AUTOSTRADA DO NIEBA
„ — Gdzie jesteś , Boże gdzie jesteś. Czemu pozwalasz na ten cały bałagan dookoła.
— Pytasz, gdzie jest Bóg? A gdzie są ludzie? Mają czekać, aż On za nich wszystko załatwi?
— Dlaczego nie, przecież jest Bogiem”.
Taką oto rozmowę słyszymy w odcinku pt. „Ostatnie zadanie” z serialu „Autostrada do Nieba”. To rozmowa między dwoma aniołami Jonathanem i Haroldem. Ten pierwszy grany przez uśmiechniętego Michaela Landona stara się uczyć ludzi wzajemnego poszanowania. Wierzy, że tylko żmudny proces jest w stanie zmienić człowieka na lepsze. Natomiast znudzony Harold woli załatwić wszystko za śmiertelników, umożliwiając im bez problemu wygraną na loterii. Tylko z jakim efektem? To tak jakby nakarmić słodyczami głodnych miłości. Cukier szybko spadnie, a człowiek będzie jeszcze bardziej rozleniwiony.
„Gdzie jesteś Boże?!” To nasze ulubione pytanie, intonowane ze złością i żalem. Tymczasem w filmie „Bruce wszechmogący” Bóg odpowiada ustami Morgana Freemana: „Jeśli chcesz cudów, sam bądź cudem”. I coś podobnego możemy usłyszeć także w innych tego typu produkcjach, jak: „Dotyk Anioła”, „Joan z Arkadii” czy „Cudotwórcy”. Wzniosła poetyka Pisma Świętego, pełna efektownych metafor ustępuje miejsca prozie życia w telewizyjnej Biblii Pauperum pełnej kolorowych obrazków, utrzymanej w poetyce kina familijnego. Panie i panowie oto teologia telewizyjna. Znacznie lżejsza od Summy czcigodnego Akwinaty i filozofii drżącego Kierkegaarda, a jakże krzepiąca na duchu.
Dzisiaj niedziela i znów nie byłem w kościele. Który to już z kolei? Pytam z uśmiechem. Aż strach przyznać. Ognie piekielne parzą moje sumienie. „Ale tu nie chodzi o twoją religijność, a raczej o życie w zgodzie z twoją naturę” – odpowiada młodzieniec podający się za Boga w pierwszym epizodzie „Joan z Arkadii”. Być autentycznym i uczciwym wobec innych? Może jutro albo pojutrze. Póki co uważam, że inni ludzie to piekło. Dlatego nie byłem w kościele na mszy. Nie znoszę tych tłumów i chórów. Ale byłem za to na długim spacerze. Odetchnąłem wierząc (podobnie jak Ania z Zielonego Wzgórza), że katedra może być także w parku, a szum wiatru mógłby oznaczać głos samego Stwórcy. Nawet jeśli nie. To warto rozchodzić te wszystkie złe emocje, przewietrzyć się i natchnąć czymś nowym i lepszym.
No i wróciłem na miejsce spoczynku. Od lat ta sama żałosna kanapa, przed którą stoi stary telewizor i mnóstwo kaset VHS. Jako że dziś niedziela, wypada obejrzeć coś w lepszym tonie. Jakieś propozycje? „Słowo na niedzielę” albo transmisja mszy? To zbyt dosłowne. Coś pośrodku? Właśnie „Autostrada do nieba”.
Powód ku temu jest dobry, bo w 2024 roku minie już czterdzieści lat od premiery pierwszego odcinka serialu i zarazem trzydzieści pięć lat od emisji ostatniego epizodu i tyle samo lat od śmierci Victora Frencha, czyli serialowego Marka Gordona, jowialnego brodacza w czapce, który w wieku 54 lat przegrał walkę z rakiem. I tą samą autostradą numer 54 odjechał dwa lata później Michael Landon, przegrywając walkę z rakiem trzustki w 1991 r. Nie opuszcza mnie dziwne wrażenie, że po śmierci ci dwaj kumple również pomagają ludziom na autostradzie do nieba. A nawet jeśli nie są aniołami, to przecież ich dzieło odtwarzane z kasety VHS czy z YouTube niejednemu, zagubionemu człowiekowi może jeszcze dać wiele cennych wskazówek.
Zresztą, gdy prześledzimy aktorskie losy Frencha i Landona, trudno byłoby przypuszczać, że „skończą” oni jako duchowi przewodnicy. Aktorzy pełni nałogów, słabości, dziwactw, a jednak potrafiący stworzyć dobre kino familijne i to właściwie pod koniec swego burzliwego życia. Zupełnie jakby przedstawiali nam swoisty testament, świadectwo własnych doświadczeń i błędów. Jak to się stało, że ruszyli tą niebiańską autostradą? Podobno, gdy adoptowana córka Landona, Cheryl walczyła w szpitalu o życie, aktor przysięgał, że stworzy coś, co zainspiruje ludzi do zmiany życia. Był to swego rodzaju pakt z Bogiem. Jak widać, gwiazdorzy z Hollywoodu potrafią negocjować, bo Cheryl przeżyła jako jedyna, podczas gdy trzy inne osoby z wypadku zginęły. Michael rozpoczynał właśnie zdjęcia do kultowego „Domku na prerii”, ciepłego serialu, który uczynił z Landona ideał ojca, męża, głowy rodziny. Tym większym szokiem dla publiczności był głośny rozwód aktora z żoną i publiczne pranie brudów, wzajemne oskarżenia i zajadła walka o majątek. To nie sprzyjało wizerunkowi aktora, który w tym czasie założył już nową rodzinę. O tych trudnych chwilach traktuje film „Michael Landon, the father i Knew” w reżyserii Michaela Landona Jr., który przez długi nie czas nie mógł pogodzić się z ojcem. Gwiazdor „Bonanzy” jest pokazany tu z perspektywy dorastającego syna, zmagającego się z traumą rozbitej rodziny. Ukojenie odnalazł dopiero, gdy nawrócił się na chrześcijaństwo, a potem wybaczył ojcu, który w tym czasie grał właśnie anioła w „Autostradzie…”. Czyżby spełniała się tu teoria, że podświadomy obraz Boga jest inspirowany obrazem naszych rodziców? Zbuntowany Junior wybaczył ojcu i poszedł autostradą, by także spełniać się jako filmowiec i inspirować widzów.
Jedźmy dalej z historią.
Wesoła idylla „Domku na prerii” się skończyła i trzeba było wymyślić coś innego. Dokładnie dziesięć lat po wypadku samochodowym Cheryl, Michael powrócił do swojego postanowienia, by swoją sztuką nie tylko zapewniać rozrywkę, ale zainspirować widzów do zmiany życia. I wreszcie zrealizuje on serial o aniele, który pomaga ludziom, a przy okazji naprawi swoją zszarganą opinię w show biznesie. Dwie pieczenie na jednym ogniu. Hipokryzja czy głęboka przemiana? Czy aktor rzeczywiście może inspirować do zmiany życia? Raz kowboj, rewolwerowiec, innym razem anioł, a potem zbój. Ty decyduj drogi telewidzu, komu uwierzysz?
Serial o aniele?! Co za naiwny pomysł? — Dziwili się w NBC. Czy takie coś ludzie chcą oglądać?! Hmmm. Jeśli jest to podane w humorystyczny sposób, jeśli zamyka się zgrabnie w pięćdziesięciu minutach na tydzień, to czemu nie. Pomysł wypalił, a historia o aniele, Jonathanie, który przecież był kiedyś człowiekiem i o nawróconym alkoholiku, byłym policjancie, jowialnym Marku Gordonie do dziś wzrusza. Ten serial to jak misja, dawanie świadectwa, a udział w nim to przywilej. Nie dziwi więc fakt, że na przykład James Troesh, który grał sparaliżowanego Scotty’ ego, rzeczywiście był sparaliżowany i właściwie grał siebie samego, bohatera, który próbuje przezwyciężyć słabości, ograniczenia, lęki, walczy o akceptację, a jednocześnie inspiruje innych do zmiany swego życia. W innych epizodach z kolei grały dzieci upośledzone albo chore na raka, co jeszcze bardziej podkreśliło autentyczność filmowej historii. Troesh pojawił się w serialu ponad osiem razy. Najpierw w „Świeżej lemoniadzie”, by pomóc sparaliżowanemu chłopakowi odnaleźć nową drogę. Potem Scotty odnalazł kobietę swego życia, Diane, z którą wreszcie się ożenił. Następnie w odcinku „Potwór” bronił prawa do inności człowieka naznaczonego okropną blizną na twarzy i jednocześnie zmagał się z własnym kryzysem. Wreszcie zaadoptował z żoną upośledzonego chłopca, którego biologiczni rodzice oddali do zakładu.
Na przestrzeni tych pięciu lat emisji serialu mogliśmy podziwiać występy wielu aktorów, mających status gwiazdy, a także dopiero co rozpoczynających swoją przygodę przed kamerą, jak młodziutką Helen Hunt, nastoletniego Paula Walkera, który zagrał upośledzonego chłopca, czy Johna Franklina (grającego chociażby kuzyna To w rodzinie Addamsów). Jego przedstawienie samotnego, bezdomnego chłopaka wzrusza do łez. Innym ciekawym występem była rola Erica Douglasa, który pewnie w tamtym czasie zmagał się z ciężarem sławy Ojca (Kirka) i brata (Michaela). Tu zagrał on młodego gwiazdora, który próbuje się pogodzić ze swoim ojcem – zapomnianym aktorem, komikiem. Landon w tej historii zastosował podobny koncept, co w odcinkach „Anioł potrzebny od zaraz”, „Nasz tata” czy „Złapać spadającą gwiazdę”, gdzie w sztuce teatralnej lub podczas kręcenia filmu, w artystycznej symulacji zagubieni bohaterowie odnajdują właściwe miejsce na własnej scenie życia. Anioł Jonathan tylko podsuwa sugestie, pamiętając, że każdy człowiek ma wolną wolę. Na Autostradzie pojawił się też stary znajomy Landona z „Bonanzy”, czyli Lorne Greene, grający aktora scenicznego, który zobaczył w teatrze Boga, siedzącego wśród publiczności. Odcinek ten był o tyle ciekawy, że to objawienie Boga „laikowi” zdumiewa nawet samego anioła Jonathana, który o dziwo nigdy nie widział swego Szefa, a jedynie go słyszy. Wśród nestorów kina mogliśmy podziwiać także Lwa Ayresa, który w całej serii pojawił się trzykrotnie: w roli nauczyciela, pisarza i dziadka. Dick van Dyke zagrał świętego Wally’ ego, bezdomnego o złotym sercu, który troszczy się o każdego, że aż sam Jonathan nie może wyjść z podziwu, że są na świecie tacy ludzie. Dodajmy jeszcze Lesley Nielsena, tym razem w poważnej roli. Jego bohater umiera raz we śnie, a potem naprawdę. Później jednak wraca do życia i przeżywa dziwne przygody na jawie (wiem to skomplikowane). Czy jakoś tak.
Cała „Autostrada do nieba” usiana jest niespodziankami, by wciąż intrygować widza jak i głównych bohaterów. Weźmy Marka Gordona, drugiego głównego bohatera, którego poznajemy jako zgorzkniałego byłego policjanta, chętnie zaglądającego do kieliszka. Początkowo jest on nieufny w stosunku do przesympatycznego Jonathana, który zjawia się w okolicy i wszystkim pomaga. A najgorsze, że Jonathanem zachwycona jest siostra Marka, niezamężna Leslie. Zazdrosny brat próbuje odkryć tajemnicę dziwnego sąsiada. Jest zdumiony, gdy odkrywa w pustej lodówce stek, o którym wspominał Jonathan. Czy to jakieś czary, czy rzeczywiście ten facet mówi prawdę o tym, że jest aniołem? Tylko wścibskiemu Markowi Jonathan zwierza się z tego, kim jest i jakie ma zadanie w tej okolicy. Sam przyznaje, że nie jest samowystarczalny. Pewne zadania musi zrobić przy pomocy ludzi, by tak ich zaangażować w czynienie dobra i zmienianie świata na lepszy. Mark z początku myśli, że ma do czynienia z wariatem z kompleksem zbawiciela. Czuje, że powinien pomóc temu nawiedzonemu gościowi zgłosić się do psychiatry, ale Jonathan ma na myśli współpracę, zmierzającą ku wyższemu Dobru.
Bezrobotny Mark odbijający się od jednej tymczasowej roboty do drugiej, postanawia, że zaufa temu tajemniczemu przybyszowi. Kończy z użalaniem się nad sobą i rusza wraz Jonathanem niczym apostoł, swoim starym wozem, by pomagać ludziom. Cóż to za remedium po długiej stagnacji. W takiej podróży z Aniołem nie sposób się nudzić. Codziennie jakiś problem, codziennie jakaś przygoda i można najeść się cudami. Ale w przypadku Marka to nie zawsze wystarcza. On jest tylko człowiekiem, któremu głośno burczy w brzuchu. Na szczęście Jonathan zawsze może wyczarować jakiś posiłek. Ale Smith mimo że dysponuje niezwykłymi mocami, nie może ich wykorzystywać tak swobodnie, epatując siłą. Do takich pojedynków na pięści dochodzi rzadko, kiedy człowiek jest naprawdę uparty i aż prosi się, aby przyłożyć mu po gębie jak w epizodzie „Plane death”. Smith niczym „uniwersalny żołnierz” rzuca każdego osiłka w kąt. Gdy trzeciego policzka nie masz, czas oddać przeciwnikowi, by się opamiętał. Raz nawet Jonathana poniosło i uszkodził pewnym łobuzom samochód, potem musiał za karę zniknąć na jakiś czas, aby to Mark dokończył trudne zadanie w odcinku „Sekret”.
Skoro są anioły, nie mogło zabraknąć i Diabła. I o ile twórcy zachowali ostrożność w eksponowaniu boskiego wizerunku, zdając się tylko na pioruny, błyski świateł lub jakieś sztuczki z pojawiającymi się nagle rekwizytami, o tyle w przypadku postaci Diabła postanowili ubrać aktora, Michaela Berrymana w kiczowaty strój Draculi, rodem z hammer horrorów, jakby chcieli w ten sposób zadrwić ze zła, które jest takie krzykliwe i tandetne. Ale postaci ze skrzydłami wśród chmur również nie zabraknie i o zgrozo przekonamy się, że w niebie też używają komputerów (ciekawe czy z technologią Chmury) i tam również pojawiają się usterki. Innymi słowy, Niebianie też popełniają błędy, jak ziemscy urzędnicy, komplikując życie ludziom na Ziemi. Ale od czego jest taki wysłannik jak Jonathan, który zawsze może coś poprawić.
Twórcy serialu bynajmniej nie opowiadają nam prostych historyjek, ale bawią się konwencją, humorem, poetyką „filmu w filmie”, adaptacją klasyków, jak choćby „Pieśń wigilijna”, zmianami czasowymi, apokaliptycznymi wizjami z suszą w roli głównej, a także zamianami ról między bohaterami („Życiowa zamiana”, „Bankier i menel”). Nie zabraknie Króla Artura, Świętego Mikołaja i nawet Wilkołaka. Na tej autostradzie wszystko jest możliwe. Tu przeszłość, przyszłość i teraźniejszość mieszają się ze sobą, tworząc ciekawe wariacje, jak to zobaczymy później w filmie „Route 66”. Na przykład w jednym z odcinków Mark cofnie się w czasie i zobaczy siebie, jako małego chłopca, który pomoże swemu dziadkowi w odzyskaniu gospodarstwa. A już w odcinku „Anioł potrzebny od zaraz” spotka on swoją wielką miłość w osobie kelnerki. Uczucie to jednak nie rozkwitnie na dobre, bo kobieta umrze. I po co to wszystko Boże? Zapyta każdy z nas. Aby w ten sposób Gordon zrozumiał, czym jest prawdziwe uczucie i strata. O tym również przekona się sam Jonathan, który choć jest aniołem, nie znaczy, że jest odporny na emocjonalne wstrząsy. Przecież kiedyś był człowiekiem, mężem i ojcem. Będzie miał okazję się o tym przekonać w odcinku „Jednoskrzydłe anioły”, gdy zakocha się w pewnej kobiecie i potem, gdy spotka swoją żyjącą żonę, która oczywiście go nie pozna, ale poczuje z nim jakąś niezwykłą więź.
Przyzwyczajeni do uśmiechniętego, posłusznego i cierpliwego aniołka Jonathana, doznamy szoku, gdy w epizodzie „Przed nami cała wieczność”, Smith zbuntuje się przeciw Bogu, który nie pozwolił mu na bycie z ukochaną żoną po jej śmierci. Dlaczego? Ponieważ Szef uważał, że Jonathan powinien wciąż pomagać ludziom! Rozgniewany anioł odchodzi ze służby i traci swoje cudowne moce. Co gorsza teraz staje się człowiekiem, który jest głodny, rozgoryczony i bezrobotny. Upija się i wszczyna awantury. Kiedyś walczył z nałogami i pomagał ludziom wyjść na prostą. Teraz sam stacza się w dół, nie mogąc znaleźć żadnej pracy. Mark jest wstrząśnięty, widząc zupełnie innego Jonathana. Chce mu jakoś pomóc, ale tamten go odrzuca jak zło konieczne. Ale w końcu przychodzi ta niezwykła chwila dla Smitha, gdy poznaje pewną zagubioną kobietę nad morzem (ratuje ją przed samobójstwem), która swoją osobowością przypomni mu zmarłą żonę. I uwaga! Teraz najlepsze! Okaże się, że to była ona… tylko w innym, młodszym ciele. Ach długo by tłumaczyć te zawiłości. W każdym razie małżonkowie się spotkali. Żona zapewnia go w liście, że wciąż mają przed sobą swoją wieczność, a póki co warto pomóc tu jeszcze paru życiowym rozbitkom. Skruszony Jonathan wraca do służby wraz z Markiem, by znów przemierzać kolejne kilometry w poszukiwaniu potrzebujących ludzi, którym skomplikowało się życie.
Zresztą wszelkie zawiłości życia najlepiej tłumaczyć prostą robotą, jak to mają w zwyczaju nasi bohaterowie. Jeżdżą po całym kraju, wcielając się zazwyczaj w ekipę remontową, rzadziej w detektywów, nauczycieli, prawników, policjantów, trenerów, opiekunów, fizjoterapeutów. O ile Jonathan nie ma problemu z przyjmowaniem nowych ról, o tyle Mark musi trochę poćwiczyć swoje aktorstwo i liczyć na podwójną dawkę „daru” od Ducha Świętego, by sprostać danej sytuacji. Ale tak to jest w życiu, że nieustannie musimy przyjmować nowe role i uczyć się skutecznego działania, by wypełnić Boski plan. Przynajmniej tak to chcemy sobie tłumaczyć.
Oto zajeżdżają nasi dzielni bohaterowie pod dom, wykładają wiadra, farby. Zabierają się za remont, ale przede wszystkim remontują życie tego, kto mieszka w nich (jak w odcinkach: „Tylko pył”, „Inni ludzie”, „Najjaśniejsza z gwiazd” czy „Samotny”). A gdy już wszystko zmienia się na lepsze, spróchniałe deski usunięte, farba wyschła i jakiś cudowny blask bije od odmienionej osoby, znów trzeba przyznać, że „kocha się tą robotę” i czas ruszać w kierunku zachodzącego słońca. Kłania się tu poetyka „Samotnego jeźdźca”, w którym to bohater robi coś wielkiego dla społeczności, a potem odjeżdża przed siebie, nie licząc na żadne nagrody. Zresztą ten westernowy motyw zostanie użyty w odcinku „Powrót zamaskowanego jeźdźca”, gdzie anioł Jonathan z emerytowanymi gwiazdami pewnego serialu zrobi porządek w przestępczej dzielnicy. Znów odbija się echem serial „Bonanza”, który zdefiniował Landona jako gwiazdora.
Te autobiograficzne akcenty widać jeszcze lepiej w odcinku „Złowić spadającą gwiazdę”, gdzie zobaczymy, jak gwiazdor grający w serialu-westernie nie ma czasu dla swoich dzieci. Z kolei w epizodzie „Weteran” („The squeaky wheel”, gdzie wystąpił Robert David Hall znany „CSI Las Vegas”) Landon zażartuje z alei gwiazd w Los Angeles i przyzna, że nigdy nie znał takiego aktora jak Michael Landon. Być może w tej ironicznej kwestii wypowiadanej przez anioła Smitha kryje się głębszy sens, że oto gwiazdor Hollywoodu nie chce już znać siebie z tamtych głośnych lat. Raczej wolałby, aby jego aktorstwo dostarczające ludziom rozrywki, także w jakiś sposób pomagało im w życiu.
W filmie zawsze jest łatwiej, czyż nie? Szybki montaż, ckliwy monolog i zakończenie jak z bajki. 50 minut minęło w mgnieniu oka. Tęsknimy czasem do takiego kina familijnego, gdzie wszystko było takie proste, ale ta stylistyka lat 80-tych z cukierkowymi happy endami może niekiedy wyjść nam bokiem. Zdziwi nas, gdy niechciane dziecko zostanie nagle zaadoptowane przez bogacza, jak to było w „Samotnym” czy „W naszym kochanym tatusiu” – to wydaje się po prostu zbyt naciągane. Tak samo w drugim odcinku pierwszego sezonu, zaskoczy nas, gdy biedni staruszkowie chcąc wykupić swój dom spokojnej starości, wygrają nagle dużą kwotę na wyścigach konnych. Oczywiście, że to cud. Gdy anioł Smith i Mark już zrobili swoje, czas na ich Szefa, który podbija sumę.
Takie naiwne zakończenia mogą nieco irytować, gdy przez ostatni czas człowiek naoglądał się wydumanych, filozoficznych produkcji, gdzie każdy naokoło przechodzi wewnętrzny konflikt i zmierza do nikąd. A może to my sami lubimy tak komplikować życie? Ale po co tak to wszystko utrudniać – zdaje się pytać Landon zza kamery i podsuwa nam znacznie prostsze „telewizyjne” rozwiązania. A może cała istota Boga to czysta prostota, którą tak umiejętnie komplikujemy, zamykając się labiryntach teologii, uprzedzeniach, obawach, zabobonach, kompleksach i lękach?
Żeby była jasność w sprawie, nie zawsze każdy odcinek „Autostrady…” to wielki sukces Jonathana i Marka. Czasem Jonathan nie może złamać praw fizyki, bo działa tylko na wyraźny znak Szefa, a Mark to zwykły śmiertelnik ze swoimi przywarami. Nie zawsze kończy się wszystko „tak jak w bajce”, jak choćby w odcinkach: „Delfiny śpiewają dla Lee” czy „Dotknąć księżyca”, gdzie umierają dzieci. Ktoś umiera, ktoś choruje i pewnych rzeczy się nie przeskoczy, ale zawsze można znaleźć nowy sens (banał!). Póki horyzont przed nami, można jechać dalej. Taka jest istota drogi, zwanej Bogiem.
Zawsze mnie ujmowała w tym serialu ta genialna prostota i zgrabność, jak przystało na amerykańską poetykę kina familijnego. Każdy odcinek jest jak przypowieść-moralitet, do którego miło wracać, gdy znów czujesz, że stanąłeś na rozstajnych drogach. Dla mojego pokolenia ten serial to wspomnienie z dzieciństwa. Pamiętam, że emitowanym był w tym samym bloku programowym co „Columbo” (RTL7). Tu kino familijne, tam kryminał, tam Bóg, tu zwykłe, brudne życie i morderstwa. W „Autostradzie do nieba” Dick van Dyke gra chodzącą dobroć, świętego bezdomnego Wally’ ego, który rozdaje wszystkie swoje pieniądze i pomaga innym, podczas gdy w „Columbo” gra on podstępnego fotografa, mordującego swoją żonę. Ha, ha. Z jednej skrajności w drugą. Tu święty, tam cyniczny morderca. A gdzieś pośrodku drżąca nadzieja, że nigdy nie jest za późno, by zmartwychwstać z grzechu.
Komentarze
Prześlij komentarz