3:10 DO YUMY. NIEWYGODNY KAPELUSZ OJCA
Mogłoby się wydawać, że westerny już mają za sobą czasy świetności. Nadęci rewolwerowcy i głośni Indianie. Ale w końcu co jakiś czas czy to z sentymentu, czy aby odświeżyć dobre scenariusze twórcy wracają na Dziki Zachód, aby ukazać nam skrajne emocje, malujące się na twarzy zatroskanego kowboja, który w napięciu czeka, kto strzeli pierwszy: on czy jego cień. „3:10 do Yumy” to właśnie taki zgrabny powrót do klasyki, dokładnie to remake filmu o tym samym tytule z 1957 roku, czyli nakręcony dokładnie pół wieku później po oryginale. O ile w tej wersji sprzed pięćdziesięciu lat zakończenie jest dosyć szczęśliwe, to znaczy bandyta i farmer się nawet zaprzyjaźniają i jadą do miejsca przeznaczenia, Yumy, to w wersji Jamesa Mangolda jeden z bohaterów musi ponieść ofiarę, aby jego heroizm został zapamiętany na lata przez jego najbliższych. A i w nas widzach ten dramat odciska jakieś większe piętno, gdy znów sobie myślimy, jakie to wszystko okrutne i niesprawiedliwe, po czym tupiemy nóżką i wychodzimy.
Od pierwszych scen film oczarowuje nas wizualnie. Świetne zdjęcia, widoki, stroje, scenografie, te nasycone kolory: brązy, żółcie, czernie, opalona skóra – dominują barwy ziemi, kolory dzikiego zachodu. No ale przede wszystkim naszą uwagę skupia gra aktorska Russela Crowe’ a i Christiana Bale’. Pierwszy gra bandytę, Bena Wade’ a, a drugi farmera, Dana Evansa, który próbuje zastąpić szeryfa. Ben i Dan – już same imiona są dziwnie podobne do siebie, a aktorzy odgrywający tych bohaterów mają w swoim dorobku role ikonicznych bohaterów jak Robin Hood czy Batman. Dla Crowe’ a to kolejny powrót do scenografii Dzikiego Zachodu. W 1995 roku zagrał w „Szybkich i martwych”. Gdy się przyjrzymy, jego image niewiele się różni od tamtego z przed jedenastu lat. Znowu włosy do szyi, charakterystyczny, zamszowy strój pokryty kurzem, cytowanie Biblii z rewolwerem w ręku. Co do wspomnianego wyżej Robin Hooda, to Ben Wade nie jest raczej szlachetnym rabusiem. Rabuje przede wszystkim dla siebie, a nie dla biedaków. Zamiast strzał, wypuszcza on ze swojego rewolweru pociski. Nie mniej jest w tym bohaterze jakaś dziwna sprzeczność. Dzierży on kolt z krzyżem i strzela tak , jakby był wybrańcem Boga, który pokieruje kulami prosto w serce złego przeciwnika (trochę jak z „Pulp Fiction”, by z rewolwerem głosić ewangelię). Biblii i Boga nie zabraknie w naszym westernie i co dziwne będzie ona często cytowana przez łotra, który zdaje się mieć gotową odpowiedź na wszystko, podczas gdy prawy farmer przechodzi kryzys własnego „ja” i religijne rozterki. Wade jest o tyle ciekawym bohaterem, że potrafi każdemu w towarzystwie wytknąć jego hipokryzję – dlatego czujemy do niego sympatię. Najśmieszniejsze jest to, że Ben wcale się nie krępuje się, mówiąc o grzeszkach innych, choć sam na koncie ma niejedną zbrodnię. Mówi z pewnością siebie i wyniośle – zupełnie zapominamy, że ten gość jest jednym z najbardziej poszukiwanych bandytów na Dzikim Zachodzie. Ben Wade to facet, który wie, czego chce i zrobi wszystko, by to zdobyć. Bierze, co mu się podoba: pieniądze z konwoju jak i kobietę za barem. Sprawia wrażenie, jakby zawsze miał przygotowany plan ucieczki. Nawet eskortowany przez pięciu ludzi ze strzelbami, zdoła się w końcu wymknąć. Wade nie jest sam, bo ma gang wiernych ludzi, którzy zawsze w porę go odbiją, choć najwierniejszym, ślepo poddanym sługą jest niejaki Charlie Prince (Ben Foster). Tylko Charlie Prince jest gotowy iść za swoim szefem aż do piekła, co go w końcu zgubi.
W wolnych chwilach Ben chowa swój rewolwer z krzyżem, wyciąga notatnik, ołówek i zaczyna szkicować kontury rzeczywistości, w której nieustannie nagina zasady. To on sportretuje swojego głównego antagonistę i zarazem przyjaciela, Dana, człowieka, któremu opowiedział swoją historie z bolesnego dzieciństwa. On go narysuje tuż przed wielką strzelaniną, jako zamyślonego farmera z pociągłą twarzą w kapeluszu, który z zegarkiem czeka na sprawiedliwość. Ale ta, jak zwykle zawsze się spóźnia.
Bohater grany przez Bale’ a, farmer Dan Evans, to facet czekający i tracący cierpliwość wobec losu, Boga, który jakoś na Dzikim Zachodzie nie sprzyja „uczciwym przeciętniakom”, za to nagradza w dwójnasób bandytów, którzy są aż nazbyt pewni siebie. Evans to były żołnierz, kaleka z drewnianą nogą, przytłoczony długami, próbujący wiązać koniec z końcem, by zapłacić za lekarstwa młodszego syna. Czuje się jak nieudacznik, który nie potrafi sprostać obowiązkom głowy rodziny. Gdy nadarza się okazja, by zarobić sporo pieniędzy i przy okazji zabłysnąć swoją odwagą przed żoną i synami, zdesperowany Dan decyduje się wejść w skład eskorty, prowadzącej groźnego przestępcę Bena Wade’ a do pociągu do Yumy, by tam go osądzili i powiesili. Tą postawę prawego bohatera, który zmaga się ze swoją ułomnością mogliśmy zobaczyć we wcześniejszym filmie Mangolda, „Copland”, gdzie przygłuchy szeryf Sylvester Stallone coraz bardziej słyszy niesprawiedliwość w mieście pełnym stróżów prawa.
Evans podczas tej ciężkiej wyprawy będzie tym, który najboleśniej będzie odczuwał samotność, widząc, że większość członków eskorty albo zginie albo stchórzy przed gangiem Wade’ a, którzy nie odpuszczą, póki nie odbiją szefa. Na kogóż może liczy biedny Dan? Na pana Butterfielda, człowieka miasta, urzędnika, który szybko stchórzy, na pana doktora, który może i odważny, ale zarazem zbyt wrażliwy i tak w końcu ginie. Na łowcę nagród, Byrona McCenroya, który przecież zabił równie dużo ludzi, jak sam Wade, czy może na Tuckera, który niedawno spalił Evansowi szopę za to, że ten nie wywiązał się ze spłaty długu. A teraz wszyscy oni, pochodzący z różnych środowisk, idą razem w eskorcie, by doprowadzić Wade’ a na pociąg do przeklętej Yumy. Tucker nie ma tyle szczęście, bo w ocenie Wade’ a nie jest wart życia. Dan Evans pewnie tak o nim myślał w chwili, gdy ten mu spalił szopę, ale czy by go zabił? Miałby spore wątpliwości. I tym Wade różni się od Dana, że jest szczery do bólu i jeśli uznaje, że ktoś ma zginąć, to zginie i koniec. Dan z kolei wciąż traci czas na dylematy. Jedyne, co ich teraz łączy, to ta wspólna droga, gdzie mogą się wymienić swoimi refleksjami na temat brutalnej rzeczywistości.
Evans uparcie będzie szedł drogą swoich ideałów, choć przecież ma dla kogo żyć, dla żony i dwóch synów. A jednak nie chce wracać do domu jako tchórz, mimo, że z każdym kilometrem członków eskorty jest coraz mniej. On ma dosyć tego, że w domu patrzą na niego, jak na nieudacznika. Raz i niestety ostatni chce być bohaterem dla swoich synów, chce zyskać ich szacunek, by pamiętali, że „gdy wszyscy zawiedli, ich staruszek doprowadził Bena Wade’ a do pociągu”. Dan w całej tej dramatycznej podróży będzie walczył o dobre imię niż o własne życie.
Między łotrem, a prawym ojcem stoi starszy syn Evansa, William, którego już wyraźnie nudzi bezradność jego ojca wobec życiowych problemów i zarazem kusi awanturniczy styl życia Wade’ a. William jest już głęboko rozczarowany tzw. Przyzwoitością i prawem, które przegrywają z bezwzględnością gangu Wade’ a. Chłopak także wykazuje sporo rezerwy wobec nowej roli ojca, jako eskortującego wielkiego bandytę. Nie słucha, go by zostać i opiekować się matką i bratem, tylko potajemnie wyrusza za eskortą, by w krytycznym momencie odebrać broń Wadeowi i uratować pozostałych, gdy ci stracą kontrolę nad bandytą. Taki dzieciak w drużynie się przyda i ojciec wreszcie docenia ten upór syna. To jest szansa, by przeżyli coś razem.
Podczas tej wspólnej podróży William podpatruje zarówno swojego ojca jak i Wade’a, tak jakby miał przed sobą dwie ścieżki, a może dwóch ojców – ojca prawego, biologicznego, uczciwego i zmęczonego życiem oraz ojca – bohatera przygód i bijatyk, z którym na pewno by się nie zanudził. Zdumiony Ben nawet przyznaje, że William mierzący do niego z pistoletu, przypominał mu trochę jego samego, ale Dan od razu ucina te dywagacje i zapewnia, że William nigdy nie pójdzie drogą bandyty. Z jednej strony to western – kino sensacyjne pełnej strzelanek, ale z drugiej strony to opowieść o byciu ojcem, który chce czegoś nauczyć swego syna, nawet jeśli zapłaci za to najwyższą cenę.
W całej tej procedurze doprowadzenia groźnego bandyty do pociągu, który ma z kolei go dowieźć na miejsce szubienicy (Yuma) jest sporo absurdu. Szanowni Państwo! Dziki Zachód! Tu każdy ze spluwą zaprowadza swoje porządki, a szeryf od do czasu złapie kogoś, by pokazać, że wykonuje swoją pracę. Oto zdarzył się wielki napad, skradziono sporo kasy i zginęli ludzie. Ben Wade zajeżdża sobie po wszystkim spokojnie do miasteczka i zamawia whisky, podczas gdy jego ludzie się rozchodzą. Po udanym napadzie należy szklaneczka whisky i towarzystwo pięknej kobiety. Czyż nie? Ach te słabości. Co za brak profesjonalizmu! Wade wystawia się, by niejako zostać złapanym i zostaje złapany (przyłapany w łóżku z piękną barmanką) I wedle prawa musi być doprowadzony żywy do szubienicy. Biada tym, którzy mają go doprowadzić do pociągu! „To miasto spłonie!” – grozi Charlie Prince. No i widzimy, jak po kolei giną: szeryf, ludzie szeryfa i poszczególni członkowie eskorty. Na Dzikim Zachodzie, gdzieś na tym pustkowiu było przynajmniej z dziesięć okazji, by zabić Wade’ a i mieć święty spokój. Na przykład w tej kopalni, gdzie bandyta został schwytany przez żądnych zemsty ludzi, którym kiedyś podpadł. Eskorta jednak (jak na ironię) musi ratować Bena przed innymi wrogami, by doprowadzić go żywego do szubienicy. Takie jest prawo, że więźnia trzeba zaprowadzić na szubienicę, przy okazji go dobrze nakarmić w domu Evansa, obsłużyć jak wielkiego gościa i cały czas uważać, czy przypadkiem nie wykradł on widelca, którym rozpruje gardło jednemu ze strażników. No ale nawet, gdyby zabili Wade’ a w czasie drogi, wciąż mieliby na karku grupę sześciu wiernych, wściekłych psów — ludzi Wade’ a, którzy nie odpuszczą tak łatwo straty swego szefa. Niezwykłe, że najłatwiejszym i najwygodniejszym rozwiązaniem jest po prostu puścić Wade’ a wraz z jego ludźmi i niech w diabły jadą, niż gdyby mieli zabijać kolejnych strażników tego nieszczęsnego konwoju.
Ben znając problemy Dana, proponuje mu nawet łapówkę (znacznie wyższą niż zapłata za samą eskortę), by ten go wypuścił i miał spokój: „Tylko pomyśl Dan, co byś miał za te pieniądze ode mnie. Posłał byś synów do szkoły, a żonie kupiłbyś nowe sukienki”. Przypomina to trochę kuszenie Chrystusa na pustyni (zwłaszcza, że fizjonomia Bale’ a trochę kojarzy się z wizerunkiem Mesjasza). Uparty Dan jednak się nie zgadza. Oczekuje, że Wyższa Sprawiedliwość nadejdzie. Chce do końca zgrywać ostatniego sprawiedliwego, który nie dał się zbójom. Już prawie dobiegają do pociągu – Ben i kulawy Dan, który za wszelką chce być bohaterem dla swego syna, gdy padają te mordercze strzały. Ostatnie spojrzenie. Wade jest pod coraz większym wrażeniem Dana, który nie dał się przekupić, ale zapłacił za to najwyższą cenę. W przypływie złości Ben zabija cały swój gang, by tak pomścić śmierć upartego Evansa. Z kolei William, chcąc dokończyć misję swego ojca, doprowadza Bena do pociągu, a ten oszołomiony wsiada posłusznie. Chcąc, czy nie chcąc młody Evans wchodzi w skórę swego ojca, choć wcześniej się zarzekał, że nigdy nie będzie taki jak on. Oto sukces Dana, że wreszcie zyskał szacunek swego syna i odebrał nagrodę, która pozwoli przetrwać jego rodzinie. Podczas gdy Ben rusza pociągiem, dobrze wiedząc, że za niedługo ucieknie, przecząc heroicznemu wyczynowi Evansa. Sprawiedliwi umierają, a łotry uciekają, choć może gdzieś w pamięci przechowują te obrazy upartych kowbojów, walczących o sprawiedliwość.
Zawsze mnie ciekawi, czy Ben wróci i pomoże jakoś rodzinie Dana? Czy William pójdzie jego śladem, czy może będzie taki jak jego ojciec? Co będzie dalej. Długa droga wiodąca ku zachodzącemu słońcu, jak z „Ostatniej krucjaty”, by po latach James Mangold wyreżyserował Indianę Jonesa.
Komentarze
Prześlij komentarz