SPOTKANIE - THE ENCOUNTER
Mieliście czasem ochotę stanąć tak oko w oko z Bogiem i wygarnąć Mu to lub tamto, zapytać , dlaczego to nad waszymi głowami zawsze zbierają się ołowiane chmury, dlaczego ciągle pada deszcz? Deszcz podobny do kwasu wypalającego dziury w waszym szczęściu. I tylko patrzeć, jak wraz z kolejnymi kroplami na żyznej ziemi wyrastają nowe kłopoty. I dlaczego nie potraficie odnaleźć spokoju i równowagi? Dlaczego wciąż jesteście niedoceniani?! Dlaczego i dlaczego?! – Widać, że to drugie imię Boga, o którym najczęściej sobie przypominamy, gdy mamy kłopoty.
Jedną z zalet sztuki, zwłaszcza filmowej przesyconej efektami specjalnymi, jest możliwość twórczej konfrontacji z Absolutem. Nie, nie mam jednak na myśli poetyki „Dziadów” z Gustawem Holoubkiem, który wygłasza słynną Wielką Improwizację. Zejdźmy na grunt bardziej swobodny… amerykański. Przypomnijmy sobie tylko „Bruce’ a Wszechmogącego”, czy „Joan z Arkadii”, „Autostradę do nieba”, czy ostatni „Wywiad z Bogiem”.
„Spotkanie” to produkcja utrzymana w podobnym, świeckim klimacie, w reżyserii Davida A. R. White’a, reżysera, który wytrwale kroczy niepopularną ścieżką religijną na obrzeżach Hollywoodu. Ostatnio można było zobaczyć go w roli pastora w filmie „Bóg nie umarł”. White to właściwie człowiek orkiestra, scenarzysta, reżyser, aktor, producent, założyciel wytwórni Pure Flix i Pinnaccle Peak Pictures, specjalizujących się w produkcjach o tematyce religijnej. To właśnie pod szyldem tej wytwórni „Spotkanie” przeszło w serialowy cykl, wpisujący się w poetykę „Autostrady do nieba”, czy „Dotyku anioła”. Ekstremalne sytuacje, różni bohaterowie na krawędzi i sam Szef Niebios wyciągający rękę do potrzebujących. Obraz, słowo, dźwięk – nowa ewangelia na nowe czasy. Lepsze to niż zakurzona Biblia stojąca na półce dla szpanu. Nadzieja zawsze dobrze się sprzedaje, choć różne ma opakowanie. No właśnie to opakowanie.
Nie wiem czemu, ale filmy religijne to według mnie zawsze kruchy materiał. Bardzo łatwo je doprowadzić do kiczu, banału, laurki i równie łatwo zrobić z nich profanację świętych symboli, albo stworzyć kolejny traktat teologiczno-filozoficzny tylko dla ludzi o anielskiej cierpliwości. Same skrajności, które odrzucają widzów. Może dlatego mainstream Hollywoodu z wielkimi nazwiskami rzadko kiedy bierze na warsztat taki temat. To nie rentowne! Chwila, chwila a „Adwokat diabła”, czy „Bruce Wszechmogący” – z jednej strony thriller z drugiej komedia. No ale jeszcze brutalna „Pasja” czy „Syn Boga” starannie odwzorowujące czasy z przed dwóch tysięcy lat. Kino historyczne z efektownymi scenografiami, które robi wrażenie, ale jakoś trudno przełożyć je do naszego tu i teraz. Tam Golgota, pustynie i obłoki, a tu tylko nasza chmura, w której trzymamy różne dane, choć miejsce na katalog z filmami religijnymi też się znajdzie.
Mam wrażenie, że w filmach o religijnym charakterze (ta etykieta może być mocno stygmatyzująca) trudno wyważyć tą odpowiednią, naturalną atmosferę, nastrój twórczego dialogu, który będą prowadzili bohaterowie. Owszem, bardzo łatwo wymyślić i skumulować wszelkie ludzkie problemy, ale jakże trudno napisać kwestię, którą wyrecytuje filmowy Chrystus jak formułkę dydaktyczną. Wyjaśni on ze słodkim uśmiechem bez drgnienia powiek, że to nieszczęście stało się dlatego, aby coś innego mogło się narodzić. Jakie to proste. X, Y, równanie, tu podstaw, tu wykreśl, spotęguj i już masz. W Biblii Chrystus naucza przypowieściami i mówi jak natchniony poeta, zostawiając spore pole do interpretacji, ale taki jest styl samej Biblii, wielkiej metafory, której sens dokańczamy sami. Jak dziś tłumaczyć i podejmować dialog z Absolutem i jak go przybliżać odbiorcom? Oto wyzwanie Kościoła. Kościół jednak wciąż jest na granicy instytucji związanej tradycją, która nie zawsze potrafi być tak elastyczna w przekazie jak sztuka, w której więcej jest dozwolone. Zatem przejdźmy do naszej Biblii Pauperum.
„Spotkanie” to raczej kino utrzymane w konwencji filmu dydaktycznego, który można by puszczać na lekcji religii – materiał w dobrej oprawie, ale bez fajerwerków. Jeśli już mamy hopla na punkcie wielkich nazwisk Hollywoodu, to rzecz jasna srogo się zawiedziemy. To przecież nie kolejna ekranizacja Avengersów. Ale i tu ukazana jest walka między siłami dobra i zła, ale znacznie subtelniej. Po całej tej papce głośnych, efektownych filmów, takie kino to rodzaj postu dla konsumenta hollywoodzkich treści. W obsadzie zobaczymy tu choćby Stinga, ale nie piosenkarza, a wrestlera, Steve’a Jamesa Bordena w roli cynicznego Nicka. Trzeba przyznać, że wrestling słowny, jaki prowadzi bohater z Chrystusem jest całkiem przekonujący – pretensje, żal, gniew ścierają się z argumentami Chrystusa, który wciąż walczy o duszę swego rozmówcy. Ze sportowców zobaczymy tu jeszcze Jamiego Nieto w roli niepewnego siebie Hanka, który jednak w porównaniu z Bordenem wypada dość sztucznie na ekranie. Z kolei w rolę wyrozumiałej Melissy wcieliła się Jaci Velzquez, piosenkarka latynoska, która także w swoich piosenkach chwali imię Pana Najwyższego. Widać, że ta rola jej przypadła do gustu. O reszcie aktorów trudno cokolwiek powiedzieć.
Największym wyzwaniem zawsze jest zagrać samego Chrystusa, o czym mógł się przekonać chociażby James Cavaziel. Nie chodzi tylko o ten odpowiedni wygląd, ale sposób wypowiedzi, poruszania się. Jakim być? Stanowczym, czy bez przerwy radosnym, pewnym siebie, dumnym, pokornym? W tym filmie to wyzwanie przyjął Bruce Marchiano. Aktor, który raczej nie ma zbyt różnorodnego dorobku aktorskiego. Ciekawostką jest, że zagrał on w kultowym „Columbo”, w odcinku „Morderstwo gwiazdy rocka”, gdzie wcielił jednego ze śledczych na miejscu zbrodni. Tam stróż prawa, tu najwyższy stróż niebieskiego porządku. Niezły awans. Jako aktor musiał on sobie odpowiedzieć na pytanie, jak zagrać Jezusa we współczesnym świecie? I czy jest na to gotów? Bo taka rola to poniekąd pułapka i wielka odpowiedzialność dla aktora. Rola Chrystusa zobowiązuje. Dla Marchiano jednak ta kreacja okazała się błogosławieństwem i chyba przywarł do niej, stając się już etatowym Chrystusem. Sam aktor chyba nie należy do tej grupy artystów, którzy na każdym kroku wywołują skandale. Zwyczajny facet z rodziną, który gra Chrystusa, a przy okazji tak sobie przybliża istotę Boga w swoim życiu – przyjemne z pożytecznym. Jego Chrystus to odpowiedź na dzisiejsze czasy. Oto mamy otwartego, uśmiechniętego pana w sztruksowej koszuli, który wygląda jak „typowy, każdy”. Trochę tu czuć styl „Autostrady do nieba”, gdzie również dwójka zwyczajnie ubranych facetów rusza, by pomagać ludziom. Nie wywyższają się, nie stroszą piórek, cierpliwie służą, krok po kroku naprowadzają człowieka na właściwą drogę.
Choć „Spotkanie” to film o Bogu i naszych ludzkich wątpliwościach, nie oznacza, że będzie tu mnóstwo efektów specjalnych, świateł, ogni i innych „rozpraszaczy”. Twórcy coraz bardziej odchodzą od takiej nachalnej poetyki, gdy w głównej roli występuje Absolut. Zdecydowanie „Spotkanie” to film bardziej intymny, opierający swoją siłę na dialogach, choć scenarzyści nie katują tu widzów ciężką teologią. Język jest prosty, choć życie z Bogiem i bez Boga nadal skomplikowane. To również zobaczymy w późniejszej kontynuacji „Spotkania”, którego podtytuł brzmi: „Raj Utracony”. White w tym filmie wcielił się w rolę policjanta, który za wszelką cenę chce schwytać handlarza narkotyków. Co ciekawe w równie pasjonującej rozmowie stróż prawa przyjmuje rolę przeciwnika Chrystusa, który daje szansę nawróconemu gangsterowi. Wszystko dlatego, że ów gangster zajmował się dilerką narkotykową. A narkotyki zabiły ukochaną siostrę policjanta. I tego porucznik policji nie może sobie wybaczyć. Potępia siebie i innych. No i proszę jakie to wszystko jest względne. Bandzior proszący o miłosierdzie idzie do nieba, a sfrustrowany policjant zmierza do piekła swego żalu. Jak łatwo sądzimy i potępiamy, wywyższając się nad świętymi, nie rozumiejąc, że każdy może się nawrócić. W tym towarzystwie jest też ojciec opłakujący śmierć swego syna, który chciał być księdzem. Jak mogłeś Boże go zabrać?! Akurat tego, który kroczył twoim śladem. Weźmy głęboki oddech. Zapomnijmy o złości. Czas na spotkanie z twórcą tego porządku. Koncept pierwszej (a także drugiej) części „Spotkania” jest taki: Pięć osób z różnych środowisk, w różnym wieku, na różnych życiowych zakrętach zostaje zmuszonych przez burzę do zatrzymania się w pobliskiej restauracji pod ironicznym szyldem „Ostatnia szansa”. (W „Raju utraconym” jest to hotel). Faktycznie, trafny tytuł, bo w czasie okropnej burzy i awarii na drodze, taka restauracja jest ostatnią szansą dla podróżnych. Nikt z gości przekraczających próg owej restauracyjki nawet się nie spodziewa, kto ich za chwilę obsłuży. Sam Jezus Chrystus. Oto Bóg Stwórca podaje do stołu ulubione dania naszym gościom. Jestem tu po to, aby słu-żyć Wam pomocą. Wszak przez żołądek do serca, czyż nie? Ale czy nie jest to zbyt proste? Powiem ci, kim jesteś, jakie masz problemy, oczekiwania i podam ci pyszny obiad, a tym mi zaufasz. No nie. A może ten facet coś dosypał do tego jedzenia i próbuje jeszcze na tobie hipnozy? Paranoja, a może powtórka z ostatniej wieczerzy? I kto się okaże Piotrem, a kto Judaszem?!
Pięć osób z różnych środowisk, dyskutujących o swoich problemach i wyborach – to przypomina trochę „Klub winowajców” Johna Hughesa, gdzie w pewną sobotę piątka uczniów pochodzących z różnych środowisk, subkultur musi się skonfrontować ze sobą. To jasne, że kujon nigdy nie będzie się bratał się z łobuzem ani z księżniczką, sportowcem, czy wariatką. Ale teraz oni wszyscy zebrani w tym jednym miejscu, naznaczeni etykietami, znajdują wspólny język w myśl zasady, że obcemu najłatwiej się wygadać. W „Spotkaniach” piątka zagubionych ludzi, uczniów, którzy mają problemy w szkole życia, trafia na lekcję wychowawczą, którą poprowadzi nie kto inny a sam Jezus Chrystus, serwując przy tym całkiem niezłe posiłki. Bo jak zapewnia klasyk, przy Nim zawsze będziesz syty. Burczenie w żołądku zdradza twoje problemy egzystencjalne. Chodź, posil się, nim zeżre cię całkiem zgaga po konsumpcji „fast dolce vita”. Tchórzliwy mąż swojej żony, Hank i wyniosła Katherine przechodzą właśnie kryzys w małżeństwie, Kayla uciekła z domu, w którym nie mogła już wytrzymać pośród narkotyków i alkoholu, spokojna Melissa właśnie jechała do swojego chłopaka, który zamierzał się jej oświadczyć, a Nick miał w planach jak zwykle kolejne spotkanie biznesowe. Wszyscy w komplecie? No to ruszamy.
Każdy z bohaterów doświadczy sporego szoku, gdy zda sobie sprawę, kto go obsługuje. Ale jeszcze większym zaskoczeniem dla każdego będzie to, co powie mu Jezus na temat jego życia. Nagle się okaże, że wszyscy zabłądzili. To jeszcze można zrozumieć w stosunku do Nicka. Stereotypowy obrazek zadufanego w sobie, zimnego biznesmena, który przedkłada karierę nad życie osobiste. Taki Gordon Gekko, tylko na mniejszą skalę. To chyba najbardziej wyrazista kreacja w filmie. Cynik, który potrafi dyskutować z Chrystusem jak mało kto, nie żałując twardej amunicji, czyli cytatów z Biblii (główne ze Starego Testamentu), opisujących gniew Boga i rzezie biednych ludzi. Oto Bóg Miłości i największy Rzeźnik. On tworzy świat, a potem niszczy jego poszczególne elementy! Co za nonsens! Filmowy Jezus jednak zapewnia, że cały świat to ewolucja duchowa. Czasem trzeba mocno potrzasnąć ludźmi, by wreszcie wyszli z grzechu. Nick jednak jest nieugięty. To były sportowiec, który lubi walczyć, nawet z Bogiem. Sam wszystko sobie zawdzięcza. Dla społeczeństwa jest użytecznym, dumnym człowiekiem, który daje pracę innym ludziom. Czy to coś złego?
Nick nie przyjmuje Chrystusa do życia, bo chce liczyć tylko na siebie. Pewność siebie to jego piotrowa skała. Jezus jednak widzi w nim zbyt wielką dumę. Ale tylko dumny i pewny siebie człowiek coś osiągnie na tym świecie. Reszta to nieudacznicy. Nick wytworzył w sobie pancerz cynizmu, który przez lata w nim twardniał. Może zbyt długo doświadczał lęku, za bardzo zawiódł się na ludziach. Nie trudno mu się dziwić. Może Bóg zwyczajnie przesadził w zsyłaniu mu bólu. Zabrał zbyt wcześnie osobę, którą Nicky jeszcze kochał tak po prostu. No i cóż. Nick został sam i wcale nie narzeka na swój obecny los. W ogóle po co ta cała dyskusja? Po co prosić Boga o pomoc, po co go przyjmować, skoro i tak życie z Nim wcale nie jest łatwiejsze? Skoro nie widać różnicy, to po co przepłacać i szukać Pana swego życia. To sam człowiek jest panem swego losu. Więc po co jeszcze jakiś Jezus i ta rozpraszająca perspektywa raju, która zupełnie odciąga człowieka od tego co jest tu i teraz. Nick rozwija swój interes, zarabia pieniądze i daje pracę innym. Chrystus natomiast się uśmiecha, daje posiłek i niejasne obietnice.
Ale Jezus nigdy nie obiecywał, że życie z Nim będzie łatwe. Zawsze jest krzyż, niczym maszt na statku, który musisz jakoś utrzymać na wzburzonej wodzie. Tyle, że człowiek czuje jakiś niedosyt w tej relacji. Jezus nie jest ochroniarzem, który zamknie nas w złotej klatce. Wręcz przeciwnie, Bóg zdaje się być kimś, kto błaga o naszą miłość i uwagę, kimś, kto jest zdany na naszą łaskę i zapewnia nam nieustanne emocje. A w każdej bolesnej sytuacji widzi on dla nas szansę, byśmy się czegoś nauczyli. Ból sprawia, że wtedy pamiętamy wszystko bardzo wyraźnie. Nie możesz być teoretykiem, musisz przybić swoje znaczenie do znaku, jakim jest krzyż i odcisnąć to doświadczenie na matrycy życia. Wiem, za dużo w tym filozofii. Musisz mi zaufać. Właśnie tutaj, właśnie teraz, w tej restauracji zwanej ostatnią szansą.
Chyba nie to chciała usłyszeć Kayla, najmłodsza w całym w towarzystwie, która miała poważne powody, by być rozczarowaną boską interwencją. Nigdy nie miała prawdziwego domu, a życie z alkoholikami i ćpunami nie dawało jej nadziei na coś lepszego. W końcu postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i uciekła z domu, by teraz znaleźć się w tej restauracji. Jezus mimo tych wszystkich rozczarowań, prosi jednak ją, by mu jeszcze zaufała. Znowu?! To jak policzek w twarz. A gdzie byłeś wcześniej?! Patrzyłeś na to wszystko, co mi się przytrafia! Patrzyłeś na moje życie jak na film sensacyjny! Tylko, że mnie znudziła w nim główna rola. Modliłam się, prosiłam o inne życie, a dostałam jeszcze większego kopa. Jezus jednak przekonuje Kaylę, że tymi wszystkimi bolesnymi doświadczeniami wzmocnił dziewczynę. Trudno dyskutować z Bogiem, gdy przypomina ci on chwilę słabości, gdy przystawiałeś sobie rewolwer do skroni, a kula jakimś dziwnym trafem nie wypaliła. No właśnie. To była ta boska interwencja. Kayla przekonuje się, że nawet jeśli odrzuci Boga, to będzie cały czas uciekała przed dawnym życiem, zamiast się z nim skonfrontować. Dlatego chyba w końcu przechodzi na jasną stronę, nie dostając jednak łatwej recepty na swoje życie.
Nie tak łatwo zmienić plany dla Boga, nie tak łatwo widzieć to, co On widzi z dalszej perspektywy. Upadek przekreślający naszą karierę staje się ratunkiem dla naszego życia, z kolei lata upokorzeń są niczym inwestycja w naszą osobowość. Bóg to wszystko wie, Bóg ma pewność i miał także pewność gdy umierał na krzyżu. Natomiast heroizm człowieka polega na jego niepewności wobec swego istnienia. Człowiek jest w jednej osobie Odyseuszem, Hiobem, Syzyfem, Prometeuszem i Ikarem. Zmaga się z nadzieją, ambicją, gniewem i głodem. Trawicie to? Fakt, to trochę ciężkie. Może wody? A nie ma czegoś innego, by się upić i zapomnieć? Nie, w tej restauracji gospodarz podaje tylko wodę. I nawet nie zamieni jej w wino. Bo to nie czas na zabawę, a na przemyślenie swego życia. No właśnie, my tu gadu, gadu, a następni w kolejce czekają.
Hank czuje się trochę zakłopotany pod ciężkim spojrzeniem swojej wyniosłej żony Catherine, która na każdym kroku zaznacza różnice między nimi. Ona woli wytworne jedzenie, z kolei Hank zajada się prostym hamburgerem i frytkami. Jak widać, talerz prawdę ci powie, aż stłucze się w drobny jak małżeństwo tych dwojga obcych sobie ludzi. Catherine za bardzo lubi udawać kogoś, kim nie jest, dba o pozory jak Hiacynta, odwykła od swojego prawdziwego ja. Na każdym kroku, z rozmachem gra świętoszkę, podkreśla swoją wyższość, także na talerzu. Z kolei Hank ze swoim prostym jedzeniem na talerzu doskonale wyraża swoje czyste „ja”. Nie przejmuje się tym, co inni powiedzą. Nie zapomniał o sobie, nie goni uparcie za sukcesem i innym życiem, które do niego nie pasuje. W swojej prostocie wyraża po cichu przekonanie, że cokolwiek Bóg zdziała w jego życiu, służy to większemu Dobru i tym samym ma to sens. On jedyny w całym tym towarzystwie nie boi się prosić Boga, by ratował jego małżeństwo.
To zaufanie do Pana również podziela spokojna, uśmiechnięta Melissa, stylizowana trochę na Marię Magdalenę. Ale i jej zaufanie do Boga zostanie wystawione na ciężką próbę, gdy usłyszy, że powinna rozstać się ze swoim chłopakiem, z którym układa jej się całkiem nieźle. Cóż to za nonsens?! A jednak Jezus w tej rozmowie przekonuje, że widzi znacznie więcej i dalej niż człowiek, który osiadł w swoim pozornym raju szczęścia. Wszelka stabilizacja, komfort nie mogą trwać wiecznie, nie można osiadać na laurach, tylko wciąż poddawać się zmianom. W końcu Jezus to proces, droga, długa droga, kamienista, czasem piaszczysta, momentami wygodna autostrada w blasku wschodzącego słońca. Ale w końcu jest zakręt i znowu próba. Czy tym razem się zatrzymasz, czy dostrzeżesz znaki i uwierzysz? Tajemnicza restauracja, gdzie znów skonfrontujesz swoje życie z innymi podróżnymi. Kto ma gorzej, kto ma lepiej?! A może wszyscy jesteśmy równie spragnieni tej odpowiedzi? Ciekawe, kto tym razem poda posiłek? Makłowicz, Gessler, Ramsay, czy… no właśnie Ten, który potrafi nakarmić cały świat? Obyśmy Go w porę poznali nim De Ville urządzi piekielną kuchnię.
Komentarze
Prześlij komentarz