ZNACHOR
Pamiętasz, jak wczoraj przechodziliśmy ulicą. Mijaliśmy wielu ludzi. Jedni coś śpiewali i raczyli się znów alkoholem, a inni znowuż szli spokojnie wpatrzeni w jarzące się telefony. Ci zawsze wchodzą pod nogi innym. Mimo wszystko szliśmy spokojnie, bo wiedzieliśmy, dokąd teraz idziemy. Wiedzieliśmy, że mamy dom, a w nim parę osób, które mimo wszystko czekają na takich łobuzów, jak my. Wiedzieliśmy, że za niedługo rozpoczniemy studia na prestiżowej uczelni i gdzieś czuliśmy w środku słodką dumę, że chyba nie spadniemy bardzo nisko. Ale skąd ta pewność? Skąd możesz wiedzieć, że na pewno osiągniesz sukces i zawsze będziesz na tym swoim piętrze pewnego komfortu.
No skąd? Skąd możesz wiedzieć, że jutro nie wydarzy się coś dziwnego. Tylko komentatorzy sportowi wiedzą, że dany zawodnik wygra. Oni to wiedzą. Mają wtyczki, gdzie trzeba. A my opieramy się na domysłach i nadziejach. A ten, którego minęliśmy w tamtej bramie? Pamiętasz? Rzekłbyś, że to pewnie jeden z wielu, który zaprzedał duszę alkoholowi. Snuł się jak zjawa. Ta brudna twarz i wystraszone oczy. Bał się nas, czy wstydził? Nie miał chyba złych zamiarów. Ale przez chwilę, gdy tak patrzył na nas, miałem wrażenie, jakbym spoglądał w zwierciadło, w którym ukazuje się przyszłość. Jedna z możliwości mojego życia. Co takiego się może stać, że jednak wylądujesz na ulicy? Staniesz się nikim albo kimś nieistotnym. Jak wolisz. Co lepiej brzmi? Kimś, od kogo ludzie się odsuwają, kim się brzydzą lub litują, zwłaszcza w czasie świąt. „Odejdź, daj spokój, nie mam czasu, wstęp wzbroniony!” Tylko takie słowa słyszysz w swoim życiu i otulasz się jeszcze bardziej podartym płaszczem. Co takiego może się stać, że nagle stajesz nikim? To nie musi być ten sam schemat, wymieniany jednym tchem: narkotyki, złe towarzystwo, alkohol. Bach. Ideał sięgnął bruku. Wystarczy, że stracisz pamięć. Gdzie wtedy trafisz? Wystarczy, że zapomnisz o swoim dawnym życiu. Wszystko, co osiągnąłeś, te dyplomy na ścianach i twoje kompetencje w rękach i mózgu. Wszystko to znika. Dostaniesz po głowie i koniec, tak, jak to opisywał Aleksander Łurija w swojej książce: „Świat utracony, świat odzyskany, czyli historia pewnego zranienia”.
Takiego zranienia doświadczył właśnie profesor Rafał Wilczur, choć w sumie trudno powiedzieć, która rana była bardziej bolesna? Odejście jego żony i córki, czy uderzenie w głowę. Wszystko to razem się skumulowało, aby w efekcie ten dostojny mężczyzna o szanowanym zawodzie lekarza chirurga z pełnym portfelem, nieopatrznie pokazanym bandytom, stał się nikim, kto nawet nie pamięta swojego imienia i nazwiska, a co dopiero historii swojej rodziny. Może czasem taka amnezja jest lekarstwem? Jakby człowiek narodził się znowu, czysty naiwny jak dziecko, podróżujący od wsi do wsi, aby trochę popracować tu i tam. Żegnaj rutyno. Witaj przygodo!
Delikatny wietrzyk gładzi policzek człowieka śpiącego w trawie. To nie Bohun ani Pan Wołodyjowski. Pan Hoffman żegna się na jakiś czas z burzliwym siedemnastym wiekiem, żeby nas wprowadzić do równie ciekawego dwudziestolecia międzywojennego. Przez obiektyw kamery przygląda się bacznie pewnemu człowiekowi, który kiedyś był lekarzem. Już ptaki zrywają się do lotu i słońce wpada między powieki śpiącego. Niechętnie ów człowiek otwiera oczy. Nie ma pojęcia, gdzie jest. To jakieś pustkowie. A przecież wcześniej był na sali operacyjnej. My to wiemy, ale on nie. Wielki profesor Wilczur. Spokojnie, nie gryzie. A jeśli już kogoś rozgryza, rozpłata, to tylko po to, by go uleczyć i zaszyć. Zyskał już sławę i prestiż w środowisku medycznym. Otoczony swoimi uczniami jak Mesjasz codziennie wzbudzał zachwyt. „To było genialne panie profesorze!”. Pewnie sporo tu lizusów mających tą formułkę zawsze na języku. Pan profesor odpala papierosa i dopija kawę. Znów się udało. Udało, czy może on jest tak bezbłędny? Jakie to nudne być tak genialnym i bezbłędnym. Nikt inny, tylko Wilczur musi mnie operować! Wilczur to gwarancja udanej operacji. To pewniak nad pewniaki. Będę zdrowy, jeśli profesor Wilczur będzie mnie operował. Jakie to miłe być rzemieślnikiem pana Boga. Jak widać los-narrator aż za bardzo ziewał przy tej historii spełnionego uczonego, męża i ojca, skoro urządził profesorowi taką rewolucję w życiu. To żona Beata popchnęła pierwszą kostkę domino, by potem wszystkie się posypały. Pozornie szczęśliwa żona, tak rozpieszczana przez męża różnymi drogimi prezentami, już od dłuższego czasu czuła się jak dodatek do postaci wielkiego uczonego. Niby wszystko miała pod nosem, zamknięta w złotej klatce. Zatrzymana na rodzinnej fotografii jako uśmiechnięta matka i żona. Nie mogła jednak w tym obrazku zobaczyć siebie samej.
Czuła się niespełniona. Gdzieś w głębi marzyło jej się inne życie. Prawdziwe, surowe, bliżej natury. Może dlatego zdecydowała się w końcu uciec i związać z leśniczym. O resztę nie pytajcie. Może drzewa wam to kiedyś powiedzą. Nagłe odejście żony może Wilczur mógłby znieść, ale Beata zabrała ze sobą również córkę, a to był cios poniżej pasa. Dlaczego tak radykalnie, paląc za sobą wszystkie mosty? Przecież mogliby się rozwieść, a dziecko raz by gościło u ojca, a potem u matki i tak na zmianę. A jednak Beata okazała się większą egoistką. A może po prostu odpowiedziała Rafałowi za jego egoizm? Może to on się bardziej spełnił w tym układzie? On był znanym, szanowanym uczonym, który do szczęścia potrzebował swojej królowej i księżniczki, by mieszkać z nimi w pięknej willi. I mamy już komplet. Porcelanowe figurki przesuwają w rytm pozytywki. Jak widać serca kobiety nie kupisz luksusami. Może wszystko przyszło zbyt łatwo i szybko dopadła ich nuda? Teraz Rafał Wilczur siedział jak porażony nad kolejną butelką jakiegoś trunku, który miał złagodzić jego ból duszy i być może zranioną dumę. Wielki pan profesor, który tak świetnie sobie radził w beznadziejnych przypadkach, wycinał różne straszne nowotwory, przywracał chorym sens ich życia, teraz sam był pokonany, porzucony. Stojący nad przepaścią. Hiob nieszczęsny.
Mógłby tak epatować tą swoją melancholią w samotności, ale trafił na kogoś, kto chętnie skorzysta z jego bólu i wypije z nim kielich goryczy. Tak bardzo się rzucał w oczy ze swoim nieszczęściem, że przyczepiła się do niego pijawka i zarazem spowiednik. Nieważne! Byleby się napić. Taką filozofię reprezentuje tu napotkany pijaczyna, chociaż określenie „kloszard” byłoby tu zbyt proste. On jak na złość cały czas wymyka się naszym wygodnym stereotypom. Kto go tam wie, czy on w ogóle jest pijany, czy trzeźwy, a może bardziej upity filozofią? Wędrowny błazen, złodziejaszek, filozof, strzelający cytatami, jak jakiś uczony, intelektualista, Sokrates zadający dziwne pytania, które zbijają rozmówcę z jego tronu pewności. A może to sama metafora złośliwego losu, który bynajmniej nie ma oblicza poważnego starca tylko ironicznego złodziejaszka. Oto ponury zwiastun zmiany życia samego profesora Wilczura. Poznajcie Jemioła Cypriana, który nie ma z czego spadać, bo nic nie ma cennego. Żadnej pozycji, majątku! Nic do stracenia. Szczęśliwy i swobodny. Za to chętnie wyciąga rękę po cudze. A gdy trzeba, to za skradzione pieniądze wspaniałomyślnie postawi okradzionemu darmowego drinka. Znajcie dobroć Jemioła, przemycającego w swoich bredniach niejedną prawdę życiową, którą potem na trzeźwo będziesz sobie przypominał.
Ale Wilczur nie może sobie tego przypomnieć. Właśnie wita nowy dzień jako zupełnie bezimienny człowiek, a w tle rozbrzmiewają te „wirujące smyczki” w słynnej kompozycji Piotra Marczewskiego, gdzie czuć dramat sytuacji głównego bohatera, któremu życie zupełnie odwróciło się do góry nogami. Słychać w tych nutach jakąś grozę, melancholię, szał, chaos. Jakby domek z kart zdmuchnął silny wiatr. Wszystkie te karty wirują jak strzępy na wietrze. W jednym dniu stracił wszystko, żonę, córkę i jeszcze pamięć. Wolny od przeszłości, jakby spadł z niebios, ruszył przed siebie, by najmować się do różnych prac i cieszyć się prostym życiem. Bezimienny włóczęga choć zupełnie nie groźny. Jednak wciąż intrygujący dla jaśnie panów przodowników, co zawsze chcą sprawdzić, pouczyć, spisać, określić nieokreślonego. No nie ma się co dziwić, jak kto ubrany w łachmany przemierza drogę, trzeba się nim zainteresować. Aparat państwowy zawsze chce sprawdzić, z kim ma do czynienia. Musisz mieć papier, żeby istnieć w społeczeństwie. Inaczej cię zamkną, żeby chociaż tak cię określić, dopisać jakiś paragraf, opanować ten żywioł tajemnicy, jaki z ciebie bije. I tak w końcu nasz bezimienny bohater staje się Antonim Kosibą, choć wciąż z długą drogą przed sobą, zaczynającą się o wschodzie słońca i kończącą o zachodzie. Oto bohater, który karmi się drogą, na której nie wiadomo, co będzie dalej. Zupełnie, jakby żył filozofią Chrystusa: „Ja jestem Drogą”, „Zaufaj drodze”. Bo już za rogiem, za górą, za potokiem, strumieniem…
Szczęście to wielkie, że zmęczony Antoni w końcu zawitał do młyna Prokopa Mielnika. W filmie jest ładnie to zaakcentowane przylotem bociana do gniazda. Jakby nasz bohater właśnie znalazł swoje gniazdo. Kamieniem milowym w życiu Antoniego okazało się to spotkanie z młynarzem, a i dla drugiego będzie to przełom w jego monotonii młyńskiego koła. Mielnik zdziwił się wielce, że ten chłop z siwą brodą mówi tak głęboko i delikatnie jak filozof, a zarazem jest tak silny, że przenosi młyńskie kamienie. Coś mu podpowiadało, że warto przyjąć tego człowieka do siebie. Przydałoby się więcej rąk do roboty. Gdyby tylko Prokop wiedział, że te silne ręce kiedyś wykonywały tak skomplikowane zabiegi chirurgiczne przy stole operacyjnym. Ale i tak Mielnikowi należy się uznanie, że przyjął do siebie tego nieznajomego. Że mu zaufał, a to bezcenne.
Teraz oto Antoni siedzi przy stole w izbie z całą rodziną Prokopa i wreszcie czuje się jak w domu, zajadając się kluskami ze skwarkami. Ale wciąż jest tym obcym, przybłędą z daleka, kimś na doczepkę. Jak długo tu zostanie? Nie wiadomo. Może takie całe jego życie? A co będzie, gdy straci już siły i stanie się nieprzydatny. Komu będzie potrzebny? Czy wtedy skończy się jego droga? Zmartwienia to największe przekleństwo życia w drodze. Młyńskie koło się kręci, mąka przesypuje się do worów, jak piasek w klepsydrze. Ile to już lat tak Antoni chodzi tu i tam i najmuje się do prac? Ile to już różnych fachów poznał w swym życiu? Kowal, drwal, budowniczy, cieśla. Ile jeszcze przed nim? Człowiek renesansu, czyż nie? Pośród tych różnych czynności i prac, jest on bacznym obserwatorem tego, co się dzieje wokół. Teraz ma okazję przyjrzeć się rodzinie swego pracodawcy. Kiedyś nie było seriali, kiedyś było prawdziwe życie.
Choć gospodarstwo prężnie się rozwija i czasem brakuje rąk do pracy, to jednak Prokop ma zmartwienie ze swoim drogim synem, Wasylkiem, który zmaga się z kalectwem. Nie może chodzić. Ciągle rozpacza, marzy, żeby już umrzeć i nie być kłodą. Taka depresja nie przystoi młodemu! Wtedy coś w Antonim rozbłyska. Wielki lekarz z tytułami naukowymi musiał stracić pamięć, by przypomnieć sobie pośród tych prostych ludzi, kim naprawdę jest z powołania. No kim? Lekarzem dostępnym dla wszystkich i rozumiejącym cierpienie. Skoro jest potrzebujący chory, musi pojawić się lekarz, choćby w osobie pomocnika w młynie. A co tam! Antoni to zdolny człowiek. Był kowalem, młynarzem, cieślą. Żadnej roboty się nie boi. Dzięki tej podróży życia rozwinął swoje horyzonty na różne prace, a teraz nie boi się złożyć komuś kości. Jakie to proste. I niepodobne! Łapie się za głowę doktor Pawlicki, słynący z tego, że najbardziej pomaga tym, którzy mu płacą. Wasylek chodzący bez trudu na własnych nogach, będzie teraz straszył pana doktora, który uznał ten przypadek za beznadziejny. Nota bene ta wredna postać w filmie Hoffmana, grana przez Czterdziestolatka, czyli Andrzeja Kopiczyńskiego, ukazana jest dość jednowymiarowo. Nadęty pan doktor, który nie potrafi pogodzić się z tym, że jakiś wiejski znachor jest od niego lepszym lekarzem, niż on sam po studiach.
W książce Dołęgi-Mostowicza jednak ten wredny bohater jest sportretowany głębiej, jako jedyny w rodzinie z porządnym wykształceniem. Próbuje się wybić, by pomóc swoim bliskim. Tak bardzo pragnący sukcesu i pozycji, ubrany w ten swój jasny garniturek, czuje się zupełnie bezbronny wobec Znachora w brudnej koszuli, który o żadne zaszczyty i luksusy nie zabiega. Kim on jest?! Tajemniczy uzdrowiciel, który fascynuje i przeraża. Otworzył chorej głowę i wyjął z niej chorobę. Czary jakieś! Ale dzięki temu, że przeprowadził tak trudną operację na mózgu, to i w jego głowie coś się odblokowało. Jakby dotknął swej istoty, powołania do leczenia ludzi.
I cóż to za zbieg okoliczności! Tak jak sieci żył są ze sobą powiązane w niezwykły sposób, tak i ludzkie drogi w tym labiryncie się ze sobą spotykają. By wreszcie ojciec odnalazł swoją córkę. Znamienne, że Marysia Wilczurówna pracowała właśnie w sklepie, gdzie stary Kosiba/Wilczur kupił nić. Nici przywiodły Tezeusza do jego córki, która w nagłej potrzebie się znalazła. Ale panna Marysia nie trafiłaby pod jego skalpel, gdyby nie brawura pana Leszka Czyńskiego i głupota zazdrosnego Zenka. Tu motocykl, tam przeszkoda postawiona złośliwie. Panna Marysia, dziewczyna samotna jak palec, wreszcie znalazła swego księcia, prawdziwego hrabiego, by z nim przeżyć tą przygodę na granicy śmierci. Za jednym razem odzyskała ojca i męża. A pan Leszek Czyński, czyli doktor Paweł Lubicz z Klanu zyskał jeszcze nauczyciela, który uleczył jego połamany charakter.
Czy po takiej przygodzie życia, po takiej długiej nieobecności warto jeszcze wracać, wchodzić do tej samej rzeki? Dołęga-Mostowicz pokazuje nam, że nawet dla takiego szanowanego profesora Wilczura, którego imieniem nazwana została klinika, nie ma już miejsca jako dla żywego doktora. Stary, przemęczony, samotny bohater nie potrafi się odnaleźć w tej nowej rzeczywistości, a co gorsza z tego zmęczenia popełnia coraz większe błędy kosztem zdrowia swoich pacjentów. W filmie „Profesor Wilczur” z 1937 roku, zrealizowanym jeszcze za życia samego Dołęgi-Mostowicza, profesor popełnia pomyłkę z zaszytym instrumentem medycznym, co przyczynia się do śmierci sławnego polityka. Tymczasem w książce chodzi o sławnego śpiewaka, który czekał na operację gardła, ale podczas zabiegu nie wytrzymało mu serce. Drugim przypadkiem była kobieta, której zaszyto jedno z narzędzi chirurgicznych, lecz ona przeżyła. Jednak plotki o złym stanie profesora coraz bardziej narastają.
Ten legendarny profesor Wilczur, który jeśli gryzie to tylko chorobę i Kostuchę, by odpuściły tym razem pacjentom. Ten profesor Wilczur, który odgryzł się losowi i odnalazł się jako znachor a potem lekarz, oddany swoim najbiedniejszym pacjentom, pokorny sługa medycyny powracający po latach jako bohater, staje się coraz większym problemem dla swoich kolegów lekarzy, którzy kiedyś się od niego uczyli. Doktor Dobraniecki już od dłuższego czasu żałuje, że wtedy w sądzie rozpoznał Wilczura, że stanął w jego obronie. „Szanowni Państwo. Wysokie sądzie. To jest profesor Wilczur!” — oznajmia Piotr Fronczewski przed sędzią, którego gra Andrzej Szalawski. Zabawnie się ogląda tą scenę, przypominając sobie, że parę lat wcześniej panowie spotkali się na planie kultowej „Ziemi obiecanej”, gdzie Fronczewski w roli von Horna nie gryzł się w język, obrażając pana prezesa Bucholca, którego właśnie grał Szalawski.
W książce „Znachor” z kolei Dobraniecki będzie się żałował, że ugryzł się w język i rozpoznał profesora. Zniknięcie Wilczura w gruncie rzeczy było mu na rękę. Dzięki temu to on przejął schedę po swoim mistrzu. Stał się kierownikiem i lekarzem z renomą. Gdy Wilczur wrócił na swoje miejsce, dostał z powrotem kierownicze stanowisko, a Dobraniecki znów musiał się zadowolić rolą jego zastępcy, cieniem wielkiego uczonego. Zupełnie, jakby był nikim bez swojego profesora. Przynajmniej tak stara się to mu pokazać jego wredna żona, Nina, która jest przyzwyczajona do wysokich standardów życia i zarazem niskich obyczajów. Okropna manipulantka, która ciągle wpędza Dobranieckiego w poczucie winy. Przy niej ten zdolny lekarz wciąż czuje się jak zero, bo stracił kierownicze stanowisko. To nic, zyskał za to nowy etat przy swojej żonie jako intrygant, który szuka słabego punktu w swoim mistrzu, by tak go upokorzyć. Dziennikarze są na ich jedno skinienie i nie pogardzą nawet fałszywą plotką o Wilczurze, by sprzedać kolejną sensację.
Wilczur nie potrafiąc się odgryźć, samotny, zmęczony, bez towarzystwa swojej ukochanej córki, która wyjechała z mężem za granicę, decyduje się na kapitulację. W filmie z 1937 jego córka i zięć występują w filmie, przeżywając właśnie swój pierwszy poważny kryzys małżeński, który także martwi profesora, gdy przypomina on sobie swoje nieudane małżeństwo. Tymczasem warto spojrzeć prawdzie w oczy. Może rzeczywiście jego czas świetności minął i czas znaleźć sobie mniej wymagające towarzystwo. Wilczur wreszcie postanawia wrócić do swojej drugiej, wiejskiej ojczyzny, gdzie narodził się powtórnie. Czemu nie założyć w tym miejscu swojej praktyki lekarskiej? Tu czuł się potrzebny, życie było prostsze, nie było tych wszystkich intryg, podchodów. A może jest tu także ukryty rewers całej sytuacji. Może on sam czuł się tu lepiej niczym Mesjasz-Uzdrowiciel wśród tego prostego ludu, który mu się kłaniał do stóp. Jeśli gdzieś można spędzić starość i dokończyć swój żywot, to właśnie w tym miejscu. Desperacki krok starego człowieka, który pragnie już tylko spokoju. A młodsi niech się ścigają w mieście o swoje trofea ambicji. Nic w tym złego, każdy ma prawo do samorealizacji. Ale jakże profesora zdziwi, że nie tylko on chce jechać na wieś, by tam się spełniać jako lekarz. Pojedzie z nim także jego młodsza koleżanka, doktor Łucja Pańska, doskonały przykład symbiozy młodości i nonkonformizmu. Biedna dziewczyna, zapatrzona w swego profesora jak w obrazek, pójdzie za nim wszędzie, mimo, że on wcale tego nie oczekuje. Ale przyznaj profesorze, że miło by było mieć u boku towarzystwo takiej inteligentnej i zarazem pięknej istoty. W odpowiedzi tylko ujrzałem rumieńce na szarych policzkach starego profesora.
Co ciekawe w filmie z 1937 postać Łucji Pańskiej jest właściwie marginalna i nie towarzyszy ona profesorowi na wsi. To bardziej córka profesora przejmuje tu rolę osoby, która cały czas go wspiera i broni. Innym ważnym pomocnikiem jest dawny znajomy, zbłąkany Jemioł, który wreszcie staje się użyteczny dla społeczeństwa. W filmie Waszyńskiego tą postać odegrał brawurowo Jacek Woszczerowicz, chyba jedyny aktor we właściwej roli w tej produkcji. To Jemioł wraz z pomocą innych lekarzy przejmie dziedzictwo Wilczura i będzie chciał po jego śmierci kontynuować ideę praktyki lekarskiej na wsi. Jemioł jak klamra domknie życie profesora. Tak mniej więcej miała wyglądać trzecia część filmowa poświęcona Wilczurowi z oryginalnym scenariuszem Dołęgi-Mostowicza. Jednak żadna z kopii nie zachowała się do naszych czasów, więc pozostaje nam tylko wyobraźnia. A tej wyobraźni pan Waszyński w swojej adaptacji „Znachora” użył sobie, jak żaden inny zupełnie zmieniając poszczególne wątki. Film zupełnie odbiega od oryginału a momentami jest dość drętwy jeśli chodzi o grę aktorską i montaż, ale to w końcu kino lat trzydziestych. Zupełnie inna maniera aktorska i poetyka kina.
My powróćmy jednak do oryginalnej, książkowej wersji „Profesora Wilczura”. Właśnie przybyliśmy z nim na wieś. Miło odetchnąć po tej pisaninie. I choć profesor jest mile widziany w tych stronach, to jednak spotyka go przykra niespodzianka, gdy gryzie go w rękę wściekły pies. Znów ktoś pogryzł Wilczura, a ten jak zwykle nie potrafi się odgryźć. Znów kłopoty, zakażenie, a może i uszkodzenie nerwów ręki, a to przecież dla wybitnego chirurga potężny cios.
Ale z drugiej strony w tej kryzysowej sytuacji, nasz cierpliwy bohater może połączyć siły z dawnym rywalem, doktorem Pawlickim, z którym niegdyś miał na pieńku z powodu skradzionych narzędzi chirurgicznych, których użył do operacji swojej córki. Nie ma większej pochwały dla umiejętności lekarza niż oddanie się pod jego opiekę. Niech pan mnie leczy, ufam panu. Oto profesor Wilczur składa hołd staremu wrogowi, by być jego pacjentem. Tego pewnie Pawlicki się nie spodziewał.
Ale i Wilczur nie spodziewał się, że ktoś inny z dawnego środowiska medycznego będzie chciał mu oddać hołd i powierzyć mu swoje zdrowie. Profesor Dobraniecki, który kiedyś tak bardzo przyczynił się do odejścia Wilczura z kliniki, potrzebuje teraz jego pomocy. Sprawa jest poważna. Diagnoza: guz mózgu (to tłumaczy jego uległość wobec żony). Ale i ta dramatyczna sytuacja ma swoje dobre strony. Wredna pani Nina nagle spokorniała i jest gotowa prosić na klęczkach profesora Wilczura o przeprowadzenie operacji.
Tyle, że nasz uczony ma coraz większe problemy z ręką, ale jego serce wciąż jest na tyle wielkie, by przede wszystkim w dawnym wrogu widzieć pacjenta, któremu trzeba pomóc. Nawet jego drżąca ręka sięgająca do mózgu Dobranieckiego jest w stanie wyciągnąć z niego tą truciznę, jaka go zabijała. Podobnie zresztą serce profesora będzie kierowało się dobrem jego oddanej współpracownicy, doktor Pańskiej, w której zakochał się doktor Kolski. Tego wątku miłosnego nie zobaczymy w filmie, lecz w książce Kolski przybywa jako posłaniec od Dobranieckich, aby prosić właśnie Wilczura o przeprowadzenie operacji na znajomym lekarzu. Wilczur widząc, że tych dwoje ma się ku sobie postanawia, że Kolski na jakiś czas go zastąpi, podczas gdy on zoperuje Dobranieckiego, a potem jeszcze odwiedzi innego znajomego lekarza. A tymczasem tych dwoje młodych powinno się do siebie zbliżyć.
Bo po co stary lekarz ma się wikłać w jakieś romanse z młodszą koleżanką. Po co się oszukiwać. Wilczur jako ten starszy i mądrzejszy, zdaje się być zawsze tym, który schodzi ludziom z drogi. Nie szuka swojej żony Beaty, która wybrała innego mężczyznę, nie walczy z Dobranieckim o władzę nad kliniką, a na koniec schodzi z drogi Kolskiemu i Łucji Pańskiej. To taki typ bohatera, który już nie chce sobie robić nadziei, bo los zawsze może mu to odebrać.
Lepiej już nic nie zagarniać dla siebie. Nie oprawiać w złote ramy tych wszystkich, których się kocha, skoro w każdej chwili los może ich zabrać. Może lepiej być minimalistą, nie zakładać rodziny, nie walczyć o swoje szczęście, które tak łatwo może obrócić się w pył. Lepiej w pełni oddać się swojej misji. A potem wreszcie odejść z posterunku.
Kończy się opowieść, a bohatera zostawia po sobie piękną legendę.
Piękną i apetyczną, na którą ostrzy sobie ząbki tym razem Netflix. No tak, tam gdzie diabeł nie może i inni producenci, tam zawsze Netflix pomoże i po raz kolejny wskrzesi tragiczną historię profesora Wilczura, tym razem z Leszkiem Lichotą w roli głównej.
Komentarze
Prześlij komentarz