WYGRANY... NA CZTERY RĘCE, KONIE I SERCE
Film o zwycięzcach i przegranych, ciekawa historia o tym, jak pojmujemy zwycięstwo, a jak wielką porażką między czarno-białymi zasadami i klawiszami, gdzie przebiegają „niespokojne rumaki emocji”. Zabawne, że ten refleksyjny film traktujący o wygranych i przegranych, sam okazał się wielkim przegranym, który jakoś nie zdobył popularności i uznania na festiwalach filmowych. Ale kto by się tam przejmował konkursami. Ważne, że to kino wciąż rezonuje w wyobraźni widza. Jest trochę jak baśń, pokazująca nam, co naprawdę znaczy zwycię-żyć.
Amerykański pianista polskiego pochodzenia, wielki przegrany w konkursie chopinowskim nagle zrywa światowe tournée, które miało mu pomóc wrócić na salony w wielkim stylu. A wszystko dlatego, że wrażliwy Oliver Linovsky nie może oddzielić spraw zawodowych od prywatnych. Akurat wtedy gdy jego światowe tournée ruszyło jak ołowiana kula po torze, od młodego muzyka odeszła żona. Paradoksalnie taki wstrząs mógłby dać kopa pianiście, który po mistrzowsku gra smutną muzykę Chopina. A Chopin to przecież ta melancholia, dekadencja, tęsknota, to wielkie wzruszenie. Przypomnijmy sobie te sceny z „Pianisty”, czy z „Łowcy jeleni”. Czy to oficer hitlerowski czy robotnik z fabryki — wszyscy oni są bezbronni wobec tej muzyki. Chcąc oddać intencje kompozytora, wręcz byłoby dobrze, żeby pianista również przeżywał jakiś zawód miłosny albo tęsknotę, które wibrowałyby między nutami.
Natomiast nasz bohater znając tą muzykę „od kuchni”, nie potrafi otrząsnąć się z miłosnego zawodu. Patrzy ze smutkiem na klawiaturę. Białe i czarne. Zna zbyt dobrze te wszystkie kombinacje dźwięków, te „płaczliwe triki”, te zaklęcia na pięciolinii, które potrafią wzruszyć każdego, ale sam nie zna zaklęcia na swoją pustkę. Nie jest w stanie zagrać swojego koncertu w hali Stulecia we Wrocławiu. Koncertu specjalnego, bo przecież w Polsce, ojczyźnie Chopina i kraju przodków samego Linovsky’ ego. Co za kompromitacja! Zerwane tournée pociąga za sobą oczywiście pieniężne kary, a Oliver z dnia na dzień zostaje bez grosza. Wszystko dlatego, że tak łatwo uległ emocjom przed koncertem.
W ciągu pierwszych dwudziestu minut widzimy, jak główny bohater spada na samo dno niczym gladiator, bo nie spełnił oczekiwań publiczności i swojej wymagające matki-nauczycielki muzyki. Gdy tak patrzy w ten kieliszek z whisky, niczym w okrągłą kulę pełną wspomnień doznaje szoku. Pierwszy raz w swoim zorganizowanym życiu wyszedł poza konwencję i doświadczył awangardy. Czy to samoświadomość? Od kiedy tylko pamięta, jego życie to ciągłe powtarzanie wstawek fortepianowych. Osiem godzin dziennie Chopin lub inny wielki kompozytor. Ich emocje pod rękami Oliviera. A gdzie emocje samego Oliviera? Całe życie grał piękne, ale cudze melodie. Całe życie żył wedle oczekiwań matki, która za każdą pomyłkę w melodii biła go po rękach. Czy to dotychczasowe życie w ogóle należało do niego? Czy może było to życie wedle upodobań matki i publiczności? Życie wypełnione gęsto występami w każdym zakątku Europy, gdzie muzyka Chopina cieszy się sporym uznaniem. Za miesiąc tu, za pół roku tam (zupełnie jak gęsty grafik dyrygenta Dareusa w filmie „Jak w niebie). Oliver nie musiał się martwić o przyszłość. Jego manager znał ją dobrze i wiedział, gdzie artysta będzie za miesiąc o konkretnej godzinie i co będzie grał. Zero spontaniczności. Grafik wypełniony po brzegi.
Teraz, gdy Oliver przerwał tą monotonię, dociera do niego, że nigdy nie żył własnym życiem.
Teraz patrzy ze smutkiem na dno kieliszka i próbuje jakoś wypić ten kielich goryczy. Przegrany bohater na początku filmu? Jak bardzo lubimy takie historie, czyż nie? Z niepokojem oczekujemy, czy bohater odbije się od tej minorowej atmosfery. Żeby nie przeciągać zbyt tej boleściwej sceny! E’dur! W końcu musi nastąpić jaśniejsze uderzenie w klawisze. Nagle oto zjawia się człowiek z innej bajki, choć też Amerykanin, ale mieszkający w Polsce – niejaki Frank Goretzky, znacznie starszy od Oliviera, były profesor matematyki, który teraz spędza emeryturę na grze w wyścigach konnych. Od kieliszka do słowa między tymi dwoma zawiązuje się nić przyjaźni. Frank przyjmuję tu rolę mentora, mistrza dla bohatera, który właśnie pogubił się w swojej drodze. Jak profesor matematyki może pomóc upadłemu pianiście? Tu ścisły umysł, logika, błyskotliwa obserwacja, szukanie wzoru na wygraną, tam nadwrażliwość i muzyka.
Frank ma za sobą sporo bolesnych doświadczeń, jak wojnę, więzienie i stratę rodziny. Codziennie towarzyszy mu świadomość, że gdzieś tam za oceanem jest dorosły syn, którego nigdy nie poznał. Może właśnie dlatego Goretzky pomaga młodszemu Oliverowi, tak jakby chciał pomóc synowi, chciałby komuś młodszemu wskazać drogę. Ten amerykański motyw znowu przywodzi na myśl inną rolę Gajosa, z kultowego już „Szczęśliwego Nowego Jorku”, gdzie bohater, również profesor, ale alkoholik chce tym razem uciec z przeklętej, amerykańskiej Ziemi Obiecanej.
Na początek Frank pomaga Linovsky’ emu w kwestii lokum, ponieważ pianistę wyrzucono z hotelu. Wszak taki spłukany artysta, który niespodziewanie rezygnuje z koncertu przy pełnej sali nie zasługuje na dłuższy pobyt. Samotny Frank przygarnia do siebie obcego chłopaka. Brzmi intrygująco? Nic z tych rzeczy. I bez skojarzeń. Żeby jakoś oderwać młodego pianistę od posępnych myśli, Frank pokazuje mu wyścigi konne. Tu zresztą pojawia się ciekawa analogia pomiędzy pianistą startującym w konkursach, a koniem startującym na wyścigu. Trzeba wygrać. A może radość polega tylko na samej grze, tak jak w tej scenie, gdy Oliver gra na podwórku w koszykówkę, nieustannie pudłując i zupełnie się tym nie przejmując. A tu już Frank klepie go po ramieniu. Czas na nowe wyścigi i zakłady. Na trybunach spragnieni wielkich pieniędzy gracze, którzy utopili spore kwoty stawiając na swego faworyta. Ku zaskoczeniu profesora Goretzky’ ego, Oliver się wciąga w tą grę, choć wciąż myśli o muzyce, choćby wtedy gdy siada do fortepianu w kawiarni lub widzi ulicznego grajka, bluesmana z gitarą, śpiewającego tęsknym głosem (Gienek Loska). Jednak nie chodzi o to, aby grać wielkie tournée, co raczej grać dla samej przyjemności, dla muzyki. Piękne ideały, tylko tu jeszcze trzeba spłacić dług za swoje poprzednie błędy. Oliver musi zdobyć pieniądze, żeby pozbyć się problemów. Może znów warto postawić na szczęśliwego konia? Wielka wygrana kusi i czasem trzeba postawić wszystko na jedną kartę, zwłaszcza gdy przyjaciel jest w potrzebie. Zarówno dla Franka jak i Olivera ta przyjaźń ukazuje im nowe horyzonty w życiu. To dzięki Olivierowi, syn Franka dowiaduje się w Stanach o istnieniu swego ojca. Z kolei sam Oliver coraz odważniej kroczy drogą życia, w którym kalendarz nie jest już tak szczelnie wypełniony koncertami. No i gdzieś w końcu, na tej samotnej drodze pojawia się miłość w osobie sympatycznej dziewczyny, która pracuje, przyjmując zakłady od wielu różnych hazardzistów i wytrawnych graczy jak choćby Frank. W tej roli Marta Żmuda-Trzebiatowska, która trochę powtarza tu schemat roli z filmu „Nie kłam kochanie”, ale w jak najlepszym tego słowa znaczeniu.
Cała historia kreślona tu przez Wacława Saniewskiego (scenariusz i reżyseria) jest ciekawie zmontowana. Przeplatają się tu wspomnienia matki Olivera. W tej roli Grażyna Barszczewska, która szerszej publiczności dała się poznać jako nadopiekuńcza mamcia w serialu „Plebania”. Można powiedzieć, że znów idzie tym tropem nadopiekuńczej i wymagającej matki, do której teraz dociera, jak bardzo unieszczęśliwiła syna, trenując go na idealnego pianistę. Od wspomnień matki przechodzimy do wypowiedzi managera czy jednego z jurorów koncertu chopinowskiego. Tu Wojciech Pszoniak z wielkimi okularami i laską w ręku wciela się w rolę nadętego znawcy muzyki Chopina, który niejeden talent już zniszczył. No i Janusz Gajos w roli Franka. Balansuje między humorem a mądrymi radami. Idealnie kontrastuje ze swoim radosnym temperamentem do Olivera, przechodzącego kryzys. A potem z kolei, gdy dopada go choroba, uczy się przyjmować pomoc od młodszego Linovsky’ ego. Wszystko się pięknie równoważy. Stary pomógł młodemu. Młody pomaga staremu.
A między tymi wypowiedziami, retrospekcjami rozgrywa się historia obecna gdzie Oliver szuka siebie po odwołanym tournée, zamieniając fortepian na wyścigi konne. Starannie rozpisana partytura i szczelnie wypełniony kalendarz ustępują miejsca hazardowi i spontanicznej chwili.
To przeplatanie narracji dawnymi wspomnieniami i obecnymi chwilami odbije się także w soundtracku. Jako że to film o pianiście specjalizującym w muzyce Chopina, więc to muzyka tego kompozytora dobrze oddaje nastrój melancholijny bohatera oderwanego od swoich korzeni i swego „ja”. Ale również usłyszymy tu Elvisa Presleya w utworze „In the Ghetto”, gdzie sam król Rock’n’rolla śpiewa tęsknym tonem o Chicago, miejscu wyjątkowym zarówno dla Franka i Olivera.
Tu trzeba zaznaczyć, że to pierwsza główna rola Pawła Szajdy, który dotąd pojawiał się w filmie raczej jako drugoplanowy aktor. Dwa lata wcześniej, przed „Wygranym” zagrał w „Tataraku” Andrzeja Wajdy. A jeszcze wcześniej zasłynął w filmie „Pod słońcem Toskanii” u boku Diane Lane. Choć Szajda nie jest zawodowym aktorem, tylko modelem, to jednak do tej roli zagubionego, niepewnego siebie pianisty pasuje całkiem dobrze. Trochę jak przestraszony dzieciak szamocze się w kurtynach konwenansów i polskiego akcentu, aby wreszcie zerwać te wszystkie maski, wyjść na scenę i odważnie pokłonić się dawnemu życiu. Pomagając Frankowi, pomaga sam sobie w odnalezieniu nowego celu, choć nie wiemy gdzie nasz bohater dojdzie? Może będzie dalej grał, a może znajdzie coś innego. Tu pojawiają się napisy końcowe, jak w ostatniej scenie z „Komornika”. Na szczęście nasz bohater już spłacił dług i nie musi się martwić odwiedzinami wierzycieli. Nikomu nie jest nic winien.
Komentarze
Prześlij komentarz