MNIEJSZE NIEBO. OFIARA LUDZKICH SUGESTII
To jeden z takich filmów, których lepiej nie oglądać, gdy cierpisz na nadmierny smutek duszy. A nawet, gdy błyszczysz optymizmem i radością, to uważaj, bo po takiej historii na jakiś czas doświadczysz dziwnej melancholii. Przygotuj lepiej chusteczki i nie zdziw się, że Stanisław Anioł, gospodarz z serialu „Alternatywy 4” odleciał gdzieś w nieznane, na skrzydłach swej samotności.
Głównym bohaterem tego filmu jest mężczyzna w średnim wieku, niejaki Artur Gutner (Roman Wilhelmi), który porzuca wszystko, co go dotychczas trzymało w ryzach społecznych: pracę i co dziwne także rodzinę. Pierwsze skojarzenia? Chodzi o kochankę? Kryzys wieku średniego? Ależ nie, nic z tych rzeczy. Więc co?! Dopytujemy się zniecierpliwieni. Jak to zdiagnozować? Irytujące jest to, że ta ucieczka nie ma sensownego wyjaśnienia. Nie sposób jej zrozumieć, gdy podchodzisz do życia zbyt racjonalnie, wierząc, że nad wszystkim panujesz. Gutner w swoim zachowaniu zdaje się być podobnym do awangardowego poety, którego krytycy próbują jakoś zaszufladkować, wmówić te czy inne filozofie, by skończyć swoje ambitne recenzje, lecz on jak na złość zawsze wymyka im się spod pióra.
Artur tłumaczy swojemu znajomemu, że ta ucieczka związana jest z poczuciem wyobcowania, a z kolei swojej wyniosłej, „chłodnej” żonie, Elżbiecie (w tej roli Beata Tyszkiewicz) wyznał, że czuje się przy niej zbyt samotny. Kryzys małżeński można jeszcze zrozumieć, ale jeśli Artur czuje się także samotny przy swoich dzieciach? Jak im to wytłumaczyć, żeby ich nie urazić? Córka Iga może jakoś to zrozumie. Chyba już wyrosła z naiwnych opowieści o szczęśliwych rodzinach. Gorzej będzie z młodszym synem, Danielem. On będzie chciał się przekonać, czy jego tatuś zwariował, tak jak mówili mu w szkole złośliwi koledzy. Sam pojedzie na dworzec, by spotkać się z Arturem i chyba zrozumie, że między nim a ojcem jest już tak ogromna przepaść, że nie można jej niczym zasypać. Ojciec go przyjmie, zaprosi na obiad, porozmawia szczerze, ale potem go grzecznie spławi. I czego ty biedny dzieciaku się spodziewałeś? Że sprowadzisz ojca do domu? On już dawno wykreślił dom i rodzinę ze swego życia.
Artur zamieszkał w hotelu dworcowym jak typowy turysta, przejezdny, ktoś na chwilę. To może nie byłoby takie niezwykłe. Ale Gutner poza tym, że mieszka w hotelu dworcowym, to jeszcze spędza całe dnie na dworcu centralnym, obserwując ludzi, którzy gnają tu i tam: albo do pracy albo na urlop. Oni wszyscy mają cel, śpieszą tu i tam i szybko przechodzą na tym dworcu jak uciekające chwile z życia samego Artura. Dworzec to zresztą doskonała metafora nowoczesnego społeczeństwa, które powoli zatraca relikt domu. Każdy gdzieś ucieka, jedzie do nowej pracy, mieszka gdzieś na chwilę, by mieć szybki dojazd na uczelnię czy gdzie indziej. Nikt już nie przywiązuje się do domu, bo dom już nic nie znaczy. Sentymenty się kończą. Rozpoczyna się nowoczesność, płynność, dynamika.
Inni wiecznie spóźnieni gonią za swoimi niezałatwionymi sprawami, podczas gdy Artur staje się stałym elementem tego dworca i jak francuski, znudzony flaneur spaceruje tu i tam. Nie jest podpitym menelem, szwendającym się bez celu. Jeśli się czymś upija to raczej melancholią. I wciąż chodzi tu i tam, przyglądając z zaciekawieniem pasażerom. Osobliwa to rozrywka, która coraz bardziej niepokoi i fascynuje innych ludzi. Outsider z wyboru czy może chory psychicznie?
Chyba rzadko na mrocznym, zatłoczonym, brudnym dworcu można odnaleźć spacerowiczów, czyż nie? No właśnie. Iście to podejrzane. Ale tak się dzieje, gdy tracisz w życiu cel i czujesz się potwornie samotny, nawet w tłumie ludzi z dworca, znajomych, rodziny. Krople potu na czole, dziwne przerażenie w oczach, powolne odrywanie się od ogółu i moralny niepokój. Czy panujesz nad sytuacją, czy rzeczywiście przekroczyłeś normy? Ale wciąż zapewniasz siebie, że wszystko jest w porządku. Artur Gutner w swoim niepokoju coraz bardziej wyróżnia się z tłumu szarych twarzy. Na obliczu Romana Wilhelmiego rysuje się coraz ciemniejszą kreską ból. Jakże to inna twarz od tej sprytnej gęby Nikodema Dyzmy czy pretensjonalnej Stanisława Anioła. Teraz to twarz pełna bólu i rozczarowania, którą jeszcze zobaczymy w „Prywatnym śledztwie” w reżyserii Jerzego Wójcika.
Film Janusza Morgensterna to gorzkie studium samotności inteligenta w otaczającej rzeczywistości. Bohater ma coraz więcej wątpliwości w stosunku do tego wszystkiego, co go otacza i zaczyna szukać czegoś innego. To wielki ludzki dramat – niemoc przystosowania się do tłumu, z którym zawsze raźniej i bezpieczniej, ale zarazem wdzięczny temat dla filmowców. Weźmy Koterskiego i jego alter ego – Adasia Miauczyńskiego, inteligenta, który aż za bardzo wszystko rozważa, analizuje i komentuje, snując przed nami swoją jakże smutną, ironiczną i momentami nawet śmieszną historię. Żeby nie skupiać się tu tylko na bohaterach w średnim wieku, który być może jest tym punktem zapalnym dla kryzysu tożsamości, to weźmy pod lupę młodszego protagonistę. W filmie „Into the wild”, będącym adaptacją książki „Wszystko za życie” Jona Krakauera, poznajemy historię dwudziestoparoletniego chłopaka, Chrisa McCandlesa, który staje w opozycji do otaczającej rzeczywistości, narzucającej mu gotowy model życia, z karierą prawniczą na czele. Chris z zaciśniętymi zębami odhacza kolejne obowiązkowe etapy i kończy college. Odbiera dyplom i schodzi ze sceny. Dosłownie i w przenośni. Marzy, aby się wyszumieć i zadośćuczynić swoim ideałom, podsycanym strofami Horacego, Whitmana i Thoreau. Rusza w wielką wyprawę. Z początku wygląda to tak, jakby chciał odbyć taką szaleńczą eskapadę przez Stany Zjednoczone, pozwiedzać, poznać różnych ludzi, wyszumieć się przed studiami prawniczymi, ostatni raz zedrzeć buty i dżinsy, by potem przyodziać starannie dopasowany garnitur, uniform sukcesu. Ale Chris powoli zaczyna się oddalać od tych planów. Kilometr po kilometrze oddala się od swojego dawnego życia, a fakt, że nie zawiadomił rodziców o swojej wyprawie, tylko zdradza, że była to jednak ucieczka z premedytacją, ucieczka od ich poukładanego i okropnie nudnego życia. Chris zaciera ślady, zmienia imię i idzie dalej. Chłopak z dobrego domu, niegdyś w garniturze, odbierający dyplom, teraz nie do poznania, brudny, zarośnięty włóczęga, podróżujący na gapę, imający się różnych robót, by tylko zarobić parę dolarów, uparcie zmierza na Alaskę, gdzie dokona swego żywota. Krótko i intensywnie. Oto życie Chrisa, który chciał czegoś więcej niż prostych schematów, jakie oferowało mu leniwe społeczeństwo.
Oj niebezpiecznie jest wpaść w tą autorefleksję, wyjść z kolejki życia, wyrwać się z tych kontekstów, konwenansów. Niebezpiecznie być aż tak wolnym, gdy inni dookoła są zakuci w kajdany społecznych konwencji. I kto niby tu zwariował? Człowiek, który chce innego życia, który chce żyć świadomie każdą chwilą, czy ludzie którzy codziennie jadą tymi samymi pociągami, po tych samych torach, do tych samych miejsc, by tak uciszyć niespokojne myśli.
A te niespokojne myśli dręczą także Marka, dziennikarza, reportażystę, który ostatnio stracił dobrą passę. Cudowny chłopiec próbuje powtórzyć dawne sukcesy. Rozpaczliwie szuka wielkiego tematu do reportażu, by odbudować swoją legendę. Nadstawia uszy, wyostrza wzrok, nastraja antenę. O ile Artur w swojej życiowej rewolucji przygląda się obojętnie różnym ludziom na dworcu, nie czując z nimi żadnej więzi, o tyle Marek w każdym napotkanym człowieku szuka ciekawej historii. Artur desperacko ucieka od fałszywej konwencji swego życia, z kolei Marek desperacko chce powrócić jako gwiazda telewizyjna, pokazująca ciekawą rzeczywistość na szklanym ekranie. Pozorną empatię i chęć bycia spowiednikiem scala sprytnie ze swoim zawodem reportażysty. Po wypowiedzeniu od szefa, postanawia zaryzykować i wykorzystać historię Artura jako szansę na sukces. Chce zrobić coś autentycznego, mocnego, a nie byle co, jak ocenia starania swoich redakcyjnych kolegów, Kamińskiego i Kurka, czyli twórców popularnej „Sondy”, której fragmenty oglądamy w filmie.
Czas na spotkanie z Arturem i szczery wywiad. Nie jest to proste, bo sam Gutner raczej nie zamierza się tłumaczyć ze swoich wyborów przed psychiatrą, ani tym bardziej przed dziennikarzem z kamerą. Marek jednak nie ustępuje, jest coraz bardziej natarczywy i wręcz bezczelny. To śledzi Artura, to odnawia znajomość z jego żoną. Elżbietą i wprasza się do jej domu, niczym nowy mąż, by tak poznać rodzinne sekrety.
Artur mając dosyć tego zainteresowania swoją osobą mógłby w końcu wsiąść do byle jakiego pociągu i po prostu wyjechać stąd, gdy tylko ludzie by mu przeszkadzali, a on jednak uparcie zostaje w tym przeklętym miejscu niczym więzień. Wreszcie czując na sobie wścibskie oko kamery, wspina się na dach dworca, jakby chciał uciec już do nieba. Oślepia go słońce, a pod stopami pęka tafla szkła. Artur jak Ikar spada na obrazie Breughla, podczas gdy na dworcu życie toczy się dalej. Wszyscy gdzieś zmierzają i mają swoje przyziemne cele. Nic się nie stało. Tylko kolejny, niespokojny indywidualista odszedł w nieznane.
Komentarze
Prześlij komentarz