PRZEBOJE I PODBOJE. HIGH FIDELITY. MIŁOŚĆ W STEREO
Ten film jak i książka Nicka Hornby’ ego doskonale tłumaczą ideę tego bloga, który składa się z ulubionych filmów, płyt, będących kolekcją życia. A po co nam te składanki ulubionych piosenek, filmów, obrazów? To jakby małe szkatułki, w których skrywamy fragmenty naszych cennych wspomnień. Są jak lustra albo klisze, w których odbiły się nasze uczucia, ambicje, lęki, radości w tym a nie innym czasie. Najlepszy utwór o miłości, zdradzie, śmierci, najlepszy utwór o… Słuchając tej a nie innej piosenki, wracamy do konkretnego wspomnienia. To jak niezwykła podróż w czasie, zapewniająca spójność z naszymi wspomnieniami.
Rev play
Ile takich składanek potrzebujemy, by odbić wszystkie nasze nastroje? Bardziej sentymentalni pewnie uzbierają całą masę płyt i pamiątek. Wystarczy wspomnieć Tomasza Beksińskiego, który cały pokój miał wyłożony winylami. Dziś winyle znów wracają na salony razem ze sprzętem gramofonowym. Luksusowe wydania klasyków rocka i jazzu zyskują na wartości. Znów chcemy artefaktów, płyt, kaset, nośników, skrzynek z magiczną zawartością, piosenką filmem, które przeniosą nas do tych magicznych chwil. Jeszcze pamiętam, jak kiedyś zgrywałem sobie ulubione utwory na kasety (Sony, TDK 90 min), żeby je sobie puszczać na walkmanie i w ten sposób oszczędzić płyty, które stanowiły cenne eksponaty. Kaset już nie mam, ale w pamięci wciąż ma zapisane playlisty.
Ale oczywiście playlisty dziś królują niemal w każdym smartfonie i co chwila słychać na ulicach, jak ktoś koniecznie chce z innymi przechodniami podzielić się swoją ulubioną muzyką, wydobywającą się z małego głośniczka. Kiedyś ci bardziej wytrwali chodzili z wielkimi radiami i odtwarzali z kaset swoje ulubione utwory. Co za tortura i profanacja dla audiofili! Cały kunszt produkcji muzycznej przestaje mieć właściwie znaczenie, gdy ostateczny produkt, czyli muzykę odtwarza się z małego urządzenia. Równie dobrze można by nagrać taką piosenkę na laptopie, w prostym programie do edycji muzyki i z pewnością słuchacz też by nie odczuł różnicy. Ale czego wymagać od ludzi? Czasy przyspieszyły i mało kto ma czas, by urządzać w swoim mieszkaniu audiofilskie sanktuarium, gdzie za sprawą wysokiej klasy sprzętu doceni się każdy dźwięk. Liczy się esencja utworu, tekst, riff, rytm. Reszta niuansów i barw to obsesja audiofili, analizujących bez przerwy wydania winylowe.
A jednym z tych pasjonatów muzyki w tradycyjnym wydaniu, „na czarnym talerzu” jest niejaki Rob Gordon (John Cusack), który prowadzi sklepik z winylami, kasetami i płytami CD. To takie urocze miejsce, gdzie można kupić różne rarytasy i porozmawiać z pasjonatami muzyki. Wśród tych pasjonatów są dwaj współpracownicy Roba, żywiołowy Barry, gotowy się pokłócić o każdą płytę i introwertyczny Dick o osobowości skrupulatnego bibliotekarza, pracujący tu właściwie za pół stawki. Ci dwaj ekscytują się tym, że spędzają czas na dyskutowaniu z klientami o wyższości jednego gatunku muzycznego nad drugim, bo dla nich najważniejsza jest dyskusja o muzyce. Umilają sobie czas tworzeniem playlisty na początek tygodnia (poniedziałkowa taśma poranna). Barry (Jack Black, który pokaże się tu także od strony wokalisty) ze swoim snobistycznym podejściem jest w tym najlepszy i zarazem najbardziej irytujący, gdy swoimi składankami przypomina Robowi o jego sercowych rozterkach. Później odejdzie ze sklepu muzycznego, żeby założyć „Szkołę Rocka”.
Barry i Dick są jak dwa bieguny, ramiona wagi, codziennie orbitującej między energetyczną muzyką, a melancholijną pieśnią, podkreślającą nastrój Roba, który między tymi skrajnościami, nie może znaleźć życiowej równowagi. Zwłaszcza teraz, jak rzuciła go wieloletnia dziewczyna, Laura (Iben Hjejle). To już miał być poważny związek. Wszystko na to wskazywało. Namiętność szła pod rękę z rutyną, jak przystało na małżeństwo ze średnim stażem. Płyta się kręciła, melodia grała, aż igła puściła. Laura, ta dobrze poukładana dziewczyna, z dobrą posadą w banku, odeszła od wiecznego chłopca, jakim był Rob. A Rob właśnie doszedł do takiego etapu w swoim życiu, gdy czuje, że musi dokonać solidnego remasteru swojej życiowej ścieżki życiowej. Przede wszystkim trzeba uwypuklić ścieżkę wokali, głosu wewnętrznego, bo głos serca schował się za jazgotem błędnych sugestii. No i rytm wypada trochę podkręcić. Rob ostatnio jakoś wypadł ze swego rytmu, może nigdy nie zbyt systematyczny i równy, nie dorównał dobrze zorganizowanej Laurze. Ma trzydzieści parę lat, a wciąż czuje się jak zagubiony chłopiec, nie potrafiący dorosnąć do potrzeb swojej dziewczyny, która chyba oczekuje od niego poważniejszych deklaracji. Większość narracji jest tu prowadzona z perspektywy spokojnego Roba, który ironicznie przedstawia nam jaskrawe sceny ze swego życia sprzedawcy czarnych płyt i notorycznie układa kolejne playlisty i rankingi utworów, oddające idealnie jego nastrój. Zabawna, ciepła, romantyczna komedia o poszukiwaniu tej idealnej składanki uczuć, jakie iskrzą między dwiema osobami.
Jak to zwykle bywa, jak coś ma potencjał, trzeba dalej od tego odcinać kupony. I w przypadku „High fidelity” widzimy tą klasyczną ewolucję: książka, film, serial. A co ciekawe w serialu tym zagrała Zoe Kravitz, córka Lenny’ ego Kravitza i Lisy Bonet, która pojawiła się w pierwszym filmie, jako jedna z wielu muzycznych miłości Roba Gordona. Pięknie koło się domknęło jak na czarnym winylu. Słuchamy tego, co nasi rodzice i czego będą słuchały nasze dzieci. Wszyscy kiedyś spotkamy się na jednym z wielu kręgów winylowej orbity i odkryjemy, że wciąż mamy ze sobą tak wiele wspólnego.
Komentarze
Prześlij komentarz