RATUJĄC PANA BANKSA. DISNEY FREUDEM PODSZYTY
To ciekawe, że za każdą baśniową, kolorową krainą zawsze stoi ten mroczny świat, pulsujący pod skroniami. I co ciekawe to często świat z dzieciństwa (rzekomej krainy niewinności i błogości), kiedy pewne wydarzenia, osoby, konflikty, lęki, kompleksy najsilniej odbiły się na przyszłych autorach i ich twórczości. Noszący w sobie jakąś traumę, tajemnicę, dojrzewający twórca w końcu znajduje klucz do innej krainy, w której przeżywa jeszcze raz swoje wspomnienia i próbuje ułożyć w nowym utworze tak, by doświadczyć sprawiedliwości i sensu. Autorzy baśni starają się być trochę jak bogowie, którzy chcą wedle własnego porządku stworzyć nowy świat. Rehabilitują upadłych bohaterów, chcą oczyścić ich zbroję z rdzy, by lśniła jak srebro w blasku chwały i zniszczyć tych, którzy zasługiwali na karę od samego początku, na przykład złośliwą ciotką, czy wrednego sąsiada. A nade wszystko próbują przez fantazję wymazać ze wspomnień złe chwile albo raczej dokonać na nich twórczego recyklingu, by z najgorszych momentów stworzyć pouczające bajki, który wyszły im na dobre. Taka jest cudowna moc sztuki, że często może nas uleczyć z naszych obsesji i lęków. Tak właśnie jest z bohaterami tego obrazu.
Filmów Walta Disneya nie trzeba przedstawiać nikomu. Doskonale zrealizowane, z humorem i wzruszające, choć często mocno przesłodzone jak amerykański cukierek, że aż niedobrze się robi. Tak przesłodzone, że w drugiej części „Rodziny Addamsów” filmy Disneya były jedną z tortur wykorzystywaną przeciw Pugsleyowi i Wednesday. O tak, Disney w nadmiarze jest w stanie obrzydzić wszystko. Dlatego nie można się dziwić chłodnej, zdystansowanej angielce, niejakiej pani Pameli Travers, autorce „Mary Poppis”, że nie jest ona do końca przekonana, by akurat wytwórnia Walta Disneya zajęła się ekranizacją jej słynnej powieści. Z jednej strony to świetna promocja dla książki, dodatkowe zyski, z drugiej natomiast pisarka oddaje swoje dzieło innemu twórcy, który swoją wizją może przytłoczyć jej bohaterkę. Wytwórnia Disneya słynęła z tego, że często przerabiała liczne literackie klasyki i nadawał im swój własny kształt: tak było z „Królewną Śnieżką i krasnoludkami”, „Bambi” czy „Dzwonnikiem z Notre Damme”, o którym jako dziecko myślałem, że to jedyna interpretacja, dopóki nie poznałem oryginalnej wersji Victora Hugo. Tu rozpala się ta iskra konfliktu między Wytwórnią Disneya, a zrzędliwą panią Travers (ukazaną tu jako samotną kobietę), która niczym nadopiekuńcza matka nie potrafi wypuścić swego dzieła do świata filmu, gdzie rządzi zupełnie inna poetyka. Nota bene, twórcy pominęli tu sceny rodzinne Pameli Travers z jej dziećmi czy mężem (bo przecież miała rodzinę). Podobnie zresztą postąpili z Waltem Disneyem. Za to nie żałowali scen retrospekcyjnych z życia samej Travers, dzięki którym możemy niejako zrozumieć chłodny, angielski styl bycia pisarki, która w żaden sposób nie potrafi się odnaleźć w słonecznej Kalifornii. O tym też właściwie jest ten film, mianowicie o zderzeniu dwóch kultur: amerykańskiej, głośnej, popowej z Myszką Miki na czele i stonowanej, angielskiej. Z jednej strony soczyste obrazy, rewolucyjne animacje z pingwinami, a z drugiej surowe słowo pisane. Pamelę Travers gra tu angielska aktorka Emma Thomson, znana z „Rozważnej i romantycznej”, czy „Okruchów dnia”. Natomiast w Walta Dinseya wcielił się „Forrest Gump”, czyli jowialny Amerykanin, słynny „Duży”, Tom Hanks.
Ten film to właściwie trzy historie: historia dzieciństwa Pameli Travers, historia Mary Poppis i historia powstawania filmu-ekranizacji Mary Poppis, czyli „Behind the scenes” bez cenzury, gdzie nie zabraknie cierpkich słów i kłótni między twórcami. Mam wrażenie jednak, że to historia dzieciństwa jest tu tą najważniejszą, która pokazuje dlaczego Pamela Travers jest jaka jest i dlaczego stworzyła „Mary Poppins”. I dlaczego każdy z nas w pewnym momencie rewiduje swoje dzieciństwo, raz je mityzując, innym razem szukając w nim mrocznych krain, co potem rzutuje na obecnym życiu. Obsesyjnie wracamy do pewnych wątków, obwiniamy się, wyolbrzymiamy itd. I nie inaczej jest z panią Travers, która też była dzieckiem (choć trudno w to uwierzyć). Ale szybko pozbyła się dziecięcego czaru, trochę jak Peter z „Marzyciela”. Kiedy dokładnie to nastąpiło? Być może wtedy, gdy jej ojciec przegrał z nałogiem alkoholowym albo gdy jej matka próbowała popełnić samobójstwo. Tak traumatyczne wydarzenia wymuszają na dziecku „gwałtowną dorosłość”, poczucie, że trzeba nieustannie czuwać i spodziewać się najgorszego. Trzeba dorosnąć i wyzbyć się naiwności co do życia, które przestaje być bajką. Niektórzy zmieniają w zgorzkniałych pesymistów, którzy spodziewają się tylko najgorszego, inni jeszcze próbują wierzyć w inne zakończenia swojej życiowej baśni.
Również Walt Disney próbując zrozumieć nieufność Pani Travers wobec ekranizacji jej dzieła dzieli się swoim wspomnieniem o ojcu, który kazał swoim synom roznosić gazety w okropną zimę, z metrowymi zaspami. Tu praca, tu szkoła – to zahartowało Walta, ale on skończył jako twórca niezwykłego, baśniowego imperium. Natomiast Pani Travers skończyła jako twórczyni poczytnej baśni.
Zarówno dla Walta jak i dla Pameli postać Ojca jest tu jakimś wyraźnym drogowskazem dla ich nar-racji. Ojciec Walta to despota i biznesmen, ojciec Pameli to bankier, zbyt wrażliwy na tą pracę, który coraz bardziej pogrąża się w nałogu alkoholowym. I takie właśnie wspomnienia nawiedzają głównych bohaterów tej historii. Jednak Walt Disney potrafił ujarzmić swoje demony z dzieciństwa. Jest bardziej otwarty, twórczy i zarazem przedsiębiorczy. Z kolei Pamela Travers każdego traktuje z rezerwą, woli się nie przyzwyczajać, bo tak chce opanować otoczenie wokół siebie, jak ta cudowna niania Mary Poppins, jej ideał. Ale do ideału daleko. I nie chodzi o to, aby wszędzie był porządek i lekcje odrobione. To tylko pozory. Jak przepracować te wszystkie wspomnienia? Jak pogodzić się ze swoim wewnętrznym dzieckiem i dać mu odejść? Może właśnie ekranizacja Mary Poppins jest taką okazją do uratowania swego ojca z nałogu, uratowania pana Banksa. To ostatecznie przekonuje nieufną Pamelę, by oddać swoje dzieło w ręce Walta Disneya.
Nie jest tajemnicą, że nawet najpiękniejsze filmy, którą bawią i wzruszają powstają często w atmosferze okropnego konfliktu, ale to dobrze, bo wtedy widać, że każdemu z członków ekipy zależy na najlepszym efekcie. Zarówno Walt Disney i bracia Sherman słodzą scenariuszem i muzyką, a surowa Pamela Travers stopuje ich twórcze zapędy. Co także jest wizytówką reżysera tego filmu, Johna Lee Hancocka, który w swej twórczości często sięga po biograficzne historii, zachowując przy tym odpowiedni dystans i nie słodząc
W obsadzie prócz Hanksa i Thomson, uwagę zwraca także Collin Farell grający tu ojca Pameli Travers, przywoływany w scenach retrospekcyjnych. Również debiutująca tu Annie Rose Buckley, młodziutka aktorka wcielająca się w młodą Pamelę świetnie portretuje to co zawsze kojarzy się z dzieckiem: niewinność, zagubienie i pewien czar. Do tego jeszcze ekipa Disneya, próbująca na każdym kroku udobruchać kapryśną Panią Travers: Bradley Whitford, Kathy Baker, Jason Schwartzman, czy B. J. Novak (który potem pojawi się w „Founder” Hancocka). Z drugoplanowych postaci nie zawodzi Paul Giammatti, grający szofera pani Travers, Ralpha, który ma podwozić pisarkę podczas jej pobytu w Kalifornii. To chyba jedyny bohater, właśnie ten niepozorny kierowca, z którym Pamela zawiązuje przyjaźń w tym dziwnym miejscu, jakim jest Kalifornia. Śmieszy i wzrusza scena, gdy dystyngowana Pamela wraz ciapowatym Ralphem bawią się błotem, jakby znów obudzili dziecięcą kreatywność do tworzenia sobie wszędzie miejsca do zabawy.
Komentarze
Prześlij komentarz