad tą gramatyką, ponad „ą”, „ę”, „się”. Parę dni tak spędzili na rozmowach i czułościach, a potem ona wyjechała. C' est la vie. Córka francuskiego konsula. Dziewczyna z wyższych sfer. A on, reżyser w studenckim teatrzyku TIK TAK TAM, nieustannie wymyślający nowe scenki. Świetlne punkty w ciemnościach, rozmowa z pacynką. Każda scenografia jest dobra na wewnętrzny dialog. Na samotność za kurtyną. Dobrze, że Jacek ma te ciemne okulary, przez które nie widać łez.
Wielki romantyk, cytujący poetów, gotowy wyznać dziewczynie swoje uczucie na środku placu miejskiego. Lecz ona od początku wszystko przyjmuje za grę. Gra w tenisa i dobrze się bawi i z jeszcze większym rozbawieniem słucha natchnionego Jacka, który udaje, że bierze z nią ślub w kościele. Ona nie chce stabilizacji. Nie chce być złapana i uwięziona w klatce związku. Prędzej czy później znienawidzili by siebie w tej stagnacji. Więcej tu poezji, gry słowami, skojarzeniami niż realistycznej prozy, w której po grzesznej nocy musi nadejść poranek i nowy dzień ze wszystkimi konsekwencjami. Tu nawet grzechu nie było. Tylko niewinne pocałunki, słodki romantyzm, liryzm rozgrywający się między wierszami a teatralnymi scenkami i maskami.
Ta zamaskowana dziewczyna na balu? Kim ona była? To nie daje spokoju innemu bohaterowi, Markowi Arensowi, architektowi, który także udziela się sportowo jako biegacz. Jednak w przypadku tej dziewczyny nie potrafi dobiec do jej tajemnicy. Jakie to dziwne. Spotkał ją na balu przebierańców. Pani z dalekiego kraju, może z Bagdadu. W ciemnej tunice, z zakrytą twarzą. Tylko te oczy i aksamitny głos. Tańczyli, rozmawiali, a potem ona zniknęła, jak kopciuszek, pozostawiając w pamięci Marka niezwykłe wspomnienie. Podstępna czarownica rzuciła czar! Kim ona mogła być? Jowita. Tylko to imię dźwięczy mu w głowie. Jednak poza wspomnieniem toczy się życie i kolejne zabawy. Już wkrótce na następnej potańcówce pojawia się jasnowłosa, drobna Agnieszka z zadartym noskiem. Dziewczyna wie, jak przyciągnąć uwagę Arensa, gdy wspomina o tajemniczej Jowicie. Jest jej przyjaciółką, zna jej sekrety i lubi się droczyć z nowo poznanym chłopakiem. Podobno Jowita pytała o Marka. A ten również zaczyna wypytywać o tajemniczą dziewczynę, mimo, że spotyka się z Agnieszką. Czyżby Agnieszka miałaby pełnić rolę pośrednika między tym dwojgiem? Cóż za niewdzięczna rola. Czemu Arens prowadzi tą miłosną grę z Agnieszką? Może podejrzewa, że jednak to ona jest Jowitą. Szukaj mnie kochany. Zabawmy się, by tak zabić rutynę w tym rozpalającym się związku. Bądźmy zawsze niepewni swoich ról i masek. Marek sam już nie wie, którą tak naprawdę kocha. Ugania zarówno za Agnieszką jak i wspomnieniem o Jowicie. Wie natomiast, że już nie ma siły biegać po kolejny rekord i medal. Jest tym zmęczony. Jego trener, Księżak, w którego wciela się Zbigniew Cybulski (ostatnia rola) nastawiony cały czas na zwycięstwo, nie rozumie tego kryzysu. Nie ma nic gorszego dla obiecującego sportowca, niż miłosne rozterki. Księżak jeszcze nie wie, że jego żona (Kalina Jędrusik, żona Stanisława Dygata, autora „Disneylandu” na podstawie której zrealizowano "Jowitę") wzdycha również do Marka. A wcześniej przecież Cybulski przezywał rozterki miłosne w przywoływanym już tutaj „Do widzenia, do jutra”. Parę lat później Olbrychski i Jędrusik powtórzą ten romans w „Ziemi obiecanej”. Na razie dla Marka ziemią obiecaną jest to miejsce, gdzie spotka Jowitę, która już raz go wystawiła. Zarzuciła wędkę, zaintrygowała. Niedostępna, tajemnicza. Kobieta-marzenie zawładnęła wyobraźnią mężczyzny, chociaż nawet nie pokazała swej twarzy czy jakichkolwiek wdzięków. Marek nie może się od niej uwolnić. Popada w coraz większą autodestrukcję, mieszając przeszłość z rzeczywistością, dawne urazy z obecnymi przypadkami. O jeden kieliszek za dużo i o jeden cios za bardzo.
A gdy wreszcie wytrzeźwieje, pozna prawdę, że to Agnieszka, ta niewinna czarodziejka zawsze była Jowitą, tylko grała na dwa fronty. Zupełnie jakby miała schizofrenię albo była tak wyrachowana, by sprawdzić Marka, czy kocha ją, czy jedną z jej kreacji. Gorzkie jest to, że Arens bardziej kochał Jowitę, czyli Agnieszkę w przebraniu, kobietę-tajemnicę, aniżeli ją samą — dziewczynę bardzo poukładaną, rozsądną (i trochę nudną, ciągle pouczającą Marka) w tej zwykłej codzienności, gdy przez jakiś czas mieszkali razem na kocią łapę. Teraz zostały mu tylko wspomnienia o tym wszystkim i żal, że Agnieszka odeszła z innym. Potem pan Olbrychski znów wcieli się w architekta, by rozgryzać kolejną „Pestkę” miłości dojrzałej.
Gorzka to gra między kochankami, gdy tajemniczy obraz ukochanej przesłania wyobraźnię mężczyzny. Piękna czarodziejka okazuje się złośliwą czarownicą, która namąciła w głowie chłopcu, gdy ten próbował dogonić ideał, zapominając o tym, że ma swoją miłość tuż pod nosem. Gra. To tylko niewinna gra. A jaka gra toczy się między Bazylim i Pelagią? Zacznijmy od tego, że Pelagię zauważył w klubie Edmund, kolega Bazylego. Uknuł misterny plan, jak tu się zbliżyć do dziewczyny, lecz koniec końców Pelagia spędzi ten wieczór w towarzystwie Bazylego. Przechadzają się ulicami. Ona ma jechać. On jej nie zatrzymuje, lecz chce odprowadzić. Może czuje się winny za brawurowego kolegę, który swoją taksówką porwał chłopaka Pelagii? Ach ten Edmund i te jego misterne plany poderwania dziewczyny. Pelagia idzie pewnym krokiem przed siebie na dworzec, a Bazyli próbuje jej dotrzymać kroku. Jednak tu nie potrafi utrzymać tempa, mimo że jest perkusistą w zespole jazzowym. A także jest lekarzem, który uważnie bada tętno bokserów w klubie sportowym. Sam teraz nie jest w stanie stwierdzić, jakie ma tętno przy tej nowo spotkanej dziewczynie, z którą mimowolnie prowadzi tą uroczą grę słowną, balansującą między ironią, a żartem. Kto tak dziś mówi?! Zupełnie, jakby bohaterowie ścierali się między sobą wierszem. I trudno uwierzyć, żeby tak młodzi mówili przed laty. Ale jest w tym zawarty jakiś etos złotej epoki, gdy tak zachłannie karmiono się słowem pisanym w dobrych tygodnikach jak „Przekrój”, gdy słuchano modnego jazzu, gdy prowadzono te głębokie, intelektualne rozmowy. Do tego jeszcze dochodzi ten sposób ubierania się, dobrze skrojone garniturki, białe koszule i krawaciki, sukienki do kolan lub trochę dalej. Bezpiecznie, elegancko, z klasą.
Już jesteśmy na dworcu, lecz Pelagia złośliwie czeka, aż pociąg odjedzie bez niej. O co jej chodzi? Czyżby jednak chciała spędzić trochę więcej czasu z Bazylim? Wsiadając do autobusu, kupuje dwa bilety, jakby wiedziała, że on za nią znów pobiegnie. I ma rację. Znów rozumieją się bez słów. A potem włóczą się po ulicach, w kierunku starej kamienicy Bazylego. Znów bawią się rozmową. Te poetyckie grzeczne słowa, pod którymi kryją się jakieś tajemne konteksty. Gra wstępna już trwa. Im dłużej tym lepiej. Zakochajmy się tak od niechcenia. Chyba większa rozkosz tkwi w odpowiadaniu na zagrywkę słowną dziewczyny, z którą być może chłopak obudzi się w swoim skromnym łóżku. Właściwie to nie łóżko, tylko mały tapczan, a dookoła odrapane mury. Stara kamienica, pamiętająca nie tak dawno wojenne wstrząsy, jeszcze służy Bazylemu kawalerowi. Ale jak tu gościć nowo spotkaną dziewczynę? Ten sam problem będzie miał Piotr (Zbigniew Cybulski) z Agnieszką (Sonja Ziemann, żona Marka Hłaski) w „Ósmym dniu tygodnia”. Za nim ten dzień nadejdzie, trwa jeszcze wieczór, gdy nie widać wszystkich sekretów i wad. Wchodzi dziewczyna do tego kawalerskiego gniazdka. Czy aby się nie spłoszy widokiem odrapanych ścian? Pelagia jednak zostaje i znów iskrzy humorem i zmysłowością. To raz się stroi w prześcieradło, odkrywając ramiona, a potem to prześcieradło zawiesza na sznurze, jakby chciała się rozebrać. Ale wciąż ma swoją sukienkę i tylko kusi zalotnym spojrzeniem. Potem tych dwoje gra pudełkiem od zapałek, urządzając sobie coś na wzór rozbieranego pokera. Ale nie posuwają się zbyt daleko. Choć to Bazyli wygrywa i ma przez chwilę szansę zobaczyć Pelagię w bieliźnie. Jeszcze jeden krok. Ona patrzy niespokojnie, jakby prosiła o łaskę. Jeszcze nie teraz kochany. To by było zbyt proste. On się powstrzymuje. Jest gentlemanem. Ona nieco żałuje, lecz ukrywa to umiejętnie. Niech gra trwa dalej między jedną frazą wiersza a następną, bez wulgarnej erotyki, grzechu, który wygnałby tych dwoje z ich raju porozumienia.
Inaczej jest w „Ósmym dniu tygodnia”, gdzie dwoje zdesperowanych zakochanych, Piotr i Agnieszka próbują za wszelką cenę znaleźć sobie dobre lokum, by oddać się sobie. Ale im bardziej chcą, czy to w mieszkaniu u Piotra, którego kamienica się zawala, jak nadzieje na związek w bajce, czy to u pijanego kolegi artysty, gdzie nie ma mowy o prywatności, bo akurat jakaś modelka pozuje do aktów, a potem chętnie odda się malarzowi. Czy to nie narzeczona Zawadzkiego, sublokatora Walickich? Nieważne. Niewierność jest wszędzie jak powietrze, którym nie chcą oddychać nasi honorowi zakochani, którzy pragną miłości jak z bajki. Piotr z zawalonej kamienicy ratuje kilkuletniego syna sąsiadów, tak jakby ratował swoje wewnętrzne dziecko. Swoją naiwność, czystość pośród tego pyłu, który niemal wszystkich już zatruł. Chciałoby się tu przywołać utwór „Big love” grupy Fleetwood Mac.
Błędny rycerz, który chce dla swojej księżniczki jak najlepiej, najwygodniej. Żeby ich nowe mieszkanie było jak świątynia, gdzie oddadzą się sobie. Tak bardzo niecierpliwi, spragnieni tego owocu. Chcą się upodlić jak nigdy przedtem. A może gdzieś w krzakach, na łące, jak zwierzęta. Nawet na budowie przyszłego domu, pośród cegieł i ciekawskich oczu robotników. Im bardziej się starają, tym los im mniej sprzyja. I znowu tkwią w tym zawieszeniu, nienasyceni. Jakby już nie potrafili się cieszyć sobą tak po prostu, bez seksu, bez tej wulgarności, bez tego całego brudu, który ich otacza i pewnie za parę lat pochłonie w tym odbudowującym się mieście.
Szaro-bure scenografie zmieniają się, gdy zakochani uciekając przed deszczem, zostają przez przypadek zamknięci w domu towarowym. Tam nieco podpici winem, które znaleźli w magazynie, nagle doświadczają tej kolorowej rzeczywistości, o której śnili. Nagle czarno-biały film zmienia się w kolorowy. Może szczęśliwsi byliby jako manekiny pośród pięknych scenografii sklepowych. Prowadziliby życie jak z reklamy. Wszystko idealne, piękne. Ten kolorowy pałac z wielkim obrotowym łożem. Co za fantazja. Czy to jest szczęście, które chcieli osiągnąć? Czy raczej kolejna atrapa? Na kolejną chwilę. Senni i podpici szybko zapadają w sen, nie dając szansy namiętności. Choć może kiedyś, na stare lata będą te romantyczne ucieczki wspominali z rozbawieniem, gdy najlepsze dawno już za nimi .
A tymczasem znów trzeba uciekać, znów przemykać pośród tłumu. Wszyscy przeganiają, wszyscy tacy niegościnni. Siadają na chwilę przy stoliku w kawiarni, ale nie potrafią poczuć tej swobody jak inni. Siedzą jak na szpilkach albo tańczą pośród innych podobnych im par. Ale wciąż czują, że nigdzie nie zaznają spokoju, dopóki nie będą mieli swoich czterech kątów. (Już za niedługo Towarzysz Gierek rozpocznie produkcję bloków z wielkiej płyty!) Spacer tu i tam, parę obietnic, marzeń. A potem znów powrót do domów, hotelowych pokoi na waleta, z których uciekają myślami jak najdalej. Agnieszka rozgląda się po ciasnym mieszkaniu, w którym przyszło jej żyć z rodzicami i sublokatorem, Zawadzkim. Chora matka jak zwykle leży i narzeka, mając córkę za dziwkę. Bo gdzie ty się włóczysz dziewczyno cały dzień! Grzegorza jak zwykle nie ma. On wiedział, kiedy się wymknąć, by znów się upić i na chwilę zapomnieć o swoich sercowych problemach. Ojciec w pracy. Kolejny szczęściarz. Każdy ucieka, żeby zapomnieć o tych ostatnich latach wojen i kryzysów. Każdy żyje w ósmym dniu tygodnia. Pijakom albo wiecznie zapracowanym wszyscy wybaczą. Ale zakochanych, patrzących przez różowe okulary, będą chcieli zgnoić, utrudnić, obrzydzić. Rzucą się na nich te bestie, te gęby nachlane, wykrzywione grymasem, wyglądające z okien, wychylające się z kątów, czyhające, by zgwałcić, zdeptać tą naiwną miłość. Bo nikt nie będzie wśród nas idealistą. Wielka miłość nie czyni was lepszymi! „Nie bądź taka cnotka! Dziwko czas na ciebie!”
I rzeczywiście, zmęczona ciągłym poszukiwaniem szczęścia, Agnieszka pod wpływem tych brudnych zaklęć upija się i ląduje w łóżku z nowo poznanym mężczyzną. Tak musiało być. Tragedia się dopełniła. Bo nie warto w tym szaro-burym życiu walczyć o czystą i kolorową miłość. To nie ma szans. Trzeba się upodlić wraz z innymi. Piotr odchodzi. Już zna prawdę. Przyznała się, żeby wreszcie przestać się oszukiwać i żyć nadzieją. Właśnie wtedy, gdy ona to przekreśliła, on wyciąga klucz do ich nowego mieszkania.
„Cierpliwości!” — chciałoby się zakrzyknąć do tych zakochanych. Czekajcie, jeszcze jeden dzień, jedną milę. Ten ósmy dzień tygodnia nadejdzie, gdzieś pojutrze, na pewno. Znajdą się deweloperzy i posadzą nowe domy i pojawi się kolorowa telewizja i będzie można szukać tajemniczych dziewczyn na portalach społecznościowych.
Komentarze
Prześlij komentarz