PIĘĆ OSÓB, KTÓRE SPOTYKAMY W NIEBIE. WSZYSTKO JEST PO COŚ

Pamiętam, jak kiedyś chodziłem nagminnie do wesołego miasteczka. Moją ulubioną atrakcją był „Dom strachów”. Siadało się w takim wagoniku i jechało potem przez tunel pełen różnych upiorów. Chodziłem tak często do tego domu, że w końcu przestałem się bać tych straszydeł, które wyskakiwały mi w ostatniej chwili przed oczami. Myślałem, że pokonałem swoje lęki. Że są one gdzieś zebrane w tym jednym domu, który od czasu do czasu odwiedzam, przechodzę próbę i wychodzę silniejszy. Myliłem się. Ale jedno się nie zmieniło. Nigdy nie wiadomo z której strony uderzy taki upiór, tak nagle wyskoczy i przyciśnie do klatki piersiowej, że aż nie możesz oddychać. Wreszcie światło w tunelu i już wyjeżdżasz z tego okropnego miejsca. Znów wszystko wraca do normy. Słyszysz śmiechy i rozmowy ludzi, którzy w sobotę postanowili odwiedzić wesołe miasteczko. Jest tak słonecznie, niebo bezchmurne, to i ty się rozchmurz się. Tu karuzela, tam samochodziki, krzywe lustra, gdzie jeszcze widać twój smutek. Jeszcze ochrona cię wyprosi za twoje grymasy. W końcu jesteś w królestwie zabawy, w którym nie wypada płakać. Tak, to przecież wielki teatr, w którym wszyscy przywdziewają maski radości. Czy mógłbyś być gorszy?

A zastanawiałeś się kiedyś, jak to jest z drugiej strony? Jak to jest tworzyć to wesołe miasteczko, jak to jest sprzedawać ludziom proste patenty na radość, wymyślać nowe atrakcje, a potem uważnie sprawdzać, czy są one także bezpieczne? Rozrywka to bardzo skomplikowany mechanizm, który nieustannie trzeba sprawdzać, dokręcać, naoliwiać… pielęgnować, by nigdy nie zawiódł, by każdemu dał radość. Tuż obok mija cię pewien starszy pan, który wspiera się o lasce. Ze zdziwieniem stwierdzasz, że to konserwator. To raczej on wymaga solidnej konserwacji. Ale żarty na bok. Gdybyś nie miał już nikogo obok siebie, to gdzie byś spędzał czas? W pracy, a najlepiej w wesołym miasteczku. Tu najłatwiej zagłuszyć ból po stracie żony, choć i trudno zapomnieć o demonach przeszłości. W tym Wesołym miasteczku zaczęło się życie Eddiego (Jon Voight) i tu miało się skończyć, tak jak śmierć żołnierza na służbie. Służba Eddiego to nieustanna walka ze wszelkimi możliwymi usterkami, jakie złośliwy los może wykorzystać do tragedii.

Wiemy już, że ten stary konserwator ma na imię Eddie i że to całe wesołe miasteczko to jego sens życia. Tu czuje się potrzebny, tu dba o innych, zapewniając im bezpieczeństwo. Brzmi to wszystko tak, jakby Eddie zawsze chciał być tym, kim jest. Nic bardziej mylnego. Nigdy nie przypuszczał, że jako mały chłopiec, przekraczając wraz z ojcem (również konserwatorem) bramy tego parku, zostanie jego pracownikiem o najdłuższym stażu. W rzeczywistości to wesołe miasteczko o nazwie Rubie Pier to przekleństwo Eddiego, jego wyrok, przeznaczenie, przekreślenie marzeń o wyrwaniu się z tej smutnej okolicy, nieustanne wspomnienia o despotycznym ojcu, który nigdy był z niego zadowolony. A teraz po latach nasz bohater wciąż budzi się w tym samym mieszkaniu, w którym kiedyś kłócił się z ojcem i spogląda przez okno na to przeklęte wesołe miasteczko. Przynajmniej ma blisko do pracy. To ważne, gdy się kuleje na prawą nogę. To pamiątka z wojny. Eddie chodzi o lasce i uważnie przygląda się mechanizmom, które zapewniają ludziom rozrywkę. W pewnym sensie to rekompensata za stracone marzenia o byciu inżynierem.  Eddie został tu, aby zastąpić swego ojca, który nagle trafił do szpitala w wyniku zapalenia płuc. Ojciec w końcu zmarł i trzeba było się zająć matką, która nie potrafiła przyjąć do wiadomości śmierci męża. I tak Eddie już został w domu. Przejął rolę i obowiązki znienawidzonego ojca, a sam pożegnał się ze swoimi marzeniami. Dlaczego nie spróbował potem iść na studia? Może już nie miał sił na nadzieję i marzenia. Został zwykłym, kulawym konserwatorem, mechanikiem z marną pensją, który codziennie pielęgnował żal do ojca za stracone marzenie. Ale miał jeszcze obok siebie swoją wielką miłość, żonę Margueritte. Z nią było łatwiej, nawet wtedy gdy się okazało, że nie może mieć dzieci. A potem gdy zachorowała, Eddie musiał patrzeć, jak z dnia na dzień niknie, aż w końcu został sam w tym małym mieszkaniu pełnym wspomnień.

Eddie dokonując bilansu swego życia zawsze czuł, że sporo przegrał, czuł się niedowartościowany, czuł, że zmarnował swój potencjał. Te toksyczne relacje ze zgorzkniałym ojcem alkoholikiem, ta sama praca od czterdziestu paru lat, ta wojna, która go okaleczyła… i tylko ta wielka miłość, przerwana jednak chorobą żony. Więcej tu smutnych momentów niż wielkich radości. Ostatecznie wychodzi przeciętność. Ale może jest coś jeszcze pod tym wszystkim? Żeby się przekonać i zrozumieć, trzeba wszystko obejrzeć z innej perspektywy. Własnej śmierci. Historia Eddiego zaczyna się właściwie od jego śmierci. W taki niebanalny sposób dziennikarz, Mitch Albom rozpoczyna swoją historię pt. „Pięć osób, które spotykamy w niebie”, którą potem przeniesiono na ekran filmowy, gdzie widz może rozkoszować niezwykłymi pejzażami niebiańskiej scenerii. Wcześniej Albom wydał książkę „Wtorki z Morriem”, gdzie wraz ze swoim umierającym nauczycielem próbuje znaleźć receptę na udane i świadome życie. Tu także rzecz będzie o śmierci, o niebie, miłości, wybaczeniu. Coś jak „Między piekłem a niebem”. Poważnie i patetycznie. A jednak nie. Albom jak przystało na amerykański styl dość zgrabnie, prosto i lekko snuje nam opowieść o zwykłym człowieku Eddiem, którego życie właśnie dobiegło końca. Eddie właśnie zginął na służbie, próbując uratować dziewczynkę, która znalazła się pod spadającą gondolą. Jeszcze parę centymetrów i będzie bezpieczna. Eddie pamiętał, że ją złapał za ręce. Ale czy ją uratował? Tego nie mógł rozwikłać nawet po śmierci. Bo gdyby uratował tą dziewczynkę, jego życie nie poszłoby na marne. Gdyby i gdyby. Czy to przedsionek piekła? Zanim Eddie trafi do tego spokojnego nieba, musi jeszcze spotkać tytułowych pięć osób, które w jakiś sposób wpłynęły na jego życie. A wszystko po to, aby zrozumiał, że w jego historii wszystko miało sens. Wtedy dopiero doświadczy spokoju i nieba. Tu warto przytoczyć książkę „Życie po śmierci” autorstwa psychologa Raymonda A. Moody’ ego, będącą relacją osób, które przeżyły śmierć kliniczną. Jednym z istotnych elementów tego doświadczenia było spotkanie z istotą, pokazującą im całe życie niczym film, w którym wszystko zostało wyjaśnione i złożyło się na logiczną układankę.

Taka jest też wizja nieba według Alboma, że oto tam, po śmierci zrozumiemy te wszystkie nonsensy, cierpienia, które nas spotkały w życiu. Eddie zrozumie, że jego życie jako zwykłego konserwatora miało sens, że jest on częścią większego planu. Gdyby nie jego precyzja i dbałość o detale, czujność, pewnie Wesołe Miasteczko Ruby Pier okryłoby się złą sławą miejsca pełnego śmiertelnych wypadków. Ze zdziwieniem Eddie dojrzy inne ogniwa łańcucha, w który był zakuty. Ujrzy inne, niepublikowane sceny filmu swego życia, w którym tak długo grał. Ze zgrozą dowie, że to inni poświęcili dla niego własne życie, jak choćby Niebieski Człowiek, którego Eddie spotyka jako pierwszego po drugiej stronie. Ten nieszczęśnik jako dziecko zatruł się azotanem srebra, w wyniku czego jego skóra nabrała błękitnego koloru. Gdzie z takim specyficznym wyglądem można było sobie znaleźć miejsce, jeśli nie w wesołym miasteczku Ruby Pier? Ale spotkanie Eddiego i Niebieskiego człowieka odbyło się znaczenie wcześniej i było właściwie zderzeniem dwóch światów. Nieostrożne zabawy małego Eddiego na ulicy doprowadziły do wypadku, w którym właśnie zginął Niebieski człowiek, który nie chcąc potrącić małego chłopca, wypadł z drogi i doznał zawału serca. Przez całe swoje dziwne życie dostarczał ludziom rozrywki, a pod koniec uratował małego chłopca, który nawet nie zdawał sobie sprawy, że przyczynił się do śmierci kogoś.

Później ten chłopiec dorósł i stał się żołnierzem, gdzie już świadomie przyczyniał się do śmierci swoich wrogów ale i też niewinnych ludzi, dzieci co potem będzie go prześladowało w koszmarach. Tam pośród wojennej scenerii Eddie spotyka drugą ważną osobę w jego życiu, kapitana jego oddziału, który postrzelił go w nogę, aby w ten sposób uratować młodego żołnierza. Kapitan zginął na wojnie, a kaleki Eddie powrócił do domu, by od teraz przemierzać życie kulejąc i przeklinając swój los. Kolejną osobą w życiu Eddiego będzie pewna miła Pani, żona założyciela Wesołego Miasteczka, która pomoże Ediemu pozbyć się żalu do ojca.

Tak jak różne emocje targają duszą, która przechodzi z jednej sceny do drugiej, tak dookoła niej zmieniają scenografie: raz jest słonecznie, potem zimno i śnieżnie, raz jest wesołe miasteczko, potem ogrody, w których Eddie spotyka wreszcie swoją ukochaną żonę, Margueritte. Teraz mógłby już być szczęśliwy, ale czeka go jeszcze jedna konfrontacja z wojną i spotkanie z pewną dziewczynką, którą okaleczył, podpalając całą wioskę. Ona musi mu wybaczyć i dać opatrzeć rany. Ona też przypomni Eddiemu o tej dziewczynce, którą próbował uratować przed śmiercią. Najpiękniejszą nagrodą po śmierci jest to, gdy zobaczysz, że twoje życie miało naprawdę sens, a ty sam byłeś użyteczny, robiłeś coś dobrego i znaczyłeś coś dla kogoś. Czego życzę wszystkim czytającym ten tekst.

 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH