SZPITAL NA PERYFERIACH I NIE TYLKO

Dawno temu, jeszcze przed dynamicznym „Ostrym Dyżurem”, zgryźliwym, filozoficznym „Doktorem Housem” i naszym rodzimym „Na dobre i na złe”, a już w epoce amerykańskiego „Szpitala miejskiego”, w Czechosłowacji, w 1978 roku powstał serial „Szpital na peryferiach” na podstawie scenariusza (i także książki) Jaroslava Dietla i w reżyserii Jaroslava Dudka. Pamiętam, że oglądałem go na TVP dwadzieścia lat temu i za każdym razem, gdy odtwarzam sobie te stare odcinki z charakterystyczną szadzią na kliszach, powracają te wakacje roku 2001, do tego jeszcze Krecik i „Wojak Szwejk”. Jak swojsko.

Gdy ogląda się „Szpital na peryferiach” teraz, trudno się przyzwyczaić do tej dość spokojnej atmosfery w porównaniu z tym, co widzieliśmy choćby w „Ostrym dyżurze”. W serialu Michaela Crichtona co chwila na oddział są przyjmowani różni pacjenci, od tych z ranami postrzałowymi (standard) po tych ze złamaniami i infekcjami, byleby było kolorowo i głośno. Tu gangster, tam kobieta rodząca w poczekalni. Szybkie ruchy kamery, wartka akcja. Łóżko pacjenta niczym Formuła 1 przemierza z zawrotną szybkością szpitalne korytarze, a lekarze co chwila wymieniają między sobą jakieś uwagi. Doktor Benton nawet zainwestował w dobre adidasy Nike, żeby skakać i biegać po korytarzach, bo w tej pracy trzeba być naprawdę szybkim i skutecznym. A jeśli coś nie wyjdzie, można się tak wkurzyć jak doktor Romano i rozwalić szpitalną szybę. Ma tu kipieć od emocji. Wszyscy mają krzyczeć, płakać, bić się i żartować jednocześnie. Niezwykła to chore-ografia emocji. Widz jest jakby rzucony w to całe zamieszanie i próbuje wraz z operatorem przyczepić się do kogoś i jego historii, by zorientować się w sytuacji.

Zupełnie inaczej jest w serialu Dietla i Dudka, w którym ukazany jest jeden z oddziałów szpitala w Borze, odział ortopedii, gdzie składa się licznym połamańcom kości. To tu najczęściej trafiają ofiary z różnych wypadków, którzy także w pewnym sensie połamali sobie swoje życiorysy i znaleźli się na rozstajnych drogach. Zielono-białe sale szpitalne doskonale koją nerwy tych, którzy najbliższe miesiące spędzą, leżąc w gipsie, skupiając się na tym, co mogą, a czego nie mogą zrobić w swoim rozbitym życiu.

Mogłoby się wydawać, że pracownicy oddziału ortopedycznego to ludzie, którzy mają wszystko poskładane w życiu, jak należy, a ich kręgosłupy moralno-emocjonalne są idealnie proste. Coś jednak chrzęści między kośćmi, dzięki czemu widzowie mają, co oglądać. Choć zespół ortopedii w Borze to całkiem zgrana ekipa dobrych fachowców na czele z oszczędnym w emocjach doktorem Sovą, to w ich życiu nie zawsze jest prosto, jak prosty powinien być kręgosłup.

 


Doktor Sova ostrożnie pochyla się nad kolejnym przypadkiem. Nie chce dawać zbędnych nadziei. Ciągle waży słowa i metody. Widział już wiele w swojej karierze. Pamięta jeszcze, jak urządzali ten szpital przed trzydziestoma laty. Gdy jest pacjent na stole, dla Sovy nie liczy się nic ani nikt inny. Od swoich współpracowników oczekuje przede wszystkim profesjonalizmu. Każdy na sali operacyjnej jest ważnym trybem w szwajcarskim zegarku. Ktoś podaje odpowiednie narzędzia, ktoś trzyma haki, ktoś czuwa nad ciśnieniem i znieczuleniem. Chłodny Sova nie przerywa, gdy tuż obok niego staje nieco wystraszona, dwudziestoparoletnia debiutantka, dr Alžběta Čeňková. Kto by pomyślał, że za trzydzieści lat to ona będzie ordynatorem na tym oddziale. Teraz jednak trzeba przyznać, że wybrała dość kiepski moment na przedstawienie się ordynatorowi, gdy ten jest zajęty pacjentem, który w każdej chwili może odejść. Ale tuż obok, jakby dla kontrastu stoi dr Josef Štrosmajer i jak zawsze iskrzy ironią i humorem, pociesza nową koleżankę. Można powiedzieć, że nawet traktuje ją trochę jak córkę, starając się wprowadzić ją w atmosferę tego szpitala. Ach gdyby miał taką córkę. Miło pomarzyć. Bo jego prawdziwa córka, Irena wciąż jakoś nie może się odnaleźć w życiu, nosi ją tu i tam. Od jednej obietnicy do kolejnej pustej nadziei. Może to, może tamto. Tato pożycz kolejne pieniądze. Na razie cześć. Znów nie odwiedzę mamy. Wydaje się, jakby nie miała w sobie tego „kręgosłupa”, który by trzymał ją w formie. No cóż. Może jeszcze dziewczyna wydorośleje. Póki co Štrosmajer ma swoich pacjentów i młodszych pracowników, na których może testować swój czarny humor. Choć ze wścibską i nadwrażliwą siostrą Martą Huňkovą jego żart o głupocie i gołębicy nie przejdzie tak łatwo. A i o kosmicznej krowie coś było.

Alžběta po pierwszych dniach na oddziale ortopedii czuje się równie połamana i niepewna siebie jak nowo przyjęty pacjent, Přemysl Rezek. Co ciekawe oboje są w podobnym wieku. Tyle, że on już ma na swoim koncie imponującą karierą hokeisty. Jednak teraz wszystko mu się rozsypało w życiu. Poważny wypadek samochodowy i połamana noga nie wróżą nic dobrego na przyszłość sportowca, który całe swoje życie oddał hokejowi. Teraz najbliższe miesiące dla Rezka będą przebiegały od jednej operacji do drugiej, aż między kośćmi zapanuje harmonia. Jednak będzie to dość frustrujący czas dla samego pacjenta, zawieszonego między nadzieją a rozpaczą.  Będzie on musiał stoczyć mecz o własne zdrowie i karierę. Alžběta staje się poniekąd dla niego kimś w rodzaju powiernika, choć sama nie wie, czy dałaby radę złożyć te wszystkie rozbite kości w jego życiu. Może jednak warto szukać innej drogi dla siebie? Te wątpliwości co do wyboru specjalizacji a także sercowych rozterek młoda pani doktor będzie dzieliła z nową przyjaciółką, starszą koleżanką po fachu, skrytą Daną Královą (Jana Štěpánková, żona Jaroslava Dudka). Choć Dana to wybitny anestezjolog, jednak nie potrafi się znieczulić na samotność. Nawet doktor Grzegorz Řehoř, zasłuchany w Bachu nie jest w stanie stworzyć dla niej symfonii szczęścia, gdy wciąż ma słabość do Alžběty, która często przychodzi na jego wieczory płytowe. Ciekawy trójkąt tu się tworzy między ludźmi, którzy raz chcą być kochankami, a w końcu zostaną dobrymi przyjaciółmi.

Dana ma dosyć robienia sobie nadziei na udany związek, ale z chęcią chciałby się spełnić chociaż jako samotna matka. W końcu to marzenie się spełnia. Przynajmniej to. Wzdycha Dana, starając się zapomnieć o ojcu dziecka, który musi wrócić do swojej żony.

Do żony również wraca wybitny ortopeda, Arnošt Blažej, mając za sobą liczne romansowe eskapady. Ale oczywiście ten powrót jest tylko na chwilę, do czasu gdy nie pojawią się znowu jakieś ciekawe kobiety na oddziale. Jedną z nich jest cicha Ina, pielęgniarka, której uczucie do pana doktora okaże się czymś naprawdę poważnym. A tu jak zwykle komplikacja, bo przecież Ina nie tak dawno wyszła za mąż za Romana Jáchyma, kierowcę pogotowia, który kiedyś chciał być lekarzem, ale nie miał tego czegoś, co miał choćby doktor Blažej, talentu i uroku, by potem zdobyć Inę.

Żona Blažeja już wyciąga lornetkę, żeby sprawdzić, która to się kręci wokół jej męża. Nie zaszkodzi też sprawdzić grafik dyżurów nocnych. Z jaką to pielęgniarką tym razem jej mąż pilnuje spokoju pacjentów? Małżeństwo Blažeja opiera się już tylko na rozsądku. Jego teść jest dyrektorem fabryki, a z takim zawsze łatwiej żyć w wygodnej willi. Gorzej z żoną, która po wielu zdradach Arnošta wyrobiła w sobie instynkt śledczej. Tylko czeka, aż nakryje męża na kolejnej zdradzie. Ach, cóż to byłaby za satysfakcja. Znów górować moralnie nad upadłym mężem.

Inna wojownicza żona, straganiarka pani Dobiášowa uprzykrza życie oddziałowi ortopedii, bo przypadek jej męża jest rzeczywiście nad wyraz kłopotliwy. Kolejne operacje niewiele dają. Kończy się na obietnicach wielkich fachowców, a w efekcie jej mąż nie będzie już mógł tak wesoło skakać wokół swego straganu jak kiedyś. Dobiášowa nie odpuszcza i wbija klin między tryby zespołu ortopedii, nasyłając na nich różne komisje, które mają sprawdzić, jak zespół naszych bohaterów sobie poradził z tym przypadkiem. Nawet pan dyrektor szpitala o wdzięcznym nazwisku Pekař musi po raz kolejny zastosować wobec swoich podwładnych zasadę ograniczonego zaufania. Ach ci dyrektorzy! Ale po raz kolejny się okaże, że nasi specjaliści z małego szpitala na peryferiach miasta, czasem ze sobą skłóceni, wcale nie odbiegają od wielkich fachowców z Pragi. Czasem w ortopedii jedno złożenie powoduje inne zmiany. Jeden element układanki przesunął inne o parę milimetrów.

Również stoicki doktor Sova o kamiennym obliczu ma swój krzyż z synem, Karelem Sovą Juniorem, który ma takie samo imię i nazwisko, a także wybrał ten sam zawód, co jego ojciec, ale jednak nie potrafi wytrzymać presji i często zagląda do kieliszka. Jego życie coraz bardziej się rozpada, jak kości po wypadku. Rozwodzi się z żoną i zmienia coraz częściej prace w szpitalach, by w końcu skończyć jako typowy „wiejski lekarz”. Zasępiony Karel Sova tylko przygląda się, jak jego syn się męczy i marnuje talent. Może gdyby jego żona żyła, to by coś poradziła. Póki co obok niego jest jego wierna służąca Ema, która także była nianią dla samego Karela Juniora. Choć niby to obca osoba, to jednak mocno przeżywa rozterki młodego Sovy, czym w końcu przepłaci pobytem w szpitalu i tak zjednoczy w nieszczęściu oddalających się od siebie ojca i syna. To się nazywa oddana służąca, panująca nad ogniskiem domowym.

Wydaje się, że jedynym, który nie ma tu problemów osobistych jest arogancki dr Cvach, który może jest świetnym badaczem medycyny (co chwila cytuje jakieś nowe odkrycia, wyczytane w zagranicznych magazynach naukowych), ale nijakim chirurgiem, którego zawsze lepiej mieć na oku, żeby jeszcze bardziej nie pogorszył stanu zdrowia pacjenta. Cvach jako outsider i niespełniony lekarz, zadowala się intrygami, żeby trochę utrudnić życie kolegom-lekarzom, którzy traktują go z góry. Tak będzie do czasu, aż doktor Blažej nie da mu do zrozumienia, że dłużej nie ma sensu marnować się w tym miejscu. Cvach odejdzie jako skompromitowany chirurg, którego przerasta każda operacja, ale potem powróci jako szyszka w ministerstwie, będąc głęboko wdzięcznym Błażejowi za tą twardą lekcję odnalezienia własnego kręgosłupa.

Szpital na peryferiach to dwadzieścia godzinnych odcinków i sporo niedokończonych wątków, które po dwudziestu latach zostały wyjaśnione w nowej odsłonie serialu, gdzie widzimy naszych starych znajomych, próbujących się odnaleźć w nowej czeskiej rzeczywistości, choćby bez Jaroslava Dudka, który zmarł w 2000 roku.

Te dzieci, które biegały i śmiały się między strapionymi bohaterami lub dopiero co miały się narodzić, teraz w nowej odsłonie serialu, już jako dorośli, wraz ze starszymi popełniają te same błędy i cieszą się z tych samych radości. Znowu widzimy sale operacyjne, korytarze szpitalne, odświeżone mieszkania bohaterów. Serial bez fajerwerków i krwistych fragmentów. Więcej tu plotek, spisków, nowych paktów i rozmów od serca. Nagle pan burmistrz Roman Jachym (który niegdyś był kierowcą w szpitalu) godzi się z doktorem Blažejem, chociaż kiedyś walczyli o tę samą kobietę, a i doktor Sova Junior, który kiedyś z Błažejem popadał w konflikty na punkcie lekarskiej ambicji, teraz nagle stał się jego dobrym przyjacielem. Wszyscy są mądrzejsi o te dwadzieścia lat, wchodzą w jesień życia, gdzie już nie ma siły na jakieś walki, chyba, że młodsze pokolenie się wtrąci. Może już czas się usunąć na peryferia, a centrum oddać młodzieży?

Skoro tak już schodzimy na peryferie innych wersji szpitalnej opowieści. Wydaje się, że nasza rodzima produkcja „Na dobre i na złe”, zwłaszcza z tej pierwszej edycji z 1999 roku była trochę inspirowana czechosłowacką produkcją. No tylko spójrzmy. Młoda lekarka Zosia Stankiewicz przybywa do szpitala w Zielonej Górze wraz z nowym poszkodowanym z wypadku. Doktor Jakub Burski, wybitny lekarz i równie wielki kobieciarz nie może sobie odpuścić Zosi, która w przeciwieństwie do poprzednich kobiet, jest jak góra, którą trudno zdobyć. No i jeszcze ta oddana gospodyni Kuby, Gabrysia, która się wszystkim przejmuje, a najmniej sobą.

Sama atmosfera tego serialu w pierwszych latach była właśnie taka spokojna, statyczna, kameralna, a może i nudna, jak przystało na szpital poza wielkim miastem. Było więcej rozmów, między pacjentami, reprezentującymi zupełnie inne środowiska (słynny duet Hrabiego i złodzieja Mareczka). A i okres leczenia pacjentów niejednokrotnie trwał więcej niż jeden odcinek. Sami pacjenci byli dość mocno zarysowanymi bohaterami z konkretnymi problemami, które podkreślała jeszcze ta wspaniała muzyka Krzesimira Dębskiego, Tomasza Jachowicza, Bartłomieja Gliniaka, Marcina Kuczewskiego, czy Sebastiana Krajewskiego. A dzisiaj co? Doktor Burski robi na dwa etaty jako Ojciec Mateusz i Kapitan Sikora w Policji. A Zosia Burska została żoną Blachy! No nie! Jeszcze w tej nowszej serii Pan Tadeusz, czyli Michał Żebrowski w roli zgryźliwego Falkowicza daje jakąś iskrę do tego towarzystwa. Prawdę powiedziawszy, gdy pierwszy raz go zobaczyłem w tym serialu, miałem wrażenie, że to taki nasz rodzimy doktor House, choć znacznie lepiej ubrany. Wcześniej takim zgryźliwym bucem był doktor Latoszek, choć miał on także odruchy człowieczeństwa, udzielając się jako wolontariusz. Jeszcze innym skojarzeniem z doktorem Domem była piękna doktor Agata Woźnicka, chodząca z laską i rozwiązująca zagadki medyczne.

I tak zeszliśmy na peryferie, uciekając w dygresyjki, którymi może kiedyś będziemy się dzielili z innymi pacjentami, gdy połamią nam się nasze życiowe narracje. Fragment po fragmencie, kosteczka po kosteczce i może się wyprostujemy, wspierając na dawnych opowieściach.

 

 



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH