MŁODE WILKI
Nagle kolor nieba zmienia się
Zamykam oczy i czuję jak
Spontaniczny szał porywa mnie
Znowu wszystko we mnie tańczy
Tak wyraźnie widzę każdy kształt
Znajome twarze śmieją się
Gorący wiatr rozpala mnie
Znowu jestem tam
(Varius Manx — „Tokyo”)
Znowu jestem tam, czyli w latach 90-tych, które akurat dla mnie były błogim okresem dzieciństwa. Właśnie „Młode wilki” jak i muzyka Varius Manx z Anitą Lipnicką wydają się być niezwykłym kluczem, który otwiera w mojej pamięci tamte niezwykłe lata, już i tak mocno przesłodzone sentymentem. To były dziwne czasy, ekscytujące i zarazem przygnębiające. Nabierające rumieńców kapitalizmu i tych kolorowych towarów. Zapach Od Spice, kasety w walkmanie i kasety VHS, z których chcieliśmy się nasycić tamtym czasem. Większość soundtracku do filmu, napisanym głównie przez Roberta Jansona, możemy znaleźć na kultowym albumie „Elf”. To druga płyta zespołu nagrana z Anitą Lipnicką i zarazem ostatnia. Niestety. „Wolne ptaki”, „Deadpans parade”/ „The pretty time”, radosny utwór pojawiający się podczas brawurowej jazdy samochodami po imprezie maturalnej (kiedy policjanci boją się zatrzymać szanowną arystokrację). Dalej na naszej playliście usłyszymy utwór instrumentalny „Elf skradnie wasze serca”, składający się z trzech części: reagge, przypominającym trochę rytualny taniec przy ognisku, gdzie młody wilk ma pozbyć się niewinności. Następnie druga część ze spokojną, refleksyjną gitarą, no i wreszcie trzecia, chyba najpiękniejsza, oddająca jakby lot między marzeniami z wirującym saksofonem sopranowym Rafała Kokota, którego w tym soundtracku usłyszymy sporo. Bo i w wyżej wspomnianych „Wolnych ptakach” (które już odleciały), „The pretty time”, nostalgicznym „Pożegnaniu” (tam chyba nawet gra obój albo klarnet), wraz z wokalizą Anity, czy wreszcie „Pocałuj noc”, najlepiej oddającym uczucia Prymusa, który próbuje wraz pozostałymi Młodymi Wilkami chwytać cudowne chwile. Ta piosenka-hymn, hołdująca życiu chwilą wręcz wzrusza do łez i przypomina nam, coraz starszym, aby wciąż nie odpuszczać i korzystać z życia jak Cichy. To znamienne dla tej narracji filmowej, że Żamojda często robi tu takie przystanki na piosenki Varius Manx i liryczne teksty Anity, aby trochę w konwencji teledysku przemycić widzom tą niezwykłą atmosferę pięknej młodości.
Charakterystyczne, że często słysząc właśnie ten najbardziej znany utwór z soundtracku, „Pocałuj noc”, ludzie z mojego pokolenia, urodzeni w latach osiemdziesiątych, wskazują na wspomnienia kolonii, zielonej szkoły nad morzem albo w ogóle na okres wakacji. I przecież nad morzem rozgrywa się akcja „Młodych wilków”, którzy sobie zrobili wakacje od brudnych interesów, by przez te parę dni wrócić do niewinności i cieszyć się swoją słodką młodością, jak dzieci na koloniach, smakując pierwszych miłości i lotów na paralotni, by być wyżej nieba niż tego padołu łez. Wszystko to rozgrywa się na plaży w Międzyzdrojach (Hotel Amber Baltic Vienna House), która nawet trochę przypomina kalifornijską plażę. Jest coś w tej muzyce i w tych scenach z letniego wypoczynku, że chce się wracać do tego filmu. Wzruszam ramionami, ocieram łzy. Młodym wilkiem już nie jestem i coraz bardziej gryzę dawne wspomnienia jak czerstwy chleb.
Dwadzieścia osiem lat stuknęło filmowi, który może nie zyskał tytułu ambitnego kina, lecz z pewnością okrył się mianem kultowego. A może tylko przebrał się w szaty fenomenu polskiej kinematografii i gdyby tak nad nim popracować, okazałoby się, że król jest nagi? To rzeczywiście film paradoks, który z jednej strony ukazuje nam gorzką, szarą rzeczywistość lat 90-tych. Żamojda okiem operatora i dokumentalisty odbił w swoim filmie trochę prawdy o tej Nowej Polsce, gdzie nadal trzeba kombinować, a największych pieniędzy dorobią się ci najbardziej bezczelni, którzy odważą się kraść. I najlepiej zacząć jak najwcześniej. Najlepiej od razu po maturze, by szybko do czegoś dojść lub szybko wpaść i równie szybko się odkuć i znów zasiąść do gry. Z drugiej strony ten film jak żaden inny, utrzymujący się w nurcie kina bandyckiego, tuż po „Psach” i „Mieście prywatnym” bardzo mocno (koślawo) naśladował amerykańską poetykę kina sensacyjnego. Ten plot twist na początku, gdy dochodzi do napadu na bank, te okazałe rezydencje bossów, te śmigające auta na polskich szosach: Mercedes (Samochody Cichego i Chmielewskiego), Jeep Wrangler YJ (samochód Cichego), żółty Chevrolet Corvette C4 (samochód Biedrony), BMW 7, Suzuki Samurai (samochód Chleo). A do tego samuraja jeszcze Ninja Kawasaki motor, którym śmigał Prymus. Gdzie te polonezy, maluchy, trabanty? Ech, te żarty. Te skeczowe teksty, które miały się stać kultowe i cytowane po latach ze śmiechem, jak choćby: „nigdy do niczego się przyznawaj”, czy ta rozmowa między policjantami, którzy nie chcą zatrzymać w nocy ścigających się „Młodych wilków” po ulicach Szczecina.
– Dziecko masz?
– Nie.
– A żonę masz?
– Nie.
– To może masz akwarium?
– Mam.
– To masz dla kogo żyć.
Czy wreszcie te głośne pościgi, wybuchy, strzelanki. Żamojda tak jaskrawo naśladował amerykańską poetykę, że do dziś to wywołuje uśmiech na twarzy. Jednak tak mocno krytykowane „Młode wilki” (a jeszcze bardziej ich niespójny prequel) stały się kinowymi hitami (no i zarobiły na siebie), a samemu Żamojdzie przyniosły Złotego Lwa za najlepszy debiut. Sam reżyser tego młodzieżowego hitu w filmie był obecny już od paru lat, pracując przede wszystkim jako operator i to z największymi, jak choćby Zanussi. Jednak praca z mistrzem nie pomogła Żamojdzie w umiejętności budowania historii. Niestety, trzeba to przyznać otwarcie, ale twórca Wilków nie jest dobrym scenarzystą, często gubi się w swojej historii. Jeśli nie widzimy tego w „Młodych wilkach”, to zobaczymy to w późniejszych dziełach/próbach reżysera, który już nie dogoni swojego sukcesu z przed lat. „Młode wilki ½”, „RH+”, „Skorumpowani” czy „6 dni strusia” potwierdzają niestety smutny fakt, że ten udany debiut Żamojdy z 1995 roku był wypadkową różnych czynników. To kino zrobione przede wszystkim dla młodej publiczności i młodzi bohaterowie grają tu główne role. Reżyser łączy tu młodość z hedonizmem i brawurą, pokazuje, że naiwne marzenia mogą się ziścić, lecz trzeba za nie słono zapłacić, co także uderza o moralitet. Młodzi bohaterowie szturmują szczyty i z dnia na dzień stają się bogatymi, a jednocześnie krok za krokiem gubią swój moralny azymut. Są spragnieni wszystkiego, chcą spróbować życia na najwyższych obrotach (Capre diem), czując dreszcz ryzyka. A jednocześnie wszyscy razem trzymają się w stadzie jako przyjaciele, konfrontujący się z bezwzględnymi gangsterami (starymi wilkami). I taka historia się dobrze sprzedaje, a młody, niewybredny widz, spragniony akcji i przygody, nawet nie zwraca specjalnej uwagi na pewne niedorzeczne szczegóły i na tandetnie zagrane sceny. Teraz po latach, z dystansu widzę, jak słabo zagrany jest ten film. I nie tylko pan Jakimowicz nie wywiązuje się ze swoich obowiązków, nadrabiając wszystko swoją młodością, fizjonomią i urodą hollywoodzkiego chłopaka z bardzo krótką karierą filmową. Tu będzie szefem młodzieżowego gangu, a potem zostanie Alibabą, trzymającym pieczę nad sposobami na różnych nauczycieli („Spona”), aż wreszcie zostanie „Gwiezdnym piratem” albo srebrnym surferem. No i jeszcze pomoże panku Kleksowi osiągnąć triumf w nowej bajce. A potem da plamę w telewizyjnej publicystyce. Choć przynajmniej w tym ciekawym komentowaniu politycznej rzeczywistości nie jest tak drewniany jak w filmach. Jak się wkurzy, to widać na jego twarzy buraczane rumieńce.
Po za tym, jak spojrzymy na resztę obsady w filmie. Wszyscy grają albo zbyt drętwo albo zbyt wyraziście (zabawny Tomasz Preniasz-Struś). Nie wiem już, czy to wina aktorów, czy może debiutującego pana reżysera, który jakoś nie potrafi udźwignąć z obsadą całej historii. Może to kwestia tego, że ten film jest skierowany do młodszej publiczności, więc wszystko musi być wyraziste. Ale i w późniejszych filmach Żamojdy zobaczymy, jak słabo aktorzy ze sobą współgrają na planie. Ale co tam! „Młode wilki” po prostu trafiły na swój czas. Nie było kina z młodymi, nastoletnimi, prawie dorosłymi bohaterami, więc pojawił się pan Żamojda, który połączył kino akcji z kinem młodzieżowym. I ten produkt się sprzedał, wraz z tą niezwykłą ścieżką dźwiękową, która dodaje temu obrazowi jakiejś głębi. Ale poza młodzieżową historią i kinem sensacyjnym, jest to również moralitet o wyborze właściwej życiowej drogi, a nawet może baśń o mądrym chłopaku i bogatej księżniczce, którzy spotkali się w tych dziwnych czasach.
Ja mam wiarę ty masz szybki wóz
We dwoje łatwiej będzie nam
Zostawmy to I uciekajmy stad
Póki mamy jeszcze czas
Póki jeszcze młodość mieszka w nas
Zaufaj mi
Oni kupią cię
I staniesz się jednym z nich
Obojętność
Silne palce ma
Łatwo zgniata kruche sny
Czy naprawdę chcesz tak żyć?
(Varius Manx – „Wolne ptaki”)
Ten film ogląda się najlepiej w początkach wakacji, gdy już opadają emocje po szkole. Wreszcie można się wyprostować, wyjść z tych ławek i dusznych klas, odetchnąć nową przygodą. Chociaż dla Roberta Radackiego (Piotr Szwedes), najlepszego ucznia liceum, najbliższą przygodą będzie ciężka praca na budowie u swojego skąpego sąsiada. Dziwna robota jak na szkolnego prymusa. W tamtych czasach mógłby zacząć gdzie indziej, choćby za komputerem w biurze. Chłopak miał głowę do liczb i jeszcze został nagrodzony komputerem IBM za swoje szkolne osiągnięcia, o których można było poczytać w lokalnej gazecie. To już jakieś referencje na dobry początek. Warto mieć geniusza na pokładzie. Pomocnik księgowego albo nawet makler, broker na rodzące się giełdzie („Pierwszy milion”). A tymczasem naszego bohatera otacza warkot maszyn, łopaty, ziemia, gruz. Trzeba jakoś pomóc w domu ojcu i młodszemu bratu. Robert choć zdolny i z dużymi perspektywami na studia raczej nie zamierza tracić czasu na kolejne teorie. Już dosyć ich przerobił w liceum, żyjąc od jednej piątki do kolejnej, wedle regulaminu. Szkołę odbębnił, czas na pracę. „Im szybciej zaczniesz, tym szybciej do czegoś dojdziesz” – mówi zmęczony ojciec, który najlepsze chwile ma już za sobą.
Czy Robert też tak skończy jak jego ojciec (Edward Linde-Lubaszenko, czyli Grzegorz Jarzyna ze Szczecina). Już tyle lat przeżył, oglądając świat „przez palce zwykłych dni, w pośpiechu gubiąc sny”. O czym marzysz Prymus? O tym, co wszyscy w tamtym czasie — by się dorobić i żyć jak na petardzie. Z zazdrością patrzy na swoich kolegów z klasy, którzy w większości nawet nie zdali matury, za to rozbijają się po ulicach Szczecina drogimi samochodami, a i garderobę mają z pierwszej półki. Nie, to nie dla Roberta. On dobrze wie, że to gangsterzy. Ale czasem chciałoby się pożyć tak jeden dzień (ponosząc także srogie konsekwencje tego hedonizmu). Z radością wznoszą toast za nowe życie po szkole, niczym nowa arystokracja młodych, zdolnych, odważnych którzy nie potrzebują szkół, by się dorobić majątku.
Nie inaczej było z bohaterami słynnego „Długu”, którzy poczuli, że teraz jest doskonała pogoda dla bogaczy. Atrakcyjne towary z Zachodu przyciągały wygłodniałą po komunie Polskę. Potrzebni byli tylko dostawcy. Zrezygnowali ze studiów i postanowili zainwestować we własne mini biznesy i spółki, gdzie czasem łatwo pomylić wroga ze wspólnikiem. Ich tragiczna historia zamyka się w 1994 roku, rok przed premierą „Młodych wilków”. Tam młode wilki, tu w radio słychać „Wolne ptaki”, a gdzieś za tą sielanką młodych czają się hieny i sępy gotowe wyrwać swoją część. Na granicy niemiecko-polskiej pewien pomysłowy obywatel Polski rusza na łowy do Berlina, by przywieźć trochę nowego towaru, nie płacąc za niego ani grosza. Za to chce sprzedać u siebie z zyskiem i być panem cudzym kosztem. Yuma, yuma, yuma. Amator reparacji wojennych. Śmigają strzały Robin Hooda, co zabierze złym Niemcom, by sprzedać polskim braciom.
Najważniejsze jednak poza tym aspektem materialnym jest życie pełne przygód i namiętności. Niech to będzie życie krótkie, ale intensywne. Jak zobaczymy to na przykładzie Cichego. Nie wiem czemu, ale zawsze mnie bawi i wzrusza ta scena, gdy Jakimowicz pokazuje Prymusowi, jak otwiera bez problemu zamki niemieckich aut, a w tle słychać tą radosną muzyczkę Jansona. Prymus jest pod wrażeniem brawury kolegi, który tak zachłannie bierze życie. Tu otwiera zamki samochodowe, innym razem ściga się na autostradzie, przechodzi na czerwonym świetle, stawia dzieciakom darmowe lody i bez problemu podrywa piękną kelnerkę. Chłopak ma styl i gest. Bezczelny i uroczy, któremu wszystko się wybaczy. Kocha życie na najwyższych obrotach. I mimo, że ryzykuje, łamie prawo, to jednak czujemy do tego bohatera jakąś dziwną sympatię. Może też chcielibyśmy tak złamać parę zasad, by poczuć się inaczej? Cichy i jego kumple z gangu Czarnego (Alex Murphy), Biedrona (Paweł Deląg, który potem zostanie kierowcą Siary w „Tygrysach Europy”), Kobra (jowialny Tomasz Preniasz-Struś zadzierający z Rockefellerem), Skorpion (Zbigniew Suszyński, który już zaliczył „Ostatni dzwonek”) po skończonej szkole żyją pełnią życia, okradając innych lub przemycając różne cenne rzeczy, w tym spirytus. Co ciekawe chłopcy bardzo racjonalnie podchodzą do swego „fachu”, uważając, że dziś szkoła nic już im nie da. Sami muszą zawalczyć o siebie w nowej epoce, gdzie każdy rozwija żagle własnej floty na targowisku albo w biurze. Jak szybko załatwiają transakcje prze telefon, jak śmigają na komputerach, podliczając wszystkie podatki. Nawet jeśli w końcu wpadną, to na stare lata będą mieli co wspominać (jeśli dożyją), że oto złamali tyle granic. Podczas gdy Robert wciąż się waha, „obmyśla każdy gest, boi się śmiać i być śmiesznym”. Bo jak tu żyć, jeśli wciąż się boisz – powiada Cichy do swojej niby siostry, w drugiej części „Młodych wilków 1/2”. Pan Żamojda jednak przezwyciężył strach i nakręcił ten osobliwy film, gdzie Przemysław Saleta chrzci wodą swoich gangsterskich przyjaciół, by mieli siłę dalej napadać na konwoje ze spirytusem i żeby zewsząd buchało ogniem. Niech się dzieje akcja, a o sensie jako takim zapomnijmy. Tak jak to mogłoby być w trzeciej części „Młodych wilków”, gdzie podobno nawet Cichy powróciłby zza… pewnej granicy logiki (spoiler!). Przezwyciężmy strach niezrozumienia.
Prymus wreszcie przezwycięża swój strach podczas chrztu bojowego na granicy polsko-niemieckiej, gdzie pomaga przemycić parę cennych rzeczy i tym samym wstępuje do gangu Czarnego, gdzie dostaję pensję godną nowych, wymagających czasów. To dopiero życie. I pomyśleć, że przez kolejne miesiące miałby kopać rowy. A tak nosi coraz lepsze ciuchy, pachnie Old Spice’ em, może pomóc ojcu, a nade wszystko może wreszcie zaimponować nowo poznanej dziewczynie, Cleo. To księżniczka, pół Polka, pół Amerykanka, córka lokalnego biznesmena Chmielewskiego, u którego kiedyś cała banda Cichego z Czarnym na czele przemycała różne towary. Pan Chmielewski jednak postanowił przejść na jasną stronę i chce zamknąć wszystkie swoje lewe interesy, czym bardzo irytuje Czarnego (Alex Murphy z głosem dubingowanym przez Dariusza Odiję). Bo jak tak można odciąć żyłę złota? Nawet w imię wyższych ideałów to nie uchodzi.
Robert przebywając w towarzystwie bandy Cichego, których dotąd znał jako rozbrykanych gości z klasy, szybko się zmienia pod ich wpływem. To dobrze widać w scenie w klubie, gdzie gra piosenka: „Zabij mnie”, tak jakby Prymus zabijał dawnego siebie. Ale przecież tego wszyscy od niego oczekiwali. Nawet Cleo podpowiada mu, że w życiu poza mądrością i talentem, trzeba być bardziej zdecydowanym. Te romantyczne chwile w kościele nie wystarczą (tak jak to było w filmie „Do widzenia, do jutra”). Prędzej czy później trzeba dziewczynie zaoferować coś innego. Niepewny siebie Robert w niedopasowanym ubraniu ustępuje miejsca sprytnemu chłopakowi z błyskiem w oku. Strzela do jakiegoś faceta, by ten oddał zaległe pieniądze Cichemu. Chociaż nie tak dawno Robercik bał się szybkości na niemieckiej autostradzie. Potem zawiązuje włosy do tyłu, zakłada białą koszulę, najlepszy garnitur i w jego wizerunku pojawia się jakiś drapieżca, który gotowy jest sam robić interesy. Przecież ma łeb do matmy, umie liczyć. I chce liczyć tylko na siebie. Robi się coraz bardziej pewny swego. W końcu jest Prymusem, ale nie gangsterem. A do gangsterki też trzeba mieć charakter i talent. Cichy stopuje jego zapędy, chociaż sam zaprosił go do tej niebezpiecznej gry. Jemu samemu marzy się spokojne życie rodzinne. W głębi duszy ten narwany dzieciak jest dość romantyczny i staroświecki. Ale najpierw trzeba na nie zarobić. Trzeba jakoś wyrwać ten szmal. Szykuje nowy przemyt, mimo, że na granicy strażnicy już są bardziej czujni, wprowadzając bramki z czujnikami. Pomysłowi chłopcy pakują do ogrodowych krasnali materiał radioaktywny (pluton/uran), który może narobić spore Buuum. Ostatni taki skok. Można harować latami i paść na zawał, a można i szybciej, by wyrwać swoje. Gordon Gekko by was pochwalił. Cichy wciąż myśli o tej pięknej kelnerce, którą spotkał w restauracji. Z nią chciałby spędzić resztę życia. Ma chłopak motywację, by cackać się z materiałem radioaktywnym na granicy. Jak widać bohater grany przez Jakimowicza to nie żaden lowelas, tylko romantyk, który jak już spotka ta jedyną, to będzie jej wierny całe życie i nieba jej przychyli. Robert, będący pod urokiem Cichego, w końcu się przekonuje, że tylko tak może zarobić, by zdobyć wreszcie serce swojej księżniczki, Cleo. Z kolei jej ojciec, Chmielewski coraz bardziej się niepokoi, że poważnym kandydatem dla jego córki jest zdolny chłopak z gangu Czarnego, z którym chciał już skończyć wszelkie interesy.
Tu zresztą warto poświecić parę zdań starej gwardii, która występuje w „Młodych Wilkach”. Na pierwszą pozycję wysuwa się świetny Jan Nowicki ze swoim ciętym humorem. Gra on Chmielewskiego, który właśnie przechodzi na jasną stronę prawa, umywając rączki od swojej przemytniczej przeszłości (scena w łazience). Może czuć się bezpieczny, dopóki prokuratorem generalnym jest jego znajomy, Bogdan Wielewski (Jerzy Molga). Zawsze warto trzymać z panem prokuratorem. Ale nie mówmy tu o ideałach praworządności. Policja odegra tu dość dwuznaczną rolę. Granice się zacierają między stróżami prawa a mafiosami. Złoto dla wszystkich jednakowo się świeci, dla starych, złych, dobrych, dzieci. Chmielewski, pan prokurator, dyrektor banku to te stare wilki, które wciąż trzymają swoje układy nad nową autostradą i infrastrukturą miasta. A Młode Wilki tylko z zazdrością podpatrują, jak starzy urządzili swoje terytorium łącznie z bramkami celnymi.
Gdy jedni wejdą w drogę innym, zacznie się niezła jatka. Polecą kule, padną trupy. Intensywne przeżycia, dzięki którym zaczyna się doceniać zwyczajne życie bez żadnych niepotrzebnych świecidełek i luksusowych towarów. I może Młode wilki pozostaną na zawsze młode w swej naiwności i zabawie. Może lepiej zginąć niż przedłużać tą przygodę? Cichy umiera tak jak żył. I na zawsze już zostanie tym pięknym chłopakiem. A potem podkręcamy temperaturę. Strzelanki, pościgi jak amerykańskich filmach. A na ich tle rodząca się miłość między Robertem a Cleo. Tylko to uczucie jest jeszcze warte uratowania pośród wilczych porachunków.
Gdy dookoła wilków coraz mniej, bo zaczęło się polowanie, Robert zdaje sobie sprawę, że jest na straconej pozycji. Źli policjanci nagle stali się stróżami prawa, a pan prokurator kradnąc to i tamto, obudził w sobie misję zmieniania tego kraju na bardziej praworządny. Terefere! Ale sam uprzednio zgarnie parę cennych fantów. Prokurator zawsze wygrywa. Tu lewe interesy, potem zwrot i pora pozbyć się niewygodnych świadków. A że strzeżonego pan Bóg strzeże, to przezorny prokurator jeszcze załatwia sobie obstawę policyjną. A tam zobaczymy znajomą twarz Michała Milowicza, dla którego ten film był właściwie debiutem. Mała rola policjanta, który chroni pana prokuratora. Zabawne, że potem Milowicz wcieli się w „Młodego wilka” w filmie „Kilerów Dwóch”. A tu kilerów więcej. Trzeba zwiewać.
W ostatniej chwili Roberta ratuje stary wilk, Chmielewski, ten który na początku filmu ufundował dla Prymusa komputer IBM i pożyczył mu pieniądze na taksówkę. Teraz znów daje szansę temu młodemu człowiekowi, który dał się złapać w pułapkę szybkich pieniędzy. Ratuje go, składając inne zeznania na policji. Wierzy, że Robert nie jest zepsuty i być może będzie godnym ręki córki Chmielewskiego, Cleo, która ostatnio miała wypadek. Chmielewski pomaga także pewnej młodej dziewczynie (Małgorzata Kożuchowska), która z wyższym wykształceniem ugrzęzła gdzieś na wsi. Postanawia zatrudnić ją jako sekretarkę, a może ma wobec niej jeszcze inne zamiary. Widać, że Chmielewski woli inwestować w ludzi niż w wódę na granicy. To się nazywa przyjacielska inwestycja. Stary wilk leczy rany młodego. Stary Król pomaga swemu rycerzowi, który może kiedyś poprosi o rękę księżniczki, Cleo. I tak pięknie zamknie się ta legenda o Młodych Wilkach.
Komentarze
Prześlij komentarz