SIŁA SPOKOJU. FILOZOFIA W PRAKTYCE
To taki rodzaj filmu, którego nie doceniasz na początku. Oglądasz bez przekonania. Myślisz sobie, to takie kino z niższej półki, nawet większości aktorów nie znasz. No jeszcze Nick Nolte się rzuca w oczy, choć trudno go rozpoznać z tymi siwymi włosami i brodą. Ale co tam. No i w ogóle o czym to jest?! Historyjka o upadaniu, niepełnosprawności i powolnym podnoszeniu się z upadku. Skąd my to znamy? Kiedyś na kanale Puls takich filmów było bez liku. Niby to wzrusza, porusza, a jednak zawsze wydaje się być niedopracowane, naiwne, sztuczne, dalekie od naszej prozy życia itd. Pomyślałbyś raczej, że to taki materiał instruktażowy dla coachów i mówców motywacyjnych.
Ten trop zresztą jest całkiem słuszny. Rzecz będzie o poszukiwaniu własnej drogi. Znów kłaniają się baśnie, w których bohater szuka skarbu i jak się okazuje, ten skarb jest cały czas w jego sercu. Jakie to wzruszające — mówisz z założonymi rękami, dopóki jesteś w bezpiecznym miejscu. Ale gdy nagle wszystko się odwraca, rozpada? Gdy nagle znika dookoła wszystko, co dawało ci sens i oparcie, gdy staczasz się w otchłań, ten film może być ciekawym poradnikiem (tzw. praktyczne kino), jak wrócić do siebie i znaleźć nowy cel.
„Siła spokoju” to ekranizacja książki „Droga miłującego pokój wojownika” autorstwa gimnastyka Dana Millmana, który także zaliczył w tym filmie małe cameo. Możemy go zobaczyć w roli klienta stacji benzynowej, gdzie pracuje tajemniczy mężczyzna o pseudonimie Sokrates. Oto szkoła ateńska zawitała na staję benzynową. Piękna metafora, czyż nie? Paliwem jest tutaj życiowa mądrość, której główny bohater potrzebował od dłuższego czasu. A taką mądrość można uzyskać poprzez uważną obserwację swoich poczynań. Zupełnie, jakbyśmy filmowali siebie z ukrytej kamery, a potem analizowali, gdzie popełniliśmy błędy? Zabieg konfrontacji pierwowzoru z własną biografią filmową widzieliśmy choćby w filmie z podobnego podwórka: „ W pogoni za szczęściem”, gdzie obok filmowego Chrisa Gardnera (Will Smith) przechodzi prawdziwy Gardner. Mijają się i każdy idzie w swoją stronę: oryginał i kopia, ale świadectwo bohatera zostaje w nas — widzach. Natomiast sam wzruszony bohater konfrontuje się ze swoją biografią, czując, że wszystko to, co go spotkało, zwłaszcza te złe chwile, zmierzają ku czemuś lepszemu — przemianie duchowej i doświadczeniu prawdy o sobie samym.
A jaką prawdą przekazuje nam „Siła spokoju”. To obraz mocno przesycony filozofią, sokratejskimi dialogami, które komentują kolejne przejścia ewolucji bohatera. W tle migają kolejne plenery, parki, sale gimnastyczne, ale najwięcej dzieje się w umyśle głównego bohatera, który musi przejść bolesną drogę do oświecenia i skonfrontować się ze swoim nadambitnym ego na szczycie wieży, gdzie bije symboliczny dzwon (Division bell?).
Dana Millamana nie poznajemy jako kopciuszka czy odrzuconego, słabego, przestraszonego bohatera. Jak na dwadzieścia parę lat ma już niezłe osiągnięcia sportowe, dobre oceny na uczelni, perspektywę olimpiady, gdzie pokaże swoje gimnastyczne umiejętności. Obroty na kółkach, salta itp. Na półkach złocą się pięknie trofea z poprzednich wygranych turniejów, nad którymi zachwycają się nowo spotkane dziewczyny. Gdy już jesteś na takiej pozycji, trudno, żebyś nie był pewny siebie. Myślisz i żyjesz jak zwycięzca, szybko, intensywnie, no i rzecz jasna śnisz o trofeum, które po raz kolejny potwierdzi twoją wielkość. Takie złoto na olimpiadzie. To by było coś, nieprawdaż? Co to dla ciebie, skoro już masz na głowie złotą koronę.
Zapytalibyśmy, czego tu szukać, gdy w młodym wieku jesteś już tu, gdzie chciałeś być, osiągasz sukcesy i czujesz się jak wybraniec niebios? Tak, niby wszystko jest ok, a jednak coś cię dręczy. Coś cię prześladuje. Nie możesz spać. I nie chodzi o to, że akurat teraz jesteś zajęty najładniejszą dziewczyną na kampusie. Coś nadchodzi, czujesz to. Drżenie ziemi, drżenie skroni. Ten dziwny sen, w który całe twoje życie rozpada się na kawałki, jak strzaskana noga po wypadku. Ciężkie krople potu na czole. Znów zbudziłeś się zbyt wcześnie. Czuwasz, skąd to nadejdzie? Ta zmiana, ten przełom w życiu.
Wypadek
A jednak jak zwykle musisz przejść jeszcze jedną próbę. Próbę?! No tak. Nie słyszałeś o tym? Nie możesz żyć tylko dla złotych pucharów. Wredna gramatyka losu zawsze zaznacza taki kruczek, że na szczycie możesz wszystko stracić i pogrążyć się w depresji lub powoli odrodzić się na nowo. Jesteś gotów? Skoro tak kochasz sport, gimnastykę, uprawiaj ją, ale przede wszystkim dla siebie, dla swojej radości. Niech to będzie powód, dla którego codziennie wstajesz, by rozpocząć trening. Może opanowałeś w pełni pracę nad ciałem, ale przez ostatnie lata działałeś jak maszyna. A twój umysł gdzieś poddał się rutynie. Zwycięstwo, zwycięstwo. Myślałeś, że już masz przed sobą prostą drogę, a jednak teraz musisz wysilić umysł, aby znaleźć coś innego i nadać temu znaczenie. Masz to w sobie, ale jak zwykle trzeba sporo wysiłku, by znów do tego dotrzeć. Przestań być najlepszy, przestań planować, że zwyciężysz, bo nie masz nad tym kontroli. Przestań tak pędzić, ścigać się. Zwolnij. Zacznij smakować życie, sport. To przecież dla ciebie najważniejsze, dzięki temu czujesz się szczęśliwy. Po co jeszcze trofea? O czym ty gadasz?!
Biały sufit to doskonała odpowiedź po twoich ostatnich wyskokach. Biel. Ale chyba nie umarłeś. Leżysz w szpitalu i masz na imię Dan Millman. Jesteś albo byłeś sportowcem. To pamiętasz. Niestety, obawiasz się, że chyba coś złego stało się z twoją nogą albo kręgosłupem. Pamiętasz ten sen. Rozbite kawałki nogi. Rozbite życie. A każdy taki rozbity fragment jest ostry jak żyletka. Sporo łez i krwi się wyleje, żeby to wszystko połączyć. Ale co było wcześniej? Co się stało, że tu leżysz i patrzysz w sufit jak umierający starzec? Przecież jesteś młody, wysportowany. Pamiętasz, że byłeś królem. Gdzie kolejna dziewczyna? Jakoś pusto w tym łóżku. Może i lepiej, bo to, co usłyszysz od lekarza, zupełnie cię dobije. Wypadek na motorze. Nieźle przeskoczyłeś. I nawet zrobiłeś salto. Ale nie wylądowałeś na materacu, tylko na twardej ulicy. Kiedyś śmigałeś po tych drążkach i kółkach, wykonując imponujące salta, jak Ikar lecący do góry, teraz będzie dobrze, jeśli się podniesiesz i przejdziesz parę kroczków o kulach. Myślisz sobie, że to niemożliwe. Nie można tak po prostu stracić tego, co się kochało. Przecież to był twój sens życia. Zapomnij o olimpiadzie i medalach. Więc co dalej? Droga wciąż jest przed tobą i to ona jest teraz najważniejsza. Nie cel, nie złoto na olimpiadzie, a sama droga. Najważniejsze to zmierzać do celu i cieszyć się każdym pokonanym kilometrem. Pomoże ci to zrozumieć pewna, tajemnicza osoba. Twój mistrz, niejaki Sokrates, którego szukałeś tak długo, a który okazał się być mechanikiem, pracującym na stacji benzynowej. Skojarzenie odpowiednie. Trzeba w końcu naprawić mechanizm twojego umysłu. Ruszaj. Powoli.
Jakże niepodobny to klimat do twórczości reżyserskiej Victora Salvy, który, z całym szacunkiem do jego dorobku, rzadko kiedy jest analizowany przez wnikliwych filmoznawców i krytyków. Nie ma się co dziwić, jego twórczość to przeważnie proste horrory, w tym hit „Dom Klaunów”, czyli strasznie, głośno i wręcz groteskowo. A tu nagle bach i „Siła spokoju”. Jak widać nie można tak łatwo szufladkować reżysera. I dobrze, to pierwsza nasza lekcja: „nie osądzaj tak łatwo, nie myśl stereotypami”. To lekcja, jaką również usłyszy główny bohater, Dan Millman, spotykając na swojej drodze mechanika o filozoficznym usposobieniu. Ta filozofia może nieco odstraszać, jeśli pojmujemy ją dość stereotypowo jako rozważania o wszystkim i niczym, nie przynoszące konkretnych odpowiedzi. Ale przecież…
„Filozofia z natury ma upraszczać rzeczywistość. (…) Możliwa jest tylko taka filozofia ( o konstruktywnym zabarwieniu), która łączy abstrakcyjną jednolitość z konkretną różnorodnością[i]”
„Filozofia jest jedną z nielicznych samodzielnych i twórczych możliwości, a niekiedy konieczności ludzkiego bytowania[ii]”
Tak więc bądźcie czujni, bo prędzej czy później filozofia, która was nudziła, może okazać się lekarstwem na niejeden kryzys w waszym życiu. Sokrates pojawia się w życiu Millmana jeszcze przed wypadkiem jako zwiastun wielkiej zmiany, powoli miesza mu w głowie, udowadnia, że te wszystkie skostniałe dogmaty, utarte ścieżki, którymi kroczył dotąd główny bohater, nie zaprowadzą go tam, gdzie miałby odnaleźć wyśnione szczęście, czy może wreszcie samego siebie. Trzeba się mocno nagimnastykować, żeby znaleźć coś więcej. Czasem trzeba stracić naprawdę wiele, by dojść do ładu ze sobą. Trzeba się zaprzeć siebie, jakby powiedział Chrystus. Kim zatem jest ten tajemniczy Sokrates? Zwykłym mechanikiem, czy może głosem wewnętrznym głównego bohatera, przewodnikiem po meandrach jego podświadomości, projekcją lęków i ambicji, sumieniem, aniołem stróżem, a może Bogiem stwarzającym upadłego Adama od nowa? Możemy tak snuć te symboliczne kreacje i bez wątpienia postać Sokratesa intryguje nas do tego stopnia, że wciąż chce się wracać do tego filmu i snuć kolejne interpretacje. Sokrates z poczuciem humoru nokautuje Dana na każdym kroku, wyśmiewając jego wzniosłe i zarazem oklepane przemyślenia na temat życia. Potrafi być nieprzewidywalny. Ni stąd ni z owąd zrzuca Dana z mostku do stawu, by tak mu pokazać siłę chwili obecnej, bo o czym myślimy gdy lecimy prosto do wody? Doznajemy intensywnego uczucia tu i teraz. Niezwykłe, jak szybko opróżniliśmy umysł ze zbędnych śmieci, z tych wszystkich myśli o naszych wrogach, przeciwnikach, żądzach, zemstach, pragnieniach. Jeszcze ciekawsze jest to, gdy Sokrates daje się obrabować ulicznym opryszkom, podsumowując potem naiwne słowa Dana, że ludzie, których najtrudniej kochać, najbardziej tego potrzebują. Millman jest zdumiony tą dosadną lekcją, gdy przemierza ulicę tylko w bokserkach. I co z tego, że daliśmy się okraść z naszych ubrań? Zerwaliśmy jedne szaty by przyodziać następne. Teraz to będą szaty rozważnych wojowników. „Działaj, a nie reaguj” – powtarza spokojnie Sokrates z półuśmiechem. Bo grunt to przystosować się do nowej sytuacji, znaleźć w niej sens. Gdy Beethoven głuchł, na pewno przeklinał los za taką złośliwość. Mam talent do komponowania muzyki, a tracę zmysł, który jest mi potrzebny do jej tworzenia. Czy to nie dziwne? Więc gdy ogłuchnę, czym mam się zająć do cholery? Ogłuchnę od swoich myśli! A jednak Beethoven będąc na skraju rozpaczy, obłędu, słysząc tak mało z zewnątrz, usłyszał swoją najlepszą symfonię, która stała się hymnem wspólnoty europejskiej. I podobnie jest z bohaterem tego filmu, który czując, że został powołany niejako do gimnastyki, nagle czuje się oszukany przez los. Ale wszystko jest po coś. Nawet niepełnosprawność sportowca, który musi sobie przypomnieć, że nie walczy tylko na drążkach, ale także w samym życiu.
Ten film przypomina odrobinę „Interstate 60” z 2000 roku w reżyserii Boba Gale’ a, gdzie również młody bohater, borykający się z brakiem celu w życiu, spotyka na swojej drodze tajemniczego Pana Granta, czarodzieja spełniającego życzenia. Obecność tego pana ma związek z życzeniem, jakie wypowiedział główny bohater podczas urodzinowego przyjęcia. „Chce odpowiedzi na życiowe pytanie! Kim mogę być w tym życiu?” Grant przestrzega, by uważać, czego się chce, bo nie zawsze te kaprysy idą w parze z naszymi prawdziwymi pragnieniami. Główny bohater życząc sobie odpowiedzi na życiowe pytanie, nagle dostaje po głowie wiadrem i trafia do szpitala, by tak niejako dostąpić oświecenia. Reszta fabuły przebiega między snem a jawą, by wreszcie od jednego neuronu do kolejnego znaleźć odpowiedź na tajemniczej autostradzie numer 60. A jaką radą szykuje tym razem Sokrates? Dan aż drży, kiedy znów padnie ofiarą intelektualnego żartu swego mistrza. Tu warto zrobić małą dygresję i wspomnieć, że Nick Nolte w 1984 roku wcielił się w rolę Alexa Jurela, nauczyciela o niekonwencjonalnym podejściu do swoich uczniów. Gdzieś mu to chyba zostało. Choć luzacki Jurel a Sokrates to dwa różne odcienie nauczycielskiego fachu.
Ale czymże byłaby droga bohatera bez księżniczki, czy chociażby tej pięknej muzy, inspiracji do walki bohatera. Tuż obok Sokratesa kroczy piękna Joy. W tej roli Amy Smart, która także pojawiła się jako muza dla głównego bohatera w przywoływanym przez nas filmie „Interstate 60”. Joy, jakże adekwatne imię do tego, czego ma doświadczyć Dan podczas swojej przemiany. „Joy” to radość z życia, radość z walki o siebie i swoją sprawność. Trudno powiedzieć, kim jest Joy dla Sokratesa, uczennicą, córką, a może kochanką? Kolejny anioł stróż? Ona swoją formą i wyglądem jeszcze bardziej inspiruje Dana do wytrwałych treningów nad sobą. Czy bohater stanie na nogi jako pełnosprawny sportowiec? Czy pojawi się jako olimpijczyk ze złotem na piersiach, czy może po prostu odzyska radość z samego trenowania ukochanej dyscypliny? Zostawmy te pytania i zerknijmy na najważniejsze lekcje Sokratesa (taki Sokrates w pigułce, którego warto łyknąć sobie, gdy spotka nas coś równie tragicznego).
· Czasem trzeba stracić rozum, by dojść ze sobą do ładu.
· Wyrzuć śmieci z głowy, bo to one zagracają Ci drogę do tego, co ważne czyli do chwili obecnej.
· Pozbądź się ograniczeń, twojej dumy, nałogów.
· Masz tylko to, co jest teraz.
· Śmierć nie jest smutna. Smutne jest to, że większość ludzi wcale nie żyje.
· Działaj, bo nie ma początku ani końca, jest tylko działanie.
· Ludzie cierpią, gdy nie dostają tego, czego pragną. A gdy już to mają, to też cierpią, bo nie mogą tego zatrzymać.
· Nie rezygnuj z marzeń tylko z tego, czego nigdy nie będziesz mieć, czyli kontroli.
· Wędrówka daje szczęście, a nie jej cel.
· I pamiętaj o poczuciu humoru na swój temat.
A zostaniesz dumnym absolwentem szkoły ateńskiej
[i] W. James: Prawo do wiary. Przeł. A. Grobler. Wydawnictwo Znak. Kraków 1996, s. 90.
[ii] M. Heidegger: Wprowadzenie do metafizyki. Przeł. R. Marszałek. Wydawnictwo KR. Warszawa 2000, s. 15.
Komentarze
Prześlij komentarz