BREAKFAST CLUB. KLUB WINOWAJCÓW, CZYLI CIĘŻKOSTRAWNE ŚNIADANIE OKRESU DOJRZEWANIA



Rok 1985, wtedy Doktor Brown zadebiutował ze swoim wehikułem czasu. My cofnijmy się właśnie o te trzydzieści osiem lat wstecz, by wrócić do pewnego miejsca, z którego pewnie niejeden z nas chciał uciec. Właśnie stoimy zmęczeni i zrezygnowani przed wejściem do szkoły. Czemu szkoły zawsze wyglądają tak przygnębiająco? Nudne, szare, ewentualnie ceglaste, ponure. Przed nami betonowy budynek, zbudowany w stylu zwanym „brutalizmem”. Złowieszczo wyglądający jeszcze bardziej dołuje uczniów, przekraczających jego próg w listopadowy poranek. Budynek został oddany do użyteczności publicznej w 1970 roku jako Maine North High School, mieszczącym się pod adresem 9511 Harrison Street, Des Plaines. Od początku swego istnienia miał być szkołą, by po jedenastu latach zostać zamkniętym z powodu małego naboru uczniów. Cztery lata później filmowcy wskrzesili tą opuszczoną, ponurą szkołę, by zagrała Shermer High School, gdzie oprócz przygnębiającego Klubu Winowajców, również sprytny Ferris Bueller przeżywał tu swoje szkolne lata, nie żałując sobie wagarów. Co za bezczelny dzieciak! Zajechał w przebraniu czerwonym Ferrari po swoją dziewczynę i to na oczach dyrektora, który właśnie zwolnił biedne dziecko z powodu śmierci jej babci.

Dawna szkoła to obecnie siedziba centrum komunikacji Policji stanu Illinois. No proszę jak zatacza się koło: ze szkoły do policji – od jednej tresury do kolejnej, która codziennie połyka dzieci, trawi je, przeżuwa, mieli jak maszynka do mięsa, jak to widzieliśmy w słynnym teledysku „Another brick the wall” Pink Floyd. Aż wreszcie po zmieleniu, wyrzuca urobioną młodzież jako absolwentów z różnymi etykietami, które jak stygmaty odbiły się w ich duszach. Szkoła jest przerażająca, bo to jedno z tych miejsc, w którym w jakimś stopniu kształtują się nasze charaktery, postrzeganie siebie i wreszcie podejmowanie decyzji, a to przez nie kształtujemy także nasze całe życie. Kim staliśmy się po szkole? Pewnymi siebie, czy może przerażonymi, zakompleksionymi i zestresowanymi ludźmi. Jesteśmy zwycięzcami czy frajerami? I ile jeszcze mamy takich etykiet w swojej pamięci?

Pięcioro uczniów, pięć typów osobowości, pięć strategii radzenia sobie w szkole: kryminalista, księżniczka, kujon, sportowiec, wariatka w jednej klasie i to w sobotę. Narozrabiali i muszą teraz odpokutować. Pięć różnych osobowości. Ta sama, bolesna kara. Pięć wygodnych kamuflaży, które pozwoliły tym ludziom schronić się w ich obozach, by jakoś przetrwać ten dziwny czas liceum, ale i tak w głębi żadne z nich nie czuje spokoju w swoim uczniowskim uniformie. Może to dojrzewanie, a może coś więcej — gorzka świadomość, że całe życie trzeba będzie uciekać w różne gęby i kluby wzajemnej adoracji, by przetrwać kolejną szkołę, jaką jest dorosłość. Nigdy naprawdę sobą, zawsze pod jakąś maską.

John Hughes w jednym z wywiadów powiedział, że jako debiutujący reżyser nigdy nie chciał reżyserować doświadczonych, starszych aktorów, znacznie bardziej wolał prowadzić przed kamerą nastolatków, młodych aktorów, bo sam poniekąd czuł się jak nastolatek, błądzący we mgle, który dorasta do swojej filmowej wizji. Spośród ciekawego i dość lekkiego, familijnego repertuaru Hughesa: „W krzywym zwierciadle”, „Szesnaście świeczek”, „Dziewczyna w różowej sukience”, „Wolny dzień Ferrisa Buellera”, „Dziewczyna z komputera”, „Wujaszek Buck”, „Kevin sam w domu”, „Flubber”, to właśnie „Klub winowajców” obok „Some kind of wonderful” to bez wątpienia najbardziej refleksyjne filmy Hughesa o nastolatkach. Chociaż nie tylko Hughes poruszał tą tematykę. Zaledwie rok przed premierą „Klubu”, w orwellowskim 1984 roku, na ekrany kin wszedł dramat „Nauczyciele” z Nickiem Noltem w roli głównej, opowiadającym o ciężkim życiu uczniów i nauczycieli, którzy są skazani na piekło zwane szkołą. A co jest niebem? Nić porozumienia, gdy nagle lekcja staje się na tyle ciekawa, że uczniowie się w nią angażują i współtworzą z nauczycielem niezwykłą relację. Ideał.

Ale takiego pięknego widoku zgryźliwy szkolny pedagog po pięćdziesiątce, Richard Vernon dawno już nie widział. Podobnie jak uczniowie, nie jest on zachwycony tym, aby przychodzić w sobotę do szkoły, ale ktoś musi pokazać tym nieposłusznym nastolatkom, że są jakieś granice i reguły. A poza tym Vernon chce spróbować czegoś nowego. Oczekuje od piątki „skazańców” eseju, w którym przedstawią siebie, napiszą, za kogo się uważają. Trzeba przyznać, że nawet jeśli Vernon jest niezłym zgredem, to ma kreatywne podejście do uczniów. Po co ich karać ujemnymi punktami za ich niechlubne zachowanie? Każde złe zachowanie ma swoje podstawy. Może trzeba je odkryć? Dać się im wypowiedzieć. Zapytać, kim są i dokąd zmierzają? Filozofia w praktyce. Esej na całą sobotę, to przecież niezbyt bolesna kara. To nie zadanie matematyczne, gdzie trzeba odpowiadać wedle klucza. Tu każda odpowiedź ma znaczenie, a Vernon chętnie się nad nią pochyli, by się przekonać, czy ta młodzież naprawdę zeszła na psy, czy może ma w sobie trochę autorefleksji. A może to on sam już nie potrafi do trzeć do tych młodych ludzi?

Czas zaczynać. Białe kartki z filozoficznym pytaniem to zmora niejednego ucznia, ale trzeba jakoś podejść do tematu. Mimo, że na początku wszyscy mają siedzieć grzecznie w ławkach, w końcu trzeba rozprostować kości, zażartować, pokłócić się, by nabrać inspiracji i napisać chociaż parę zdań, które zadowolą profesora Vernona.

Ta piątka różnorodnych dzieciaków stanowi właściwie zbiorowy, „kameleonowy portret” psychiki młodego człowieka, który nosi w sobie pięć lub więcej charakterów. To zarazem pięć skrajnych punktów, których się wymaga od ucznia i kolegi ze szkoły, by funkcjonować w tym całym systemie. Oczywiste jest, że w szkole najlepiej być kujonem, by tak zadowolić rodziców i nauczycieli, ale warto być też modnym, towarzysko ustawionym, być zapraszanym na imprezy, być duszą towarzystwa, a zarazem mieć w sobie coś oryginalnego, nietypowego, od czasu do czasu dopuścić się jakiegoś szaleńczego wybryku, by zaimponować kumplom. A potem, jak gdyby nigdy nic znów wrócić do książek, by zdać na piątkę kolejny test i zadowolić rodziców. Zdarza się, że takie ideały istnieją. W jakiś dziwny sposób potrafią między tymi pięcioma strategiami zachować balans i wcale nie są zakompleksionymi wyrzutkami. Wysportowani, uśmiechnięci, empatyczni, ambitni, udzielający się w samorządzie uczniowskim, z wielkim apetytem zgłębiający podręcznikową wiedzę i towarzyskie aspekty nowej imprezy u kumpla.

Nasi bohaterowie jako skrajni przedstawiciele swoich „żałosnych klubów”, zbierają się w szkolnej świetlicy-bibliotece, miejscu, w którym zazwyczaj uczeni doznają olśnienia. Jak się przekonamy w kolejnych minutach, oni również doznają ciekawego doświadczenia, przyglądając się sobie nawzajem i słuchając siebie – skazańców, którzy próbują być jednocześnie kimś i nikim (a najmniej sobą) w wielkiej szkole, próbując sprostać zbyt wielu oczekiwaniom. Życie nastolatka jest gorsze od bycia trupem – podsumowuje ironicznie Christian Slater w filmie „Więcej czadu” Alana Moyle’ a.

Nastolatki chyba nigdy nie były tak dekadenckie, jak właśnie w latach 80-tych i 90-tych. Wypijmy za ten gorzki stan. Do wyboru Cola albo mleko. Słodko, tłusto i niestrawnie. No i wypadałoby coś zjeść przed tą męczącą autoanalizą swoich młodzieńczych wybryków. Czy w sobotę szkolna stołówka amerykańska (wypasiona jak żadna inna) jest otwarta? Ha, ha już sama scena lunchu to istny majstersztyk, który dobrze pokazuje z jakich to środowisk wywodzą się główni bohaterowie. W końcu chyba do tego odnosi się sam tytuł filmu, którego oryginalne tłumaczenie powinno brzmieć „Klub śniadaniowy”. Zatem co podano do stołu? Wytworna księżniczka, szkolna gwiazda, Claire (Molly Ringwald) je wykwintne sushi, z kolei Andrew (Emilio Estevez), jak przystało na sportowca ma sporo do zjedzenia z wielkiej torby, chyba pięć kanapek, mleko, sok, jabłko, banan i może coś jeszcze słodkiego. Wariatka Alison (Ally Sheedy) zaś przyrządza swoją oryginalną kanapkę z białego chleba tostowego, cukru i chrupek. Aż trzeszczy i chrupie. Kryminalista Bender (Judd Nelson) nie ma nic, bo w domu i tak nikt nie troszczy się o to, co zje. „Gdzie twój lunch?” — Pyta Claire. „Masz go na sobie” — odpowiada Bender, trzymając poziom naczelnego ironisty w tym filmie.

Ale ta ironia w gruncie rzeczy jest śmiechem przez łzy. Bender w przeciwieństwie do rozpieszczonej Claire, która wciąż nie może uwierzyć, że jest tutaj pośród tych innych dzieciaków, dobrze wie, co to znaczy kara za złe sprawowanie. Sobota w szkole to nic w porównaniu z karą, jaką może zadać ojciec. Na przykład blizna po cygarze za rozlaną farbę w garażu. Może Bender kłamie, a może to rzeczywiście prawda? Może dla niego życie to jedna wielka walka. Jego sposobem na odreagowanie trudnych relacji z rodzicami stała się autodestrukcja. Czyżby Bender przebił wszystkich swoim bólem? Okazuje się, że i kujon Brian ze swoim zbilansowanym śniadankiem (Anthony Michael Hall), którego imię dziwnie przechodzi w słówko „brain” nie jest takim niepozornym ofermą, mózgowcem, jakby się mogło wydawać. Życie pod presją bycia najgenialniejszym daje o sobie znać, więc nie dziwi fakt, że nadwrażliwy chłopak chciał się zabić, a może nawet urządzić niezłą jatkę w szkole, co dziś w amerykańskich szkołach jest smutną normą. Miał już przygotowany pistolet… ale znaleźli go w szafce no i afera na całego. Niezadowolona matka ze złośliwą siostrą odwożą zgnębionego Briana. Co ciekawe w tej scenie zagrały matka i siostra Anthony’ego Michaela Halla.

Pod presją żyje także Andrew Clark, sportowiec uprawiający zapasy, który wciąż chce się popisywać swoją siłą, więc zdarzy mu się od czasu do czasu pognębić jakiegoś słabszego ucznia, by tak zadowolić kumpli i ojca, który dla niego jest bardziej trenerem. Księżniczka Claire głęboko przeżywa rozwód rodziców i zdarzają jej się wagary, z kolei najbardziej tajemnicza Alison jest zupełnie niezauważalna przez swoją rodzinę, dlatego woli spędzić sobotę w szkole niż w domu. Tak z własnej woli. Co za oryginalność.

Podczas tego dłużącego się pobytu w szkolnej bibliotece, „skazańców” odwiedza szkolny sprzątacz, Carl, który właśnie ma dyżur i musi opróżnić kosze. Co za kontrast. Tu nastolatki zastanawiają się, kim są, a tam sprzątacz opróżniający kosze po ich śmieciach. Zaraz, chwileczkę! Czy Carl, to nie ten sam koleś, którego zdjęcie „ucznia roku” widzimy na początku filmu. Zdolny, przebojowy, przystojny uczeń, który po latach został… sprzątaczem w tej samej budzie, do której chodził. Jak to możliwe?! Prędzej spodziewałbyś się, że taki gość zostanie choćby burmistrzem albo zdolnym społecznikiem. A tu nagle sprzątacz, równie użyteczna praca, ale chyba poniżej kompetencji samego bohatera. To jakby archetyp „Buntownika z wyboru”. Choć uczniowie mogą z niego żartować i mieć go w głębokim poważaniu, on, szary sprzątacz przedstawia się im z błyskiem w oku jako oczy i uszy tej szkoły. To on ma dostęp do ich szkolnych szafek, czyta ich lista, zna ich sekrety, tajemnice, kompleksy, intrygi. Jest niczym widmo, przestroga straconej przyszłości dla uczniów, którzy jak Bender mają wszystko gdzieś. Carl skończył tak. A jak skończą te dzieciaki? „Ta myśl nie daje mi spać. Kiedy ja już będę stary, te aroganckie dzieciaki będą rządziły naszym krajem. Kim oni będą w przyszłości?” — pyta zatroskany Vernon.

W scenach, które nie znalazły się w oficjalnym wydaniu, widzimy Carla, który znając mroczne sekrety uczniów, odpowiada na to przerażające pytanie. Andy jako sportowiec zostanie managerem klubu golfowego, Bender pewnie się zaćpa i nawet nie będą w stanie ustalić, kim on był za życia. Choć może akurat ten problematyczny uczeń, znający już zbyt dobrze ciemną stronę, nawróci się jednak i zostanie na przykład wychowawcą, pomagającym trudnej młodzieży. Kto wie. Brian pewnie przejdzie trzy zawały przed czterdziestką, pracując w jakiejś korporacji. Ślicznotka Claire przejdzie kilkanaście operacji plastycznych, podczas gdy jej mąż zdradzi ją z tuzinem kobiet. A Alison może będzie poetką z rozstrojem nerwowym. Mam rację? Dłuższa riposta Carla na temat przyszłości członków „Klubu winowajców” jest dość mroczna i dosadna, że nawet wygadany Bender czuje się zupełnie bezbronny wobec tych gorzkich słów. Kim będą te dzieciaki? Koszmar, który nie daje spokoju nauczycielom, rodzicom i wreszcie samym zainteresowanym.

Zabawne jest oglądać ten film, mając w pamięci film „Ognie św. Elma” (również z 1985 roku) w reżyserii Joela Schumachera, gdzie Judd Nelson gra ambitnego karierowicza, speca od kampanii wyborczych, który przypomina nierozgarniętemu kumplowi o odpowiedzialności za własne dziecko. To zupełne przeciwieństwo opryskliwego John Bendera z „Klubie Winowajców”. Ale już za rok, w 1986 roku Nelson w filmie „Blue city” zagra mściciela, który powraca do miasta, by pomścić śmierć ojca. Z kolei Ally Shedy, czyli Allison wariatka z „Klubu…” stoi tuż obok swoje ambitnego chłopaka, granego przez Nelsona, a zarazem wdaje się w romans z Kevinem (Andrew McCarthy). Z kolei Emilio Estevez, czyli Andrew, w „Ogniach…” gra studenta prawa, który po dłuższej przerwie wraca na studia, a wcześniej boleśnie przeżywa zawód miłosny po Andie MacDowell.

Tak jak bohaterowie „Ogni św. Elma”, studenci/absolwenci wkraczający w dorosłe życie, mają swoje obawy i nadzieje, tak nastolatki z „Klubu Winowajców” obawiają się tego, co będzie za rogiem. To zupełne przeciwieństwo przygodowego filmu, który w tym samym roku wszedł na ekrany kin. Mowa tu o „The Goonies”, gdzie zaradne dzieciaki, tryskające humorem, zdobywają ukryty skarb piratów. Chciałoby się wrócić właśnie do tego okresu życia, ale cóż taśma się zacina i trzeba się pogodzić z obecnym stanem rzeczy. Jest się licealistą, kimś prawie dorosłym, a jednak wciąż dzieckiem, które zwykłym jointem, czy nawet papierosem dla szpanu nie jest w stanie rozświetlić mroków dorosłości w sennym, zimnym Chicago (ulubionych plenerach Hughesa), które jeszcze bardziej pogłębia melancholie nastolatków. Co innego życie w „Beverly Hills” na tle słonecznej Kalifornii, tam aż chce się wstawać trzeźwym rankiem, by znów wieźć życie dumnego nastolatka w liceum.

A my wróćmy do naszego klubu. Wszyscy już zjedli śniadanie i wciąż namyślają się nad tym, kim są. Godzina po godzinie mury uprzedzeń i stereotypów pękają, aż kryminalista wraz ze sportowcem, kujonem, ślicznotką i wariatką zapalają fajkę pokoju – maryśkę. Siadają na podłodze, w kręgu (jak na terapii wsparcia) i przyznają się do swoich największych słabości, lęków i marzeń. Bo komu się zwierzyć jeśli nie tym najbardziej obcym, z którymi pewnie już nigdy nie zamienią słowa. Są po prostu z innych bajek, światów, kosmosów. Opowiadają, co by zrobili za milion dolarów i co naprawdę przeskrobali, że musieli dzisiaj przyjść w sobotę do szkoły. Z tych wszystkich wypowiedzi najbardziej szokuje odpowiedź Alison, szkolnej wariatki, która po prostu przyszła z nudów do szkoły, by móc się do kogoś odezwać, skoro z rodzicami nie potrafi rozmawiać. Warto tu wspomnieć, że scena spowiedzi między uczniami została w większości zaimprowizowana przez samych aktorów. Obejrzyjcie sobie, jak przejmująco Emilio Estevez, czyli Andrew Clark opowiada przez łzy o tym, jak związał Larry’ego taśmą i jak potem biedny Larry musiał się przyznać do takiej porażki własnemu ojcu. Dlaczego zrobił coś tak okrutnego swojemu koledze? Bo chciał udowodnić swojemu ojcu, jaki jest silny. Ojciec Andrew nie toleruje słabości, jest jak trener, który przede wszystkim wspiera sportowca, a nie własnego syna – to drobna różnica. Liczy się wynik. Liczy się tylko zwycięstwo i siła.

Te osiem godzin spędzonych razem pozwala każdemu z nich wejrzeć w „innego”, który reprezentuje zupełnie inną subkulturę. Tworzą oni jedyny taki klub, w którym mogą być sobą ze swoimi lękami i frustracjami. To klub ryzykowny, do którego przynależność, znajomość z innymi oryginałami, skutkuje zlinczowaniem ze strony rodzimych wspólnot: księżniczek, twardzieli, outsiderów, kujonów. Przecież kryminalista, John Bender, posiadający rekordową ilość nagan niczym trofeów, nigdy nie odezwie się w towarzystwie swoich kumpli do zahukanego kujona Briana, członka wielu klubów naukowych, który dotkliwie przeżywa każdą inną ocenę niż piątkę. Trudno im w to uwierzyć, ale taka jest prawda. Mówi o tym Claire i co ciekawe Bender, który dotąd wszystkich drażnił i miał ich gdzieś, stanowczo nie zgadza się z jej pesymistyczną wizją, jakby nagle zależało mu na tych znajomościach. Może mówi to na złość księżniczce, by znów się jej sprzeciwić, a może jednak poczuł jakąś nić sympatii do pozostałej czwórki. Nawet jeśli w poniedziałek już siebie nie poznają, zlekceważą, to przynajmniej nie zapomną tej niezwykłej soboty, w której przeżyli coś razem „Nie zapomnij mnie” — „Don’ t forget about me”, jak głosi motyw przewodni w wykonaniu Simple Minds. Nie zapomnij kumpla z klubu, nie zapomnij człowieka, z którym gadałeś przez całą sobotę tak szczerze, jakbyś się zwierzał komuś obcemu, kogo już nigdy nie spotkasz. Oboje zabierzecie swoje tajemnice i rozejdziecie się w milczeniu. Więc co będzie z tymi nastolatkami? Może będą równie zagubieni jak bohater filmu „Szansa dla karierowicza”, tak nieprzystosowani jak „Wujaszek Buck” albo tak melancholijni i dekadenccy jak bohaterowie piosenek grungeowych. A może wejdą w dorosłe życie z przytupem, jak bohaterowie „Melrose place”, przebojowi Yuppies na tle słonecznej Kalifornii. A gdy już osiągną swoje sukcesy, popadną w kryzysy jak bohaterowie „American psycho” czy „Fight club”. Ale tej listopadowej soboty nigdy nie zapomną i zawsze będą do niej wracali.

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH