SZALEŃSTWA MŁODOŚCI - THAT THING YOU DO


 

Jesteśmy teraz w pustym studiu nagraniowym.

 

Jeszcze słychać pogłos dawnych lat, czuć tą energię. Rozglądamy się dookoła, gitary odłożone po kątach, jak wstydliwe panny na dyskotekach, podpierają ściany, bębny stoją tuż obok. Rytm dawnych lat odbija się echem. Tu w studiu wszystko się zaczyna i wszystko kończy. Tu nagrywa się pierwsze poważne dema i single, które mają zdecydować o popularności a tym samym o statusie zespołu i tu niekiedy dochodzi do kłótni. Ktoś odchodzi, twierdząc, że grupa ogranicza jego indywidualizm.. Wciąż słyszę to echo dawnych czasów. Obracająca się szpula z taśmą. Siadam do stołu mikserskiego, starając się wydobyć tamte cudowne chwile.

Tom Hanks zyskał już sobie miano złotego chłopca Hollywoodu, który przy tym także okazał się nad wyraz zwyczajnym facetem bez zbędnego gwiazdorzenia. Mając już za sobą wiecznie biegnącego „Forresta Gumpa”, Hanks postanowił przysiąść trochę nad swoim własnym projektem: muzyczną komedią, której akcja rozgrywa się w szalonych latach sześćdziesiątych. Film o zespole muzycznym? Może to skryte marzenie, by pokazać dzieje swojego zespołu, którego Hanks nigdy nie miał, a bardzo chciał mieć? Może dlatego Tom Everett Scott, grający na perkusji w zespole The Wonders tak łudząco przypomina młodego Hanksa z lat 80-tych, a może to tylko moje nadinterpretacje? Sam pan reżyser jednak nie odmówił sobie zagrania w swoim debiucie, gdzie także znalazła się rola dla jego żony, Rity Wilson. Hanks wcielił się w niejakiego pana White’ a, managera z wytwórni Playtone. White to nie tylko prężny manager początkujących gwiazd, dbający o każdy detal, ale i na swój sposób psycholog, obserwator spektakularnych sukcesów, jak i wielkich upadków swoich podopiecznych. On umie rozpoznać potencjał grupy, zobaczyć ich jako poszczególne atomy, które na siebie oddziałują, wydając z siebie hity albo kity. I wciąż zadaje sobie filozoficzne pytanie, jaka musi być genialna mieszanka, by zespół osiągnął swoją pełnię i był na topie przez parę ładnych lat? Tym razem będzie miał okazję wziąć pod swoje skrzydła zespół o nazwie The Wonders i jak zwykle przekona się, że historia tego zespołu jest nad wyraz typowa z jednym hitem na koncie i niemocą stworzenia kolejnych.

 

Nasi bohaterowie to Jimmy (ten utalentowany, trochę jak McCartney czy Lennon, zawsze skupiony na tworzeniu) w tej roli Johnathon Schaech, druga gitara to Lenny, to ten błazen, który wciąż wywołuje uśmiech na twarzy (niezawodny Steve Zahn), potem najzwyklejszy basista, grany przez Ethana Embry’ ego. Oczywiście każdy szanujący się zespół winien mieć swoją muzę, a jest nią tutaj dziewczyna o imieniu Faye, grana przez Liv Tyler. Wcześniej publiczność mogła ją poznać choćby z teledysków Aeorosmith, choć dla mnie zawsze ona będzie Arweną. Tu w filmie, jako oficjalna dziewczyna Jimmy’ ego dzielnie wspiera zespół w kolejnych etapach muzycznej podróży, od zera aż po same szczyty. I pozostaje nam jeszcze jeden bohater, ten który wybija rytm i zawsze jest w cieniu, skryty za garami.

Choć Guy Patterson (Tom Everett Scott) ma właściwie ustawione życie jako sprzedawca AGD w sklepie swego ojca, to jednak po godzinach lubi sobie pobębnić na swoim jazzowym zestawie perkusyjnym, naśladującym wyglądem słynnego Ludwiga Ringo Starra czy Buddy’ ego Richa. Nawet nie zdaje sobie sprawy, jak wielkie ma do odkrycia talenty. Z pewnością nie dostrzega ich jego dziewczyna, znudzona wszystkim księżniczka, Tina (Charlize Theron, stylizowana trochę na Marilyn Monroe). W końcu rzuca ona Guya na rzecz przystojnego dentysty. No tak. Zawsze lepszy dentysta niż głośny perkusista-artysta. No cóż, księżniczka nie doceniła talentu swego księcia, ale my widzimy, że Guy to ten mądry w zespole, ten który potrafi odnaleźć właściwy rytm do swego życia jak i do piosenki świeżo zakładanej kapeli ONE DERS. On przekonuje pozostałych, że właśnie w tym szybszym i swingującym tempie należy podbić publiczność i ma rację. Piosenka w nowej aranżacji przynosi szczęście, dając zespołowi pierwsze miejsce w lokalnym konkursie.

„Szaleństwa młodości” – czy raczej „That thing you do”, bo tak brzmi oryginalny tytuł filmu i jednocześnie tytuł przewodniej piosenki (napisanej przez Adama Schlesingera, zmarłego z powodu koronawirusa) to piękna opowieść o zakładaniu pierwszej poważnej kapeli – i to jeszcze w czasach sławy Beatlesów, by im dorównać lub nawet ich przebić. Później zobaczymy to w serialu „Sex, frytki i rock and roll”, tyle że w scenografiach Wielkiej Brytanii. A jakie przesłanie bije z tego dzieła? Chyba to, aby wykorzystać w twórczy sposób swoją młodość, by potem na starość wspominać ją z dumą i uśmiechem. By marzenia nie stały się pomnikami na cmentarzu, jak słyszeliśmy w motywie przewodnim filmu „Rock Star” („We all die young” )

Sama nazwa zespołu The Wonders – czyli cuda jakby trochę arogancka, wskazująca na pewność, przekonanie o swojej boskości, ale któż będąc młodym autorem obiecującej piosenki tak nie myśli – jedni chrzczą się królami inni Królową a jeszcze inni Cudami. Młodość jest arogancka i musi się wyszumieć, musi odnaleźć swój rytm. Oto Apollo z Dionizosem pomogli młodemu artyście i natchnęli go i podstępnie przypięli mu skrzydła Ikara. Wysoko zajdą nasi bohaterowie i jak szybko spadną. Błysk fleszy, błysk marzenia i koniec. Czasem się zastanawiam, czy w tamtych analogowych czasach łatwiej było zostać gwiazdą i legendą, zapisać się na dłużej w świadomości słuchaczy. Dziś łatwiej wszystko nagrać (nawet na laptopie) i zadbać o odpowiednią oprawę, przebić do swojej publiczność, wystarczy zdobyć kilkaset lajków, kilkaset tysięcy subskrybcji i milion wyświetleń. A potem trzeba próbować to utrzymać, by nie zostać zapomnianym. A czasem jeśli już nie dopisuje wena, trzeba zdobyć się na jakiś mały skandal (ale to w przypadku tych najbardziej zdesperowanych). A wtedy, w latach sześćdziesiątych? Wtedy trzeba było nagrać dobre demo i starać o audiencję u wpływowego DJ-a, który zaprezentuje obiecujący hit w swojej audycji. Trzeba było przejść przez wiele filtrów, aż wreszcie dotrze się do swojej publiczności. Ale czy ktoś dziś by pamiętał The Wonders? Ta jedna piosenka, chwytliwy riff no i skoczny rytm idealny na potańcówki.

W tym filmie nakręconym już równo dwadzieścia pięć lat temu wciąż wszystko wspaniale iskrzy między humorem, ciętymi dialogami, a i chwilą refleksji, jaka dotyka głównych bohaterów pod koniec – czy aby wszyscy pasujemy do siebie i czy zmierzamy w tym samym kierunku – nawet jeśli się rozejdziemy, to przecież w tych paru minutach utworu „That thing you do” wciąż jesteśmy razem i gramy, jak nigdy dotąd z tą młodzieńczą radością.

To właśnie ta radość urzeka w pierwszych scenach filmu. Radość tworzenia i wspinania się na szczyty listy, ta spontaniczność, niezwykła energia, gdy grupa młodych ludzi tworzy coś niezwykłego w garażu przy instrumentach, czy w ogóle robiąc jakieś niezwykłe maszyny – tak zaczynali Beatlesi ale i tak zaczynało Apple. Aż miło ogląda się tą scenę, gdy bohaterowie się cieszą, gdy ich piosenka jest właśnie puszczana w radiu. Skaczą, krzyczą, przytulają się. Starsi patrzą na nich jak na pomyleńców, ale też pod nosami łaskocze ich ten niewinny uśmieszek. Bo trudno się nie zarazić tym entuzjazmem młodych. Sceptycznie nastawieni rodzice do muzycznych planów dzieci, śledzą z zainteresowaniem ich występy w telewizji, po cichu im kibicując.

Dziś być może nie robi to takiego wrażenia. Tysiące zespołów zamiast w radiu nadaje przez internet, zbierając swój rząd dusz, ale wtedy radio było właściwie jedynym nośnikiem, który nadawał ton i niejako ustalał modę na daną muzykę, w wyniku czego jedni artyści byli wykluczani, inni gloryfikowani. Początkujący zespół The Wonders rzecz jasna nie nagrał swojej pierwszej ważnej piosenki „That thing you do” w profesjonalnym studiu tylko… w kościele, gdzie był całkiem niezły, naturalny pogłos, charakterystyczny dla muzyki lat sześćdziesiątych. Miłą niespodzianką jest tu występ Chrisa Izaaka w roli wujka Boba, zajmującego się realizacją nagrań dla naszych debiutantów. To chyba nawet nie przypadek, że to właśnie ten artysta gra w filmie o zespole z lat sześćdziesiątych. Bo co czujemy, gdy słyszymy słynne „Wicked game” Izaaka, którego barwa głosu a’ la Presley wręcz przywołuje tamte niezwykłe lata.

To wielka przygoda, która jednak nigdy nie może trwać zbyt długo. Zerwany i nadgryziony owoc słodkiej idei w końcu obumiera. Zespół staje się marką, fabryką kolejnych pustych hitów, coś się wykrusza, energia ulatuje, pojawia się rutyna. Managerowie naciskają, szefowie decydują i nie ma już zabawy, zaczyna się biznes. Genialny Jimmy, nie mogący się odpędzić od panienek, traci z oczu Faye, która nie może mu wybaczyć, że nie będzie już jego muzą. Lenny coraz częściej odkłada gitarę by zajmować tysiące różnych, innych rzeczy. Jimmy uparcie chce pisać swoją muzykę, podczas gdy pan White naciska na covery i już wiadomo, że nie dojdą do porozumienia. Guy za perkusją patrzy z żalem, jak wszystko się rozpada. To była zaledwie chwila w blasku sławy, a potem wszystkim przestało się chcieć. O ile ten film traktuje o tworzeniu muzyki i zespołu przez grupę przyjaciół, to na przykład film z tego samego roku, „Empire records”, gdzie również zobaczymy Liv Tyler i Ethana Embry’ ego ze sklepem muzycznym w tle, pełnym płyt i kaset, traktuje o tworzeniu swojej składanki życia (podobnie jak w „High Fidelity”) – dziś byśmy to nazwali playlistą, którą użytkownik YouTube sobie tworzy wedle własnych preferencji. Wtedy dzieciaki zgrywały wszystko na taśmę, słuchając licznych audycji radiowych i zaczytując się w książeczkach płyt, pełnych baśniowych tekstów. Płyty z muzyką zdawały się być podobne do latających spodków, przenoszących nas na inne planety. Dlatego tak nostalgiczne wydają się te produkcje wobec czasów, w których tasujemy pliki multimedialne na różnych platformach streamingowych. Dziś muzykę traktujemy już bardziej jako tło do naszych codziennych zajęć, aniżeli sztukę, którą moglibyśmy kontemplować. Bo kto dzisiaj ma na to czas (z wyjątkiem dziennikarzy muzycznych). Dlatego też chyba nie mamy już czasu na dostrzeganie „muzycznych cudów”, których jest całe mnóstwo, a cierpliwość słuchaczy jest coraz mniejsza. Byli jedni The Wonders, będą inni, jak bańki mydlane, które nacieszą nas chwilę, by potem przepaść na kolejne lata świetlne. Ale być przez chwilę częścią tej muzycznej przygody, grać przed tłumem rozwrzeszczanej publiczności — bezcenne.

 

 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH