DR HOUSE. KŁAM, CHŁAM, WŁAM
Pamiętam, że ten serial był niczym objawienie, gwiazda jaśniejąca na zaśmieconym już dość mocno serialowym firmamencie. Serial, w którym antypatyczny lekarz, dźwigający ciężar egzystencjalizmu w zimnej epoce postmodernizmu obraża każdego pacjenta, a przy tym leczy go ze złudzeń, zakłamania, w jakim żyje — stał się hitem. Wniosek: Publiczność przesycona typową papką serialową potrzebowała czegoś świeżego. „Jak pan może panie doktorze?!”. Oczywiście, że może. Pójdą skalpele i noże, ale przede wszystkim ostre słowa, które rozerwą na strzępy nadęte ego niejednego wrażliwca. Zgryźliwy lekarz, któremu nie dają spokoju namolni pacjenci to świetny materiał na serial komediowy w stylu „przychodzi baba do lekarza”. Ale tego typu poetyka prędzej czy później przejdzie do lamusa ze swoim głupkowatym humorem. Fenomen „Doktora House’a” to ta zgryźliwość, ironia, które pieką coraz bardziej, by potem rozlać się balsamem głębokiej refleksji, aż łzy zwilżą nasze powieki, gdy w tle popłynie „Teardrop”.
Gregory House to doskonały przykład paradoksu bohatera, z którym nie chcielibyśmy się spotkać, a jednak nas fascynuje. Brytyjczyk Hugh Laurie, znany wcześniej z takich produkcji jak „Czarna Żmija”, „101 Dalmatyńczyków” czy „Stewart malutki” (repertuar lekki, przyjemny, komediowy) teraz wciela się w skrajnie zimnego bohatera, który funduje swoim pacjentom bardzo bolesną skuteczną terapię. Na ironię, ojciec Lauriego był lekarzem, ale nie zarabiał tyle, co jego syn leczący ludzi na niby, na ekranie telewizorów. Ale co by nie powiedzieć „House” jest poniekąd lekarstwem na to, jak postrzegamy świat. Potęga dobrego programu telewizyjnego niejednego telemaniaka wyleczyła ze złudzeń co do baśni życia, ale i wpędziła w inne słodkie iluzje. Na przykład zadziwia to, że zespół diagnostyczny może z takim zaangażowaniem pochylać się nad jednym pacjentem. Do tego jeszcze pokażcie mi takiego lekarza, który wbrew swej antypatii do ludzi, mimowolnie angażuje się w medyczny przypadek i prowadzi z pacjentem bardzo filozoficzne rozmowy, by zrozumieć jego światopogląd. Na NFZ na pewno nie trafilibyśmy na takiego lekarza. Prywatnie? Może.
Choć szpital w Princeton Plainsboro jest jak pierwszorzędny hotel, ładnie urządzony w minimalistycznym stylu IKEI, gdzie wszyscy pracownicy poświęcają całą swoją uwagę pacjentom i, to jednak dopiero obecność szczerego doktora czyni ten dom kompletnym. House’ owi, zależy, żeby pacjent poczuł się jak w domu, sam ze sobą, swobodny i szczery. House podrzuca swoją szaro-czerwoną piłką i mówi „zagraj ze mną w naszym domu” i pokaż swoją prawdziwą twarz. Zresztą sam bohater również wygląda niemal tak, jakby nie dbał specjalnie o zachowanie pozorów. Kilkudniowy zarost (ostatnio w modzie), potargane włosy, T-shirt, koszula, dżinsy, adidasy Nike (jak przystało na kulejącego biegacza) i okazjonalnie marynarka, ale bez krawata. Swobodny strój bez nadęcia.
Home sweet home. W domu jesteśmy u siebie, zwłaszcza gdy jesteśmy sami. Wszystko, co nas otacza w domu w jakiś sposób definiuje nas samych. Tu krzyczymy, rozwalamy sprzęty, spieramy się sami z sobą, podejmując ważne decyzje. Aż strach pomyśleć, że gdzieś może być kamera, która by uwieczniła nas w domu – brutalnie szczerych, prawdziwych, swobodnych, nagich, pozbawionych „barw ochronnych”, bez tego starannego kostiumu, który codziennie zakładamy, by jakoś wtopić się w to otoczenie i znów okłamywać siebie i innych. W szpitalu i tak jesteśmy poniekąd już odarci z naszych ulubionych ciuchów. Ubrani w skromną, białą koszulę, podłączeni do rurek próbujemy jakoś utrzymać nasze ego w ryzach, ale i tak czujemy, że gdzieś za chwilę nasze tajemnice odbiją się w rentgenie, w wielkich, błękitnych oczach doktora House’ a. Nic się nie ukryje. A sam doktor po raz kolejny ze swoją wiedzą i cynizmem będzie triumfował nad fałszem pacjenta. To w gruncie rzeczy gorzkie uczucie, gdy tak wyraźnie widzisz zakłamanie. Nadmiar tej wiedzy staje się przekleństwem, który odbiera tą spontaniczną radość z życia. Niech cieszą się wariaci, którzy nie widzą tak wyraźnie absurdu życia. Niech smucą się lekarze, że nie potrafią wytępić zarazy zakłamania.
Wszyscy kłamią, by zdobyć korzyści dla siebie, wszyscy są rozczarowani, gdy rozumieją, że nie są tacy, jak się przedstawiają, przez to wpadają w liczne depresje a niejednokrotnie kończą ze sobą.
Nic nie jest takie, jak przedstawiali nam to w dzieciństwie. Jaki jesteś przystojny, jaki mądry, inteligentny. To słowa które absolutnie nic nie znaczą, gdy wyjdziesz z ciepłego gniazdka domowego i zderzysz się z rzeczywistością. Pierwszy szok, skok na głęboką wodą, potrzeba więcej tlenu, jakim są niewinne kłamstewka, by się oswoić. Trochę więcej pudru słodkich, pustych, kalorycznych komplementów. Potem będzie ich coraz więcej – musisz przetrwać. Kłamstwo uzależnia, jest jak sieć, misterna konstrukcja, która coraz bardziej ogranicza twoją swobodę. Aż w końcu odbije się to na twoim zdrowiu i układ nerwowy się zbuntuje.
I trafisz właśnie do doktora House’ a, to znaczy do domu, chociaż dobrze by było, gdyby twój przypadek był nad wyraz dziwny, szczególny, bo doktor House uwielbia zagadki jak Sherlock Holmes, im trudniejsze rebusy tym lepiej dla ciebie. A tak przy okazji, jakie masz oczekiwania wobec lekarza?
Na podstawie opinii w internecie szukamy przede wszystkim dobrego specjalisty, który nie grzeszy uprzejmością, ale czy naprawdę potrzebujemy tych miłych, ciepłych słówek, by poczuć się jak u przyjaciela? Lekarz ma przede wszystkim się skupić na problemie. Gorzej jeśli jest tylko chamem, a nie wybitnym specjalistą. Wtedy mu trudno wybaczyć. Lekarz ma być jak spowiednik, psycholog, socjolog, jak przyjaciel albo nawet kochanek, jak…. Dom, w którym właśnie poczujemy się swobodnie. Miło tu u House’ a. Ten skandynawski, chłodny styl z IKEI sprzyja otwarciu się.
Niejedną wstydliwą spowiedź słyszał David Shore, który przed karierą scenarzysty i producenta był prawnikiem. To między innymi te doświadczenia zainspirowały go do stworzenia postaci House’a. Wraz z producentem Paulem Attanasio („Quiz show”, „Donnie Brasco”) mieli wizję stworzenia serialu medycznego w poetyce CSI, które wtedy święciło triumfy. Shore po latach jeszcze raz wróci do medycyny tworząc serial „Good Doctor”, gdzie również głównym bohaterem będzie młodszy od House’a, autystyczny chłopak, próbujący być właśnie dobrym doktorem, skutecznym, ale też uprzejmym.
House to rzadki przypadek lekarza, który właściwie leczy pacjenta holistycznie. Wiedząc, że wszyscy kłamią, nie ufa on temu, co pacjent wyznał podczas wywiadu-spowiedzi. Często wraz ze swoimi współpracownikami bada dom, otoczenie pacjenta, co już ewidentnie kojarzy się z pracą detektywa, działającego na granicy prawa. Ale w przypadku zdrowia, prawo przestaje mieć wyraźne ramy. House zresztą nie ogranicza się tylko do swojej podejrzliwości i inteligencji. Jeśli jego detektywistyczna brawura zawodzi, wynajmuje innego specjalistę do zbadania delikatnej sprawy. Tak jak to było w przypadku wybadania, co też dzieje się u doktora Wilsona, który po śmierci swojej narzeczonej Amber zerwał kontakty z Housem. House wtedy postawił na usługi Lucasa Douglasa, który nawet fizycznie wydaje się być młodszą wersją House’a i może dlatego jest między nimi taka interesująca chemia. Lekarz widzący już mnóstwo różnych przypadków i prywatny detektyw znający na wylot ludzkie motywacje i sekrety. Miło się patrzy i słucha tych ich rozmów na tematy różne, około towarzyskie. Lucas zresztą skorzysta na tej znajomości, bo w końcu poderwie doktor Cuddy, z którą House wcześniej cały czas się przekomarzał. A wiadomo kto się czubi, ten się lubi. Czy jakoś tak.
A propos towarzystwa House’ a. Kimże byłby nasz główny bohater bez swojego zespołu odpowiednich ludzi, w których odbija swoje sugestie, teorie na temat różnych chorób? Trudno powiedzieć. Zimny geniusz nie zawsze jest w stanie sam sobie poradzić z medyczną zagadką. Oczywiście, że potrzebuje służących w stylu „zrób badanie i przynieś wynik”, ale ci służący muszą być nad wyraz cierpliwi w stosunku do House’ a i na tyle ciekawi, by on mógł z nimi wytrzymać. Aspołeczny House potrafi być wybredny, jeśli chodzi o towarzystwo, w którym zawsze posługuje się ich nazwiskami a nie imionami. Genialny diagnosta nie potrzebuje kolejnych genialnych diagnostów, by stworzyć dream team. On potrzebuje swoistych luster, w których zrewiduje swoje poglądy i będzie z rozkoszą prowadził te ironiczne dialogi pełne metafor, balansujące między życiem prywatnym swoich pracowników, a bieżącym przypadkiem medycznym. Mniej lub bardziej sympatyczni członkowie zespołu medycznego wprowadzają pacjentów w pierwszą fazę leczenia. Przed państwem chirurg plastyczny, chłodny dr Chris Taub, grany przez Petera Jacobsona. Co ciekawe Jacobson wcześniej spotkał się z Lisą Edelstein (dr Cuddy) na planie filmu „Lepiej być nie może”. A ten tytuł i fraza powinny być mottem dla każdego lekarza, by nie zwodzić niepotrzebnie pacjentów. Tylko powiedzieć wprost, że „lepiej być nie może”.
Ja nie wierzę panie doktorze!
Twoja sprawa
Empatyczny Lawrance Kutner (Kal Penn) z pewnością będzie starał się pocieszyć, choć wstrząśnie wszystkimi, gdy popełni samobójstwo. Remy Hadley nazywana Trzynastką (Olivia Wilde) pozostanie obojętna. No i jest jeszcze ambitny Eric Foreman, w którego wcielił się Omar Epps, znany z kultowego „Ostrego dyżuru”, gdzie grał praktykanta w szpitalu, który nie dożył do bycia doktorem. Niezła reinkarnacja. Teraz awansował bardzo wysoko, na neurologa w zespole najlepszego diagnosty. Chociaż Foreman zawsze będzie chciał więcej. Być dyrektorem albo jeszcze kimś wyżej. Foreman lubi władzę, ale nie zna się na ludziach i jest zadufany w sobie, podczas gdy House potrafi na wszystkich patrzeć z chłodnym dystansem i umiejętnie nimi zarządzać, nawet, gdy się wydaje, że kogoś krzywdzi. Czego nie mogłaby znieść zbyt uczuciowa Allison Cameron (Jennifer Morrison), która wciąż wspomina swojego zmarłego męża. Na jego miejsce mógłby wskoczyć idealistycznie nastawiony doktor Robert Chase (Jesse Spencer), który zamiast drogi pastora wybrał drogę lekarską. Nie pozbył się przy tym pokusy wymierzania sprawiedliwości ciężko choremu dyktatorowi, którego w końcu zabija, o czym potem dowiaduje się House. Ale nie zamierza oskarżać Chase’ a. To ich wspólna tajemnica. To znowu dowodzi, że mimo wszystko House potrafi być lojalny wobec swoich współpracowników. Zresztą ta sytuacja przypomina epizod z Sherlocka Holmesa. „Diableska noga”, gdy główny bohater nie decyduje się ujawnić winy doktora Leona Sterndale’ a, który zabił mordercę swojej ukochanej.
A kimże byłby Sherlock Holmes bez Watsona, tak jak House bez Wilsona w tym medycznym „Cast away”. Doktor James Wilson to onkolog i najlepszy przyjaciel House’ a. W tego bohatera wcielił się Robert Sean Leonard, który niegdyś zapisał się w pamięci widzów, jako wrażliwy Neal Perry, ze „Stowarzyszenia umarłych poetów”. Co ciekawe Perry miał konflikt dotyczący wyboru życiowej drogi. Despotyczny ojciec kazał mu być lekarzem, a Neal pragnął być lekarzem. Nie mogąc odnaleźć siebie samego, w końcu się zabił. Ale w tym serialu odrodził się właśnie jako lekarz. Ostrożny w swych poglądach, uważny, umiejący bardzo delikatnie przekazać pacjentowi najgorsze wieści o nieuleczalnej chorobie.
A nad tym całym zespołem i Housem czuwa jeszcze wymagająca doktor Lisa Cuddy (Lisa Edelstein), dyrektor szpitala. Oczywiście nie trzeba dodawać, że najbardziej musi użerać się z Housem, który słynie z niekonwencjonalnych metod, nie zawsze idących w parze z regulaminem szpitala czy szeroko pojmowanymi zasadami. Tą kalkę potem zobaczymy choćby w „Mentaliście”, gdzie szefowa (grana przez Robin Tunney, która także pojawiła się w serialu o Housie) związana regulaminem próbuje upilnować Patricka Jane’ a. Cuddy ma słabość do House’ a, ceni go jako specjalistę, często gęsto chroni jak matka, gdy ten przekroczył pewne granice. Ale nie zamierza mu całkiem odpuszczać. Stara się go wychować, więc czasem House musi ponieść konsekwencje swoich działań i posłusznie odbębnić dyżury w przychodni. A to jest prawdziwą torturą dla tego aspołecznego typa, który musi badać „typowych i nudnych pacjentów”. Ale chyba żaden inny specjalista nie przyjmuje w takim zawrotnym tempie pacjentów. Jedno spotkanie, szybka diagnoza, kontrola, trochę psychologicznych sztuczek i House już wie z kim ma do czynienia. Buuu. Nie będzie L4. Kolejny symulant. Kolejna ironiczna gadka. Następny! Jak w fabryce.
Wszyscy ci bohaterowie są niczym pionki na szachownicy, na której przesuwają się po biało czarnych polach, myśląc, że postępują zgodnie z zasadami, ale tylko House zdaje się wyraźnie widzieć, jak brudzą się oni w szarzyźnie zakłamania, bojąc się nazwać po imieniu swoje motywacje. Nie każdy wytrzymuje to specyficzne towarzystwo House’ a, w którym aż iskrzy od szczerości i ironii. Jedni odchodzą, drudzy jeszcze zostają. Pojawiają się nowi w zawodach jak w Hell’ s Kitchen, gdzie House jak Gordon Ramsay urządza rzeź niewiniątek, sprawdzając nie tylko umiejętności danego kandydata, ale także jego odporność psychiczną na pracę pod presją. Właśnie po takich eliminacjach do zespołu dostali się Chris Taub, Trzynastka, czy Kutner.
House ze swoją nieodłączną laską przemierza korytarz szpitala, kulejąc ze swoim człowieczeństwem, a za nim idą jego współpracownicy niczym apostołowie. Nauczyciel ich nie rozpieszcza słodkimi słówkami, tylko sprytnie za pomocą metafor i przypowieści uczy, jak trzeba być nieufnym wobec pacjentów, by „wypędzać złe duchy”. Oto przybył do szpitala prorok, by wyleczyć ludzi z kłamstwa. Czas wypędzić te demony, podstępne choroby, czas uleczyć tych, którzy tak bardzo siebie oszukali w życiu. Racjonalny House szczególnie jest wrażliwy na przypadki religijne, gdy na przykład młody uzdrowiciel, z zadatkami na świętego, omamia tłum, lecz pod rentgenem House’ a wychodzi na manipulatora (odcinek „House vs God”). Czy ksiądz przeżywający kryzys wiary („Unfaithfull”), który ściera się z racjonalnymi poglądami lekarza.
Wydawałoby się, że pan doktor ze swoim cynizmem, racjonalizmem, dystansem do ludzi jest właściwie nietykalny. Zawsze wie, jak ktoś postąpi i zawsze zna jego słabe strony i sekrety. Ale na przykład w odcinku „One day, one room” spotykając młodą pacjentkę, ofiarę gwałtu, która zastanawia się czy dokonać aborcji, House czuje się jakoś nieswojo. Ta dziewczyna swoją życiową filozofią, naiwną wiarą w Opatrzność wręcz rozbraja twardego racjonalistę, który teraz musi się otworzyć przed nią.
Pacjenci też zresztą nie są takimi popychadłami dającymi się obrażać, jakby się mogło wydawać. Raz na kilkadziesiąt przypadków w przychodni House ze swoją sarkastyczną kosą trafi na kamień. Szczególnie w kość da mu policjant Michael Tritter (David Morse), którego House zostawił w gabinecie z termometrem w odbycie. Panowie od początku nie przypadli sobie do gustu. Tritter nie popuści i zaprowadzi House’ a pod sąd, z racji tego, że lekarz jest cały czas pod wpływem Vicodinu. Tritter zafunduje bolesne leczenie „Tritter- treatment” naszemu bohaterowi.
Największym problemem genialnego diagnosty rzecz jasna są środki przeciwbólowe, którymi próbuje uśmierzyć ból nogi, stąd właśnie kuleje i zazdrości pacjentowi, który w ogóle nie czuje bólu. Niestety doktorze House, kiedy spojrzysz w lustro nie zobaczysz oblicza genialnego diagnosty, tylko narkomana. Odwyk będzie powracał w karierze House’ a kilkukrotnie. Aż nasz zimny, niewzruszony doktor trafi do szpitala psychiatrycznego, zmagając się z halucynacjami i psychiatrą doktorem Nolanem, który pomoże bohaterowi się jakoś poskładać. Wtedy wreszcie, chociaż na chwilę przestanie traktować wszystkich z góry, a może doświadczy bliskości?
Jedną z wielu ważnych zalet serialu o „Housie” jest to, że nie jest on tasiemcem, gdzie gubi się sens, a stanowi bardzo przemyślaną całość z ciekawym zamknięciem. Skoro House jest inspirowany postacią Sherlocka Holmesa to oczywistym jest, że musi odejść jak legenda. Co powiecie na sfingowanie własnej śmierci? Może tego potrzebuje bohater, który już zbyt mocno ugrzązł w swoim nazwisku, marce, sposobie bycia. Dla House’ a życie przestaje mieć sens, gdy jego przyjaciel, Wilson zaczyna chorować na raka. Właśnie on – onkolog! Co za ironia. Ale skoro los jest tak ironiczny, to czemu mu nie zagrać na nosie i sfingować własną śmierć? Być może to jest ten moment, by zamknąć jeden rozdział, a otworzyć drugi. Zmartwychwstać. Znalezione, zwłoki pośród zgliszcz spalonego budynku. Sfałszowana dokumentacja dentystyczna. Czyżby to był House?
Jeszcze parę godzin temu znajdował się w tym opuszczonym budynku, doznając dziwnych wizji, halucynacji osób, których już nie ma jak Kutner czy Amber Volakis, ambitna lekarka starająca się o pracę z Housem. Kolejny wyrzut sumienia w jego życiu. To przez niego ona zginęła. Gdy on był pijany, odwiozła go, ale zdarzył się wypadek. Najgorsze w tym wszystkim było to, że była to nowa miłość Wilsona. Może lepiej by było, gdyby zginął. Lecz jak na złość House przeżył, a Amber zmarła. Prawdziwy bohater odchodzi bez zapłaty, a z poczuciem, że coś zmienił w życiu pozostałych. Pewnie zabawnie jest oglądać własny pogrzeb i zabawnie jest widzieć jak Wilson produkuje się w mowie pożegnalnej, która coraz bardziej przypomina wysiłki stand-upera, tym bardziej, że za niedługo sam Wilson odejdzie na zawsze.
A tu taka niespodzianka. Doktor House umarł dla wszystkich, ale dla swojego przyjaciela przeżył, by odprowadzić go na drugi brzeg. Wzruszający portret bezgranicznej przyjaźni, w której Wilson wraca do Domu, a House znajduje inny Dom, zostawiając nam życiową radę, abyśmy zawsze byli szczerzy ze sobą.
Komentarze
Prześlij komentarz