SHACKLETON. SZTUKA WYTRWAŁOŚCI
Co ma w sobie takiego Antarktyda, że człowiek rzuca dla niej wszystko? Niech pan odpowie panie Shakleton? Zimna Pani, której pocałunki mrożą krew w żyłach. Niejeden dla niej stracił życie. Tak niebezpieczna i tak fascynująca zarazem. Tylko u niej można poczuć, że jest się na krawędzi ostrza. Adrenalina? Ambicja? Męskie przechwałki, że oto zdobędzie się niezdobytą chłodną Panią. O to chodzi w tych wyprawach? A może chodzi o tą chłodną, mroźną biel, o tą świeżość i ciszę, jaka bije na tych terenach. Zmęczony podróżnik pokonuje kolejną zaspę i ogląda się za siebie, a jego ślady dumnej cywilizacji są szybko zacierane przez śnieg. Jakby nie mógł tu napisać swojej odważnej deklaracji czy konstytucji. Nawet ta chorągiew z herbem kraju — jakże wygląda śmiesznie pośród tej wszechogarniającej bieli. Podróżnik usilnie chce zaznaczyć swoją obecność, tu flagi, tam zdjęcia, ślady. próbuje pisać swoje prawa w rejonie świata, w którym to zimna biel decyduje o życiu lub śmierci. Tu śmierć ma kolor bieli. Zamykasz oczy i nie widzisz ciemności tylko tą iskrzącą się biel, zimno przechodzi w ciepło bo już nie panujesz nad swoimi reakcjami. Biała kołdra okrywa cię coraz bardziej. Jesteś gotów w niej zasnąć? Tu, pośród tej bieli łatwiej usłyszeć swoje myśli, zobaczyć tą surową świeżość, wobec której wszelkie, przyziemne sprawy, ten cały chaos świata jest niczym. Może to najbardziej niegościnne miejsce dla człowieka, ale z pewnością bardzo odpowiednie dla jego rozedrganych myśli. Po co tam iść? To samo pytanie można zadać wszystkim wspinaczom, którzy podbijali legendarny Everest. Na to pytanie próbował odpowiedzieć Jon Krakauer, były alpinista, dziennikarz magazynu Outside. W swojej książce „Wszystko za Everest” zrelacjonował on tragiczną wyprawę z 1996 roku, w której uczestniczył. Zginęli tam między innymi: Rob Hall i Scott Fisher. Choć wcześniej jako doświadczeni przewodnicy ratowali niejednego alpinistę z opresji. Zginęli też alpiniści amatorzy, żądni przygód i mocnych wrażeń, którzy zapłacili za tą wyprawę jak za bilet do wesołego miasteczka. Po raz kolejny Everest pokazał, że wobec niego nie ma lepszych czy gorszych. Każdy musi przed nim klęknąć i dobrze się zastanowić, czy chce brać udział w tej śmiertelnej ruletce.
Osiemdziesiąt lat wcześniej miała miejsce wyprawa transantarktyczna. Rok tej wyprawy, czyli 1914 to dość niefortunny okres, bo początek pierwszej wojny światowej. Tu mobilizacja wojsk, a tu ambicja zdobycia bieguna. I właściwie po co to komu?! Jacyś wariaci, masochiści wejdą na biały ląd, popatrzą na pingwiny, pomarzną, pojeżdżą sobie na sankach, zamęczą psy i wetkną flagę w zimną pustynię, która chyba nie lubi być kłuta przez natrętnych przybyszy. Odwdzięczy się kolejny raz, tak jak to zrobiła z Robertem Scottem, którego niezłomność i wytrwałość w prowadzeniu dzienników aż do samego końca, miały być inspiracją dla brytyjskich żołnierzy przygotowujących się do wojny. Czyżby zwyciężyły ideały, pokazanie, że człowiek jest w stanie przekraczać granice swojej wytrzymałości i inspirować innych do działania?
Może dlatego właśnie Churchill wydał zgodę na wyprawę Shackletona, by między innymi tak zagrzewać do boju żołnierzy na froncie. Tylko spójrzcie, Flaga Brytyjska na białym lądzie. Skoro oni mogli, to wy też możecie walczyć za dwóch. Ale kto by tam w środku wojny przypominał sobie o polarnikach. Tu ostra amunicja, ogień, szaleństwo, a tam mroźne strzały lodu i głodu. Niezwykłe jak człowiek potrafi się unieszczęśliwiać, by w ten sposób ukazywać swój heroizm.
Dwudziestu ośmiu śmiałków wyruszyło w końcu w swoją upragnioną wyprawę na statku Endurance – czyli „Wytrwałość” – jakże prorocza nazwa dla tego, co ci dzielni mężczyźni musieli przeżyć: na początku rozstając się ze statkiem, który utknął w krze lodowej, a następnie został zgnieciony jak puszka przez ciśnienie, jakie wywierał lód. Aż w końcu „Wytrwałość” została pochłonięta przez morze, ale nie wytrwałość tych dwudziestu ośmiu śmiałków. To, co się dało wydobyć ze statku, stanowiło teraz dom, tożsamość dla rozbitków goszczących na Wyspie Słoniowej. Zarówno skrzynie z jedzeniem, jak i skrzynie z kliszami fotograficznymi były na wagę złota – bo jedne karmiły ciało a drugie duszę i pamięć. To zdjęcia miały świadczyć, że ta wyprawa w ogóle się odbyła. Na kliszach pięknie odbijały się obrazy pingwinów i statku „Endurance” w swojej glorii. A potem gdy wzruszony kapitan odwracał wzrok od tych obrazów, musiał stawić czoła białej pustyni, która dookoła raziła w oczy i co chwila stawiała to przerażające pytanie „co teraz, co dalej?”. Zapasy się skończą, pozostaje polowanie i ciężka droga ku następnej bazie. Pośród tej bieli łatwo dotrzeć jakieś ciemne punkty, jak foki, pingwiny a ostatecznie i psy zaprzęgowe. Zero sentymentów. Trzeba jeść i iść dalej. W tych wędrówkach po białym lądzie cała drużyna będzie zmagała się z tym, aby pozbyć się zbędnych kilogramów bagażu, jak choćby książek czy instrumentów muzycznych. Tu bezwzględna biel wymusi odrzucenie wszelkich „śmieci”, które dekoncentrują i utrudniają drogę do celu.
Teraz chodzi tylko o przetrwanie i szukanie w tej bezlitosnej bieli jakiś szans przetrwania! — Ogłasza szef, Ernest Shakleton, mając świadomość, że nie wszyscy popierają jego decyzje. Tu jak nigdy przedtem umiejętność majsterkowania, szukania niebanalnych rozwiązań jest na wagę złota. Młotki, gwoździe, deski. Wyciągnięte ze statku szalupy posłużą rozbitkom jako sklepienia dla ich „chatek” na Wyspie Słoniowej, która na jakiś czas będzie ich nowym domem. W międzyczasie trzeba szukać kontaktu z bazą. Szef wraz z pięcioma ludźmi rusza w jednej szalupie na poszukiwanie ratunku. Mała łupinka przykryta brezentem kołysze się na lodowatym morzu.
Wreszcie ląd, Georgia Południowa. Kolejna desperacka decyzja. Drużyna rozdziela się na dwie sekcje. Trzeba pozostawić trzech ludzi, niezdolnych do dalszej podróży. Tu zresztą, na tym przystanku, parę lat później, w 1922 roku sam Shackleton zakończy swój żywot i tu też zostanie pochowany. Póki co wyprawa trwa. Szef wraz z dwoma pozostałymi rusza dalej, by wreszcie 20 maja 1916 roku dotrzeć do stacji wielorybniczej Stromness i zorganizować akcję ratunkową dla swoich pozostałych ludzi. Z powodu ciężkich warunków atmosferycznych, powrót po swoich ludzi będzie się opóźniał. Nadzieja będzie się ścigała z myślami, że oto chyba już nigdy nie zobaczy swoich towarzyszy, a jedynie cmentarzysko. Szef powróci do swoich towarzyszy pod koniec sierpnia 1916 roku i ku swojemu wielkiemu zaskoczeniu i radości zastanie wszystkich żywych, chociaż w opłakanym stanie.
Aż trudno to sobie wyobrazić, że po tej półtorarocznej tułaczce na zimnym lądzie niemal wszyscy z drużyny Shackletona wyruszą na fronty wojenne, by teraz przeżyć piekło I Wojny Światowej. Oczywiście, że nie wszyscy przeżyją, ale też nie wszyscy zginą. Duch „Wytrwałości” wciąż będzie w tych ludziach. Skoro przeżyli takie piekło, przeżyją jeszcze wiele różnych trudnych sytuacji, smakując jednocześnie każdy moment.
Zgrabna ekranizacja wyprawy Shackletona, która paradoksalnie nie osiągnęła swego celu, a jednak okazała się na tyle ciekawa, by o niej pisać i nakręcić film. Kenneth Brannagh w roli Szefa, z kolei w rolę kapitana Franka Worsleya wcielił Kevin McNally, którego potem zobaczymy w roli Joshamee Gibbsa w serii „Piraci z Karaibów” — ze statku „Wytrwałość” trafił on na „Czarną perłę”.
Komentarze
Prześlij komentarz